Co tu znajdziesz

wtorek, 26 sierpnia 2014

Kodeks prawdziwych wikingów*

Już w momencie oderwania kół samolotu od ziemi tęsknimy za wyspą. I za tym, że tam dopiero zachodzi słońce, kiedy u nas już ciemno. Pada deszcz, no przykro nam drodzy wyspiarze, dwa tygodnie słońca Wam przywiozłyśmy! Ale musimy już lecieć. 

Pierwsze wrażenie w Berlinie - śmierdzi. Powietrze jest ciężkie i śmierdzące. Dwa tygodnie w czystym powietrzu Islandii zrobiło swoje. Powrót się wlecze i mam wrażenie, że szybciej objechać Islandię dookoła niż wrócić z lotniska do domu. Wkładam rękę do kieszeni. Mapa Reykjaviku, mapa Berlina. Westchnienie. Nie lubię powrotów do rzeczywistości. Choć miłe powitanie na miejscu jest naprawdę miłe i cieszy!

Na odprężenie, z okazji przeciągającej się podrózy nasz mały podróżny kodeks: jestę wikingię! Wiem, że wynika bezpośrednio z sytuacji, które spotkały nas po drodze, ale może coś z tego i Was uśmiechnie. Postaram się z lekkim komentarzem.

Prawdziwy wiking* nie je śniadania przed wyruszeniem w drogę. (Tak było! Day by day)
Prawdziwy wiking je śniadanie na czarnej plaży. W aucie. (Bo tak wiało)
Prawdziwy wiking zawsze ma brwi. Przecież musi mieć co groźnie marszczyć. (Z obserwacji Agni poprawiającej brew w samochodowym lusterku)
Prawdziwy wiking kąpie się w rzece i ma w dupie lodowaty wiatr. Ewentualnie ubiera czapkę. (Będzie foto)
Prawdziwi wikingowie mówia flocht! z dobrym akcentem. (Już umiemy! A prawdziwi Islandczycy uczą się mówić: fajnie). Umieją też powiedzieć: Eyafjallajökull bez zająknięcia, a Bárðarbunga to bułka z masłem.
Prawdziwy wiking ćwiczy nieustannie mięśnie kegla. A zwłaszcza rano. (Sikuu! Wiecie jak trudno wyjść ze śpiwora rano. Ale wiecie, jak trudno znaleźć czasem na Islandii krzaczek? Skałeczkę? Bo drzewo nawet nie mówię!)
Prawdziwy wiking zawsze się uśmiecha - na zdjęciach. (Ukryty basen w górach. Późno i zimno, ale my nie wejdziemy, skoro już tu dotarłyśmy? Wejdziemy! Jesteśmy wikingami! Szczękanie zębami, ale na foto... Uśmiech wikinga i gorące Kanary!)
Prawdziwi wikingowie nie potrzebują karimat. Twarda islandzka ziemia jest ich matką. (Mogą je zatem gubić w drugi dzień podróży. Phi. Ani opasek. Ani kolczyków. Phi phi.)
Prawdziwy wiking idzie szlakiem, nawet jeżeli biegnie on wzdłuż drogi.
Prawdziwy wiking nigdy nie odmawia basenu ani innego zbiornika wodnego, niezależnie od warunków atmosferycznych i wybuchów wukanów.
Prawdziwy wiking nie idzie przez pole śmierdzące zgniłymi jajami na wdechu.
Prawdziwy wiking kąpie się w ukropie i pływa w lawie. Koniecznie w ciemności i z czołówką. (Jaskinia Grotagja, polecamy!)
Prawdziwy wiking zmienia tampon w krzokach. (No comment)
Prawdziwy wiking je zupkę chińską nożem. 
Prawdziwy wiking zawsze chodzi sikać z aparatem. (Bo a nuż z tej perspektywy natchnie na jakąś fajną fotę)
Prawdziwy wiking nie kupuje wody mineralnej. (Na Islandii wodę kupują tylko turyści. Pure islandik vatn. Kosztuje majątek.)

* myślę że swobodnie można zamienić prawdziwy wiking na prawdziwy bagpaker
To co, kto chce być wikingiem?



poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Cold wind, warm light


Dziś nie napiszę zbyt wiele. Myślałyśmy, że taka pogoda jak teraz, będzie na wyspie cały czas, nisko sunące ciężkie brzuchy chmur, ale bez deszczu. Chmury i wiatr. Senny dzień, mimo tęczowego islandzkiego parasola napadają mnie myśli o powrocie. Czy będę umiała utrzymać tą pozytywność, której tutaj łyknęłam? I tą tutejszą filozofię: bądź sobą i nie przejmuj się pierdołami. Chciałabym. Po prostu kocham ten kraj, gdzie ludzie nosza po dwie różne skarpetki i mają w domach tyle ciepłych świateł. Wychodzę na spacer nad wodę, na wiatr. Przewietrzam myśli. Znów wiem, że chciałabym mieszkać blisko morza. Być może oceanu. I gór. Patrzę na wodę i nachmurzone fiordy Esji, fala ciężkim, sennym uderzeniem rozbija się o falochron. Znów przypomina mi się rysunek muminka o potworze morskim, który oddychając wciąga i wypluwa morze, oddechem wywołując zmiany poziomu wody. Czas zatacza koło. Pierwszy dzień, dzień ostatni. "Żegnam się z miastem, które stało się moje." 


Niech puentę zrobi Kasia Stankiewicz. Połączyła cięzkie chmury, islandzkie pejzaże i moje imię. Nie ma lepszego podsumowania na dziś. Dzięki, że przechodziliście ze mną tą drogę!


niedziela, 24 sierpnia 2014

Menningarnót, there and back again

Bałam się tego powrotu do miasta po pustych przestrzeniach, ale niepotrzebnie. Niechętnie rozstajemy się z zielonym autkiem, które odbiera Ölafur, nas z kolei odbiera Jimi. Lubię ich tętniący gośćmi dom, pomieszanie języków, między którymi przechodzą płynnie, tęczowy parasol pod sufitem i ładną lampę, w którą często przywalam głową. Prezentuję Wam grafik odwiedzin na Ausholt 32. Śliczny nie? Chciałabym mieszkać z takimi pozytywnymi ludźmi i mieć taki otwarty dla wszystkich dom. 


Zapomniałam już jak woda w Reykjaviku wali jajami. Cały sieć wodna w R. Jest podłączona do naturalnie gorącej wody. Stoisz pod strumieniem gorącej wody, a gdzieś tam Trölle mają te swoje siarkowe wzdecia nad jeziorami lawy. Ale i tak jest bosko wyprażyć się po podróży! Zaraz potem lecimy na pchli targ. No i tam nam schodzi dzień. Uwielbiamy islandki i islandczyków. Ich luz, ich swobodne podejście do wszystkiego. Ubierają na siebie naprawdę cuda, takie jak obie lubimy. Za duże, workowate płaszczki, sukienki z ogonami, swetrzyska, parki. Cuda. Łączą to przeróżnie wszystko i noszą z niesamowitym wdziękiem. Agni jest w ubieraniu odważniejsza, swobodniejsza niż ja. Islandia to kraj ludzi, którzy naprawdę nie poddają Cię cały czas opiniom i to jest cudowne. Naprawdę! Masz ochotę na sukienke i górskie buciory? Twoja sprawa, czemu ma to mieć znaczenie? Chcesz ubrać się w sukienkę a'la buka albo mieć tęczowe włosy? To sobie miej, bo czemu nie. Uwielbiam ich. Pan sprzedawca w kinie ma paznokcie pomalowane na niebiesko, Anita zawsze ubiera dwie różne skarpetki, Jimi lubi swoją damską marynarę w szalonych kolorach i zakłada muchę kiedy wychodzimy na miasto. Ubierają się tu niesamowicie i ogromnie mi się to podoba. Dziś okrzyk "ale tu pięknie!" zastępuje: "jak ja ich lubię!"

W R. trwa noc kultury, menningarnót, od 9 rano. Pytam czemu mają noc kultury w dzień. "Well, i've never tought about that!" Po prostu, bo czemu nie. Może dlatego, że czasem u nich noc miesza się z dniem? Hm. Who cares. Rzeka ludzi płynie miastem, zamknęli ulice, prebiegają biegacze z numerami, dzieci łażą po drzewach, na każdym rogu wystawy, koncerty, muzyka, ludzie tańczą pokazowo lub spontanicznie. Wcale mnie to nie mierzi, w tym kolorowym tłumie czuję się dobrze, miasto tętni muzyką. Bosko. A no właśnie, dziś spotykamy się z naszym dobrym duchem, Karą Boską! 

Ale zanim to nastąpi, idziemy na koncert Hinsegin kórinn, queer choire from R., bo śpiewają tam nasi znajomi i nas zapraszają. To przekracza moje naprawdę wszelkie wyobrażenia o spokojnym, tolerancyjnym i ufającym sobie społeczeństwie. W chórze śpiewają osoby LGBTQ(+asy+forajnerzy). Na scenę wychodzi grupka osób ubranych na czarno z tęczowymi dodatkami i śpiewają super, z radością i dobrymi emocjami. Profesjonalnie i świetnie! Ale wiecie co jest najlepsze? Że ten koncert jest w banku. Normalnie, obok nas są stanowiska komputerowe, wszystko leży, włażą tam dzieci za biurka. Na środku stoi scena i tęczowi ludzie z uśmiechami śpiewają pieśni wszelkie, nawet brawurowo wykonują Bohemian Raphsody! Wielkie wow! 


Spotykamy się z Karą, wydaje mi się, że naprawde 100 lat temu piłyśmy piwo w Jastrzębiu i rozmawiałyśmy o podróży na Islandię. Jeszcze nie wierze, że to zrobiłyśmy, że objechałyśmy ją całą. Z naszym pozytywnym Jimim byłyśmy na wystawie w Harpie, wyświetlali pejzaże, widoki Islandii. Rozpoznajemy miejca, byłyśmy tam! Mam łzy w oczach, wiem, że Agni też. Jeszcze nie wierzę. Kara mówi, że z nas szczęściary, że pogoda, że przez wulkan ewakuacje, teraz pozamykali nieliczne drogi. Jes, we are LUCKY!!!! Osom! Spędzamy bardzo miły wieczór, pijemy w porcie, namawiamy naszego anioła, żeby odlał się do oceanu (dał się namówić), oglądamy fajerwerki (na pewno są specjalnie na nasze pożegnanie!), łazimy w ciuchach z pchlego targu, tańczymy na koncercie w knajpie. Tańczę sobie w Reykjaviku! Czuję się tu tak dobrze. Marzenie kiełkuje. "Nie wolno Ci się bać, wszystko ma swój czas."

Zguba nam się gubi. Our rescue team znajduje zgubę pod drzwiami domu. Nie mogło jej się nic stać, wyspa się nami opiekuje, jak przez cały czas w tej podróży. A poza tym, powiesiłam dziś jej imię na liściu, na pewnym specjalnym drzewie, co ma gwarantować jej opiekę dobrych sił i ochronę przed wszystkim, co złe. I jak widać gwarantuje! 

sobota, 23 sierpnia 2014

The last day!

Budzimy się gdzieś na jednym z końców świata, pomiędzy św. Górą, a miasteczkiem Stykkishólmur, które leży na samym końcu cypelka. Tam też wybieramy się zjeść śniadanie. W dodatku pan od przewodnika zachwalał, że jest urocze i miłe, coś takiego, no po prostu musimy to sprawdzić. Człowiek z nieumytymi włosami też może być szczęśliwy (nawet ja)! Ale po 3 dniach ile radości sprawia zwykly prysznic! Umyte, pachnące mydłem i powiewające puszystością włosów przechadzamy się po S., jemy śniadanko i wdrapujemy się na małą wyspę z latarenką morską ( a nie ma ich tu za wiele). Pogoda powala nas dalej, błękity i zielenie. Pod latarnią wyginamy się na powitanie słońca, to niesamowite, że znów grzeje tak, jakby nas pomyliło z jakimiś wyspami greckimi. Odkrywamy też znów, że Islandczycy nie są mistrzami wypieku pieczywa. No i zaiste miłą, portową mieścinę S. ktoś mocno skrzywdził futurystycznym kościołem. Chyba już mocno odbiłyśmy swoimi drogami z głównej trasy, bo przestałyśmy spotykać wciąż tych samych turystów w kolejnych miejscach. Fajne jest to, że na Islandii wszyscy są islandczykami. Nie można poznać skąd kto jest, wszystkie rejestracje są islandzkie. 



Bardzo staramy się to zagłuszyć, ale kolejne tabliczki informuja nas, że wracamy. Staramy się czerpać z tego dnia jak najwięcej, wydłużać chwile, ale wyskakuja z nas słowa "ostatni raz" "będzie mi brakowalo". Będzie brakowało tej przestrzeni, bardzo. Zatrzymujemy się w Borgarness, wypijamy kawę w miłym miejscu. "Waffle! Nie jadłyście waffli? Jesteście na Islandii od wczoraj?!" - mruży do nas oko dziewczyna, która prowadzi kawiarnio-kwiaciarnię. A więc wcinamy. Z bitą śmietaną i syropem, yummy! Wreszcie zgłebiamy dziś dzieje słynnego Egilla z "sagi o Egillu". Krwawe i surowe to dzieje, jak to na nordyckie i celtyckie opowieści przystało. Btw, to się wymawia Ejhitl. Yep, uwielbiam ten język, absolutnie! Umiem powiedzieć dzień dobry (sukces!). Nieustannie walczymy z wymową miejscowości. Połykanie spółgłosek na wdechu jeszcze kiepsko idzie, wydłużanie samogłosek powoli lepiej. Umiem już płynnie czytać Upplysingar (informacja turystyczna). Z wiadomości w radio wyłapujemy aż nazwy wulkanów. Jedna pani mówiła, że mają ubaw jak teraz prezenterzy w TV próbują wymówić Bárd(th)arbunga. 

Potem ruszamy do ostatniego wodospadu (z podejrzanie prostą nazwą) - Glymur. Przed wejściem mnóstwo napisów po islandzku, na pewno ważnych. Włazimy. Po drodze atrakcje się po prostu nie kończą! Islandia zaskakuje nas swoją różnorodnością do samego końca. (Na pewno te napisy o tym mówiły!) Czego jeszcze nie było? Przechodzenia przez rzekę po kłodzie, wchodzenia z linami i ślizgania się na kamieniach! Tak, to tez tu mają. Glymur jest tego wart, woda spada z 200 metrów, piękny. Dumamy na chwilę u góry, sięgamy wzrokiem po horyzont, wsłuchujemy się w szum spadającej wody, w plusk i łoskot. Potem okrążamy ostatni fiörd(th), piękny, lazurowy, uwodzący nas do samego końca. Tęsknijcie za mną, mówi, za moimi owcami i ptakami, skalnymi ścianami i łagodną zielenią trawy i mchu, za ścieżką drogi, która biegnie pod słońce. Za lazurem mojej wody i ciemnymi plażami. Za koniem potrząsającym grzywą. Będę tęsknić. 
Reykjavik 30 km. Masta, duże sklepy, dziwnie. Mijamy go pędem i jeszcze na chwilę wyjeżdżamy za niego. Pełen krąg zatoczony. 1330 km głównej drogi nr 1 plus wszystkie odbicia, nie wiem ile kilometrów. 
Ostatnie miejsce gdzieś w środku niczego, na odludziu, za miastem. Patrzymy w przestrzeń oceanu, zachodzi słońce. Daleeeko widać szczyt Snaefellsjökull. Po prawej gdzieś jest Reykjavik, z lewej migocze przyjazne światło latarni morskiej, do której już nie dojedziemy. W ogóle nie jesteśmy zmęczone jeszcze tą podróżą, spaniem w aucie, zimnymi nocami, gotowaniem w kubku, myciem się jak i gdzie się uda, połykaniem drogi, budzenie, się ciągle w nowym miejscu i bałaganem na tylnym siedzeniu. Chciałoby się jeszcze. Patrzę na porosłe kamienie dookoła. Las putas melancholicas. "Niepotrzebny na. Ten smutek, kiedy tyle pozostało w nas!" Szkoda, że towarzyszący nam przez wszystkie noce Jacek Daniel wczoraj podstępnie się skończył, dobrze nas rozgrzewał ten chłopak. 
Jutro oddajemy samochód i wracamy do miasta. Dobranoc, oceanie. 

piątek, 22 sierpnia 2014

Dziki zachód

Wiecie co było w nocy? Przymrozek. Serio serio. Spałam w windblokowym polarze (na te inne warstwy wszystkie) czapce i szaliku też. Za to rano budzi nas słońce! (I siku). Zmarzłam tak, że aż się zdenerwowałam i wylazłam z piździka i poszłam pobiegać i poskakać. Zaraz po śniadaniu zajeżdzamy do Hvammstangi, małej rybackiej miejscowości, można stamtąd wyruszać na oglądanie fok. Niestety żadna foka nie chce tam nas obejrzeć, więc snujemy się tylko leniwie w słońcu i lądujemy w kafeterii Hladan. I znów nasze miejsce, klimacik, stare przedmioty, zapach piekącego się ciasta i miła Pani w fartuchu, której się marzy niebieska ceramika z Bolesławca (!). No i kawa. No i @. Fajne to jest, że chyba nie mają o naszej nacji złego zdania, nie wiem jakim cudem się to udało, ale to fajne. 

Dziś będzie dużo o owcach! One są takie słodkie! I szalone. W następnym wcieleniu chciałabym być islandzką owcą. Na północy były takie puchate jak te puszki-dmuchawce co tu rosną. Te zachodnie mają już inną sierść, taką bardziej skundloną, jak te nasze. Agni nazywa je "romantycznymi duszami" bo odpoczywają sobie wtulone w trawy i skały zazwyczaj w miejscu, z którego rozciąga się jakiś piękny widok, np na fiord. Albo leżą na czarnych plażach, albo brodzą w wodzie. No  i mają jeszcze jeden sport - wyskakiwanie na drogi. Czają się w rowach, a jak już człowiek blisko podjeżdzą to ruszają galopem, jakby je som diobeł gonił. Czasem na łąkę, czasem pod koła. Ogólnie stoją i się gapią na nas zielony piździk z taką miną wszechwiedzącą i znudzoną albo,przezrażoną. Ale nie wiadomo co takiej wariatce strzeli zaraz do tej kudłatej głowy. Albo rogatej, jeśli to baran. Pasą się gdzie i jak chcą do 5go września, potem pasterze idą w góry i zgarniają wszystkie spotkane owce do takich okrągłych drewnianych zagród, które co jakiś czas mijamy. A potem jest ogromne święto i dzielenie owiec, które są jakoś oznaczone i wiadomo, która jest od kogo. Pewnie już tupią kopytkami i patrzą w kalendarz, gdzie ten wrzesień? Bo kurde zimno. 



Potem żegnamy pólnoc i śmig! Przez chwilę jeszcze uciekamy od kierunku Reykjavik! Na fiordy zachodnie, najdziksze podobno na Islandii. Faktycznie, piękne i dzikie. Łagodniejsze od północnych kolegów. Słońce świeci jak na jakiejś teneryfie, błękitniutkie niebo i tak niesamowity lazur wody, że nie możemy się napatrzeć! Robimy po nich tylko takie małe kółko, ale fajnie, że to się udaje! Jedziemy do Holmavik. 

Już naprawdę dawno nie widziałam tak sennej atmosfery jak w tej mieścinie. Prawie widzimy jak czas dryfuje obok nas znudzony. Słońce, cisza, nawet nagle wiatru prawie nie ma. Za to jest muzeum i restauracja. Za kasą stoi Elf. Elfy mają tu koło 40ki, czerwony fartuszek, czapeczkę z filcu i długie siwe włosy. Mówi, że akurat jest widzialny, bo za mocne dziś słońce. W restauracji zostaje Agni. Ja postanawiam zwiedzić muzeum. Wyobraźcie sobie sielankową, senną mieścinę. Port, tuż nad wodą. Pełne słońce, przyjezdni, mały sklepik z rękodziełem i ta restauracja-muzeum. Trochę wymarłe. W restauracji mają kawę i ciacha i tylko jedną zupę - rybną. Brzmi sielankowo? Pewnie! To teraz Wam powiem jakie to muzeum. Museum of sorcerers and witchcraft. Niby malo eksponatów, ale naprawdę robi wrażenie. Procesy w okolicy - z nazwiskami. Zachowane PRAWDZIWE grimoairy, czyli książeczki zaklęć. Naprawdę, ciary na plecach. Ciekawostka - czarami na Islandii zajmowali się głównie mężczyźni. I to głównie na fiordach zachodnich. Może w sumie nie tylko, ale tam też mieszkał bardzo gorliwy pogromca, stąd dobra dokumentacja. Wypijam kawę w tym dziwnie spokojnym miasteczku, to nasz najdalej wysunięty punkt fiordów. niechętnie zaczynamy wracanie. 

Fiordy zachodnie są naprawdę piękne. Mają w sobie jakąś dzikość odczuwalną nawet na takim krótkim odcinku, nawet w takim dotknięciu lekkim. Bezludność, te ich sporadyczne farmy na odludziu (jak tu dzieci chodzą do szkoły?) mnóstwo ptaków. Na zachodnich pierwszy raz widzimy stosy zbielałego drewna, wyrzuconego przez ocean. I niestety plastikowych śmieci. 



Przy okazji drewna chwilę o wspólnej podróży. Bardzo się z Agni zżyłam, właściwie razem jemy, śpimy, myjemy się, robimy zdjęcia. Wcześniej już wiadome pokrewieństwo dusz, tutaj zacieśnia się jeszcze i uwydatnia. Wracamy z krótkiego wyjścia na plaże i w tym samym momencie pokazujemy sobie: zobacz co znalazłam! I obie mamy kawałek białego drewna w rękach. To tylko jeden przykład. I jest naprawdę dobrym towarzyszem podróży, wczoraj zaśmiewamy się tak, że łzy mi płyną (a prowadzę)! Bardzo ufamy tu naszej intuicji i nas nie zawodzi. To nie znaczy, że jesteśmy identyczne, ale naprawdę dobrze się zgrywamy.

Agni znajduje coś na mapie i uciekamy jeszcze raz z kierunku na R. Skręcamy w półwysep Snaefells, na św górę Helgafell. Dostaję szkołę na 60 km dziur. O dziwo ten półwysep ma bardziej dzikie miejsca i gorsze drogi od zachodnich fiordów. Ale może taki odcinek. Przejżdzamy przez mokradła z mnóstwem gadających ptków. Może właśnie mają przeloty? Na świętą górę musisz się wdrapać w milczeniu, stanąć twarzą na wschód i pomyśleć 3 życzenia. Idziemy w milczeniu, pięknie zachodzi słońce, nie ma wiatru. Stajemy twarzą do mokradeł, gadają ptaki. Wierzę, że nasze życzenia się spełnią. 
Po dwóch godzinach o 23 nadal zachodzi słońce. Właściwie nie widziałam tu gwiezdnego nieba, zasypiamy jak jest jasno.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Islandzka północ

Tutaj naprawdę nie trzeba szukać atrakcji, one tu po prostu są, co kilka kroków coś nowego. Budzimy się przy grocie, w której kąpałyśmy jak córki pramatki Ewy i... górnika. Ruszamy oczywiście przed śniadaniem - do... Dimmuborgir! Kto ma jakąś mroczną muzyczną przeszłość zrozumie moją uciechę, hehe. To aż pięć kilometrów. Trochę pada, ale przestaje IDEALNIE po śniadaniu i idziemy na spacer do skalnego kościoła. Naprawdę rozumiem to skojarzenie, iście gotyckie sklepienie, koncerty tam (a odbywają się) muszą być niesamowite. Owce patrzą na nas z góry, łypią na nas francuzi. Umieram ze śmiechu, kiedy Agni wylicza jakie przeszkody musiałby pokonać ktoś, kto zachciałby nas dziś poderwać. Wygląd buki (śliczne mamy pelerynki), nieczęste mycie, nadmierne owłosienie, w tym na głowie dobrze naoliwione i 6 warst ubrań... "To musiałaby być miłość!" Francuzi ewidentnie jednak się nie zakochali. Pogapili się i pojechali. Cieniasy. Z DB jeszcze dwa momenty:radości - bo ktoś opisał te wszystkie islandzkie kolory!!! Aaaach! Mamy je! Artctic grass green, meadow green, horizon-line blue, midday sky grey. Kocham je WSZYSTKIE! Nawet gay pride pink, bo też tu jest. Cudna paleta islandzkich barw. Znów SEDNO uchwycone (przez kogoś i też przez nas). Drugi moment grozy, kiedy mój aparat wyświetla "karta niesformatowana", hesus maria alberto, serce mi zjechało do kolan. Ale jest ok. Uffff. Chmury rozstępują się i oglądamy jezioro Myvatn i pseudokratery (cóż za piękne określenie) przy dobrej aurze. I śmigamy dalej. 
Co do określeń to nie wytrzymam, muszę o tym przewodniku. Mastercard pascal z 2010. Jestem naprawdę bardzo wdzięczna osobie, która nam go pożyczyła (choć jej osobiście nie znam!). Ale chyba korektor spała, redaktor miała gorączkę albo okres, a autor został tu przysłany za karę. Jak będę się nudzić na lotnisku to policzę, ile razy zostało użyte słowo "nieciekawe". Naprawdę, jakbym to przeczytała w domu, to chyba by mi się nie chciało na tą Islandię. Nudna trasa, ponure krajobrazy, nieciekawe miasta, brzydkie budynki, nic interesującego. OMG, serio??? Na Odyna, na szczęście to nieprawda.
Co do bogów odwiedzamy też wodospad Godafoss, gdzie dzielny wódz wezucił posągi starych bóstw, gdy przyjmowali chrześcijaństwo. To i inne tym podobne akty wiary znajdujemy potem na witrażach w Akureyri, stolicy północy. Pamiętacie ten szałowy kosciół z Reykjaviku? Ten sam architekt, polecam wyklikać. 
Akureyri też ma być nieciekawe, na szczęście nasza intuicja wie lepiej. Najpierw jej nie słuchamy, ale wszystko jest po coś. Trafiamy do cudownego sklepiku o nazwie Florá. Chciałabym w takim pracować, mieszkać, żyć. Idealna muzyka, śliczne ubrania, dizajnerskie przedmioty, organic food, lopapeysy, gadżety, płyty, wełna, torby, czapki z rogami fauna, second hand, kartki takie, jak uwielbiam, książki. Czuję się jakbym weszła do Narni. Miła dziewczyna, która tam pracuje poleca nam kawiarnię. I tak, stałyśmy pod tą kawiarnią wcześniej, ale nie weszłyśmy. Mówimy jej jeszcze, że chcemy u niej zostać. Śmieje się i mówi, że ma wygodną sofę i jakieś koce. Niech nam tego nie powtarza drugi raz. Teraz wchodzimy do kawiarni Ilmar, najtańsza kawa i pyszne owsiane ciastko, mała przyjemność! No i net, można Wam to wrzucić w eter, co piszemy wieczorami. Za oknem zamglona stolica północy i najdłuższy fiord. Wokół nas ludzie piją kawy i klikają w urządzenia, ktoś czyta książkę, jest ubrany w ładny lopi. Lubię to, że oni wszyscy łażą w tych swetrach. Z Polski wieści, że może wulkan (wiadomości po islandzku nadal jak z Marsa). Kara pisze: zawsze obiecują (sic!) a nic nie wybucha. Ewa mówiła, że Artur ma cały foto sprzęt gotowy na erupcję. Co ma być, to będzie! 
Jemy obiad po drodze w ślicznym miejscu i jedziemy. Agni zasypia, świeci słońce. Ja wcale nie sądzę, żebym w Polsce umiała prowadzić potem auto. No, chyba że będzie droga po horyzont, pusta przede mną i za mną, będę mogła wcisnąć te 90 i gnać. Góry, fiordy. Zjeżdżamy z księżyca w morze złotych traw, przypominam sobie, że na ziemi jest sierpień. Pojawiają się znaki na Reykjavik, ok 400 km. To znaczy, że 1000 już za nami! To znaczy, że wracamy. Robi mi się trochę smutno. Choć wiem wiem, to jeszcze wcale nie koniec!
Przed snem kościółek z kamienia, stado zaciekawionych koni (jakie one mają puszyste grzywy i mocne mięśnie od hasania non stop po tych przestrzeniach i wietrze!) i grzane piwo na noc (z cukrem i goździkami, na wypasie). Żeby przeżyć tą zimną nockę jeszcze. Bry. 

Najfajniejszy dizajn- sklep na Islandii! Must see w Akureyri! 

środa, 20 sierpnia 2014

Wiatr i przestrzeń

Pomoc przyjdzie, jeżeli o nią poprosisz! Ta złota zasada znowu się sprawdza dziś. Tłumaczymy, że w autku coś rzęzi, starszy pan z informacji gdzieś dzwoni. Jedziemy, pani, która nie mówi po angielsku długo gdzieś dzwoni i sprawdza nasze papiery. W końcu wychodzi wielgaśny rosjanin (!) słucha i mówi że eta niet prabliem można jechać. Juhuu! Uff. Kamyk z żołądka! Wracamy do informacji, pan daje nam kawę "zapłacicie następnym razem" (kocham go!), dopadamy na chwilę neta. Moje afirmacje darmowej, dobrej kawy zostają wysłuchane! Dookoła nas ściany ośnieżonych gór, maleńki port chyba jeszcze śpi. Wychodzi słońce! To będzie dobry dzień! I zwracam honor panu od przewodnika. Ten kościółek JEST bardziej pastelowy niż niebieski. Bohemy, która ma królowac w tym miasteczku nie spotykamy, ale za to piękne mają murale!


W Egilsstadir, podobno brzydkim i nieciekawym (przewodnik opisuje tak co drugie miasto na islandii) dziwią nas ciekawie ustrojone domy, bloki, płoty, wstążki, buźki, chorągiewki. Wypytujemy - to sąsiedzi organizują sobie konkurs, kto ładniej ustroi swoją dzielnicę. Fajne nie? Nieciekawe, phi. 
Potem długa i bardzo dziurawa droga do wodospadu Hengifoss, ale nas wytrzęsło, Rumunia bis. Godzinka pod górkę i patrzymy jak woda hipnotycznie i z łoskotem spada z 118 metrów. A pogoda taka, że umieram z gorąca! Serio! Na ICElandii.
Siadam za kółko i żegnamy wschód powoli. Następne plus minus 100 km prowadzę, to znaczy wciskam 90kę, piąty bieg i jadę i jadę. Bo otwiera się przed nami Przestrzeń przez duże P. Dużo po drodze rozmawiamy o tym, jako takiej przestrzeni opowiedzieć. Na zdjęciach będzie nudna. Jak opisć przestrzeń i wiatr? Agni mówi słusznie, że przez emocje, które wywołuje. No więc w tej przestrzeni otwartej po horyzont, gdzie myśli biegną jak droga, gdzie wiatr się rozpędza niczym nie skrępowany, gdzie nie ma ludzi, domów, zwierząt - ja czuję wolność. Taką, że chce mi się krzyczeć. Nie krzyczę, ale jadę cały czas z bananem na twarzy i czuję takie radosne podniecenie i spokój jednocześnie. Wolność. 
Przejeżdzamy dziś niezwykłe krainy. Najpierw łąki górskie, takie... Zwykłe, ładne, pasą się owieczki jak dmuchawce, między takimi białymi puchatymi kwiatkami, te i te bieleją w słońcu, bardzo do siebie upodobnione.
A potem wjeżdzamy na księżyc. Jest szaro po horyzont. Usypiska kamieni, góry w tle i NiC poza tym. Ta kraina księżycowa podobała mi się ogromnie, og ro mnie! Tako dziwoko. Ciężkie chmury szorują brzuchami. Agni mówi: wiatr i przestrzeń, po to tu przyjechałam. I to jest sedno. Po chwili oko się przyzwyczaja i rozróżnia odcienie szarości, warstwy skał, jak to szarość - wcale nie jest jednoznacznie i jednolicie. Będę tęsknić za tą przestrzenią w mieście. Jesteśmy chore na przestrzeń.


Potem wjeżdzamy w mchy i trawy. Ta zieleń powinna mieć osobną nazwę, zieleń islandzka. Ni to płowa, ni to intensywna. Ni to wiosenna, ni to jesienna. Jaskrawe mchy i bledsze porosty. Wspaniała, chciałabym się w te kolory ubierać. Do tego szarości kamieni, czasem dodatek z kwiatka w ugrowej żółci, pomarańczowego porostu albo stalowego błękitu wody. 
Popołudniu po raz pierwszy pokonuje nas droga, która jest dziurą na dziurze i omijamy jeden wodospad. Trudno. 
I trafiamy na inną planetę. Znów kolory, rudości i szarości, zakochuję się tu w kolorach na tej Islandii. Rude piaski, malowane siarką w niezwykłe faktury i kolory jeziorka, kopce kamieni strzelające, prychające i dymiące, i... Śmierdzące zgniłym jajcem jak olaboga! Rude, piaskowe i stalowo niebieskie. Piękne dla oka, dobrze że na zdjeciach nie widać zapachu!
Na koniec dnia szukamy gorących jaskiń koło Myvatn, znajdujemy dwie groty. Jedną pomaga nam znależć ktoś miejscowy, ale jest tam trochę jak z horroru a woda nie za ciepła więc rezygnujemy. I na koniec dnia w drugiej grocie Grjotagja (to ta gdzie się Jon Snow z Ygritt yyy rozmawiał) zdobywamy prawdziwą sprawność wikinga! Nasza wymarzona gorąca kąpiel jest tak gorąca, że udaje nam się tylko opryskać ciało i zamoczyć stopy. Parzy! Odparzam sobie prawie kawałek pośladka, ale po tym szalonym chlapaniu ukropem czujemy się jak młode boginie! Prawdziwi wikingowie zawsze biorą kąpiel w czołówkach. Biegniemy do autka, jest 22:30, nadal nie jest ciemno. Może ten mocny wiatr do rana znów przewieje chmury...? 

Coraz dłuższe te wpisy... chce Wam się to czytać? 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Wschodnie fiodory

No dobra tamta noc była ZIMNA! Nie lubię jak mnie budzi zimno, choć przyznaję, że jokull o wschodzie słońca jest piękny, swoim zimowym pięknem. Bo dziś znów słonko nas budzi. Szczęściaryyyyy! Hey, i'm in love! My heart is beating like a jungle drumm! Hydyngydyngydyngyng! Tańczymy i nucimy lodowym górom o wschodzie słońca. 
Na śniadanie jemy zatokę Jokusalrion, na drugie spacer do kościółka w Hof. Odkrywamy że mają tu hopla na ładne kamyki i minerały. Mnie to nie dziwi, ja mam już w plecaku całe stado małych kamyków! Muszę się mocno powstrzymywać żeby brać tylko te najładniejsze. Bo wiecie, wszystkie są naj, jak muszelki. Wracając w lodowatym wietrze z mini-kościółka, który podobno był świątynią Thora, nucimy dla rozgrzewki "bursztynek bursztynek". Muszę Thorowi przyznać, że śliczne tam było zadupie.
Na obiad karmimy wschodnie fiordy, normalnie z ręki nam jedzą. Powoli wyciera mi się na rogach słowo "pięknie" od zbyt częstego używania, szukam synonimów. Z ciekawostek wyciera mi się też folijka na karcie visa, tak, to prawda, że tu zawsze i wszędzie płaci się kartą. Na samoobsługowej benzinpompie też. No więc fiordy są cudne, sympatyczne, śliczne, majestetyczne i priekrasne i... Brak mi słów. Przyroda wciąż mnie tu zadziwia, co krok. 
Deser - w uroczym małym miasteczku udaje nam się poblogować. Pan w turistinfo ratuje mi też dupę ładując baterię do aparatu. $>*^%#*}*#%{*+ chińszczyzna. Baterii w jabłku starcza mi akurat na 3 posty! Zostawiam Agni na trawie zatopioną w blogu i idę zobaczyć skalny kościół elfów. W kamiennych kręgach mchy i bluebellsy, to mi pasuje do elfów. I wiatr! Leżę sobie u elfów na mchach i staram się nie deptać dzwonków. A nuż to jedzą albo dzwonią sobie nimi na msze, w konkurencji do maleńkiego kościółka u stóp ich skał. Kiedy schodzę znajduję przy ścieżce koszyczek wypełniony minerałami i kamykami. Ciekawe czy to zostawiły elfy ludziom czy odwrotnie. Podoba mi się to, że mimo chrześcijaństwa nie zapierają się starych wierzeń. Art dizajn w miasteczku oferuje iście elfie sukienki z mgły i foczej skóry. To też mi pasuje do elfów, elfy z mitologii to nie są przytulanki, bywają krwiożercze. No i deser dla ciała- pierwsza islandzka kawa i ciacho w czerwonym drewnianym domku.
Droga do kolacji jest długa i kręta, nazywa się Ouxi, wiedzie przez kanion i przełęcz, wije się, pyli, trochę kropi deszczem. A dziury istna Rumunia na Islandii, brrr. Martwimy się, bo w naszym zielonym piździku coś trochę rzęzi i grzechocze.
Na kolację portowe miasteczko Seydisfiordur, z piękną trasą dojazdową, Karo - nie ominęłyśmy! Plansza mówi że jest + 4 stopnie, na szczęcie nie jest tak żle. Dokładnie pół Islandii przejechane!!! Znajdujemy dziś zaciszny kącik, tuż przy stosie kamieni, na którym są naklejone haftowane oczy. Taki to kraj, gdzie kamienie mają nas na oku, tej nocy jesteśmy pod dobrą opieką małego ludku.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Helveti-god! (Fonetyczny zapis, sorry!)

Długi i intensywny dzień, ale najistotniejsze jest, gdzie ja to właśnie piszę. Z prawej mam widok na bliski ocean. Z lewej na lodowiec Vatnajokul. Przed nami pasmo skał, a za nim lodowa laguna Jokusalrion, w której pływają kry. KRY! Jaram się tym, mimo że wszyśtko mówi mi, że ta noc nie będzie ciepła. Brry. Już z założenia ubieram 3 warstwy do śpiwora, a czwarta w pogotowiu. Czapka koniecznie. Kolejna noc w autku, ale traktujemy to jak przygodę! Zwlaszcza że zgubiła, karimatę. Prawdziwi wikingowie nie potrzebują karimat. Agni ubrała sweter do śpiwora. Cholera, jest zimno. Pijemy Jacka D. Gulp. Czy powinam wyjąć rękawiczki?

Prawdziwy wiking przed śniadaniem zawsze chodzi na czarną plażę, co też i my uczyniłyśmy. Przepiękna plaża, wschód słońca. Puffiny. I my. I wiatr taki, że ledwo ustać. Więc śniadanko - tym razem pierwsze i fru do Kirkubaerjaklaustur, gdzie czeka na nas Ewa! 
Droga jest... Dech zapierająca. Coraz to inne góry, mają ich chyba nieskończoną ilosć. Widoki na lodowce. I pola, czarnego piachu, lawy, kamieni porośniętych zielonym porostem, głazów - kopczyków, to wszystko oświetlone słońcem, po horyzont. Niesamowite. Próbuje y to sfotografować ale nie da się, trzeba tu po prostu stanąć i się rozejrzeć. Niesamowite doznanie przestrzeni. Nie mogę się oderwać od tych porośniętych głazów i od głazów trolli, od puchatych jak dmuchawce owiec, które zmykają przed nami w panice, trzęsąc kuprami. 

Ale śmigamy, pierwsze tankowanie i przejmuje nas mini z rejestracją SCI! Spotkanie z Ewą, umówione dawno temu w Cieszynie, teraz się udało!!! Zabiera nas na śniadanie przy wodospadzie, do najwyższego drzewa na Islandii, do ich domu (tu pozdrowienia dla Artura, którego majty wieszam na sznurku), do kanionu przepięknego, którego nie ma w żadnym przewodniku i na basen! Prawdziwy wiking nigdy nie odmawia basenu, zwłaszcza a widokiem na wodospad i gorącym 40 stopniowym hotpoolem! Nie odmiamy i och! Jakie jesteśmy potem czyste! Ja serio nie pamiętam, żebym kiedyś tyle pływała i taplała się w wodzie, co tu! Ewo, dziekuję Ci bardzo, to było świetne, miłe spotkanie, dużo dobrych myśli. I zasiałaś we mnie ziarno myśli o Islandii na dłużej. Pozwolę mu teraz swobodnie rosnąć.
I jeszcze wędrówka po parku Skatafell i jeszcze pruję po islandzkich drogach prostych po horyzont. Kierowcuję! I jeszcze na koniec niespodzianka, a może po 20 poszukamy parkingu? 20:16 jest parking. A co za tą górką? Prezent z widoku na basen, w którym kąpią się kry. 
Dziś napisałabym: trzymajcie kciuki za tą noc. Umilamy sobie czas przewodnikiem, w którym istne perełki. Bo wiecie, kościół jest niebieski, ale bardziej pastelowy. Sic!


niedziela, 17 sierpnia 2014

Wodny szlak

Dziś nie zacznę od "pogoda", zacznę od tego że po nocy w samochodzie obudził nas piękny widok na panoramę gór w słońcu! Dzień upływa pod hasłem "jestę wikingię". Wikingowie na pewno wskakują co rusz do górskich rzek, tak więc jeszcE przed śniadaniem zabieramy ręczniki i zasuwamy pod górkę. Cudne panoramy, potoczki. Wikingowie na pewno tego nie robią ale zaliczam błotną małą glebę, a mój własny aparat próbuje mnie zabić. Nie udaje się to ani jemu, ani oparom Siarki z wnętrza piekieł i docieramy do gorącej rzeki. Jesteśmy wikingami, nie straszne nam lodowate wichry! W bikini, ale w czapce - wskakujemy do wody! A potem już wiem, ajk ewolucja mogłaby wrócić do wody - po prostu nie chcę stamtąd wychodzić!  Wychodzimy jednak i schodzimy, a potem przez cały dzień podążamy wodnym szlakiem. 
Wodospady s. I skogafoss. Pierwszy to najpiękniejszy wodny spektakt w całej Islandii! Tęcze, spadająca woda, którą wiatr próbuje zawrócić w górę, wodne mgiełki. Cudo! Okrążamy ścianę wody, ale kied tylko odwracamy się do. Iego plecami - polewa nas jak z wiadra. Suszymy się potem na słońcu. Na słońcu! 
Panoramy, droga po horyzont, skały, góry. Ta zielona zieleń mchów na skała h, bardzo charakterystyczna. Śnieżne czapy jokuli, z daleka widzimy Heklę, a blisko podchodzimy do Eyjafjallayokula! Piękny drań i niepokorny, wybuchł zaledwie 4 lata temu i zrobił niezłą zadymę. 
Na zakończenie naszych wodnych przygód dziś ukryty basen. Wiecie co, jakbay mi ktoś w pl powiedział, że mam jechać na zadupie i iść w góry, żeby w lodowatym wietrze rozebrać się do bikini, a potem wejść do wcale nie gorącego, zaglonionego starego basenu, chyba bym się puknęła w czółko. A tutaj właśnie to robimy i sprawia nam to kupę radości! Pływam w tych glonach, z najpiękniejszym widokiem na góry i na małą budkę przebieralni i krzyczę "jestę wikingię!", kiedy Agni olewając glony przytula się do basenu przy rurze, przez którą wpada gorąca woda. Niestety nie wiem kto i dlaczego to wybudował tam. Ale się dowiem! Wszystko po islandzku pisało. Normalnie łowczynie starych basenów islandii .pl !
Piękny ten dzień, na koniec piękny zachód słońca i widoki na czarne plaże viku, na trole zamienione w skały przy brzegu. 
Dodam jeszcze tylko, że zabrany dziś pierwszy autostopowicz - Ala z Katowic! Zorza laser w tęczowym stroju, podróżująca z dwoma analogowymi fotografami. Natykamy się na tą 3kę kilka razy. 
I - widziałyśmy maskonury! Są cudowne! Przedreptują, wyglądają zza skał i urwisk. Są tak naprawdę niewielkie, krążą nad trollowymi skałami całymi chmarami. Mocne dziobki, mądre, ciekawskie oczy. Śmieszne podskoki. Nie słyszymy tylko by wydawały jakiś dźwięk. 
A teraz już muszę iść spać, bo stoimy w Vik autem, a rano się zrywamy o świcie. 
I jak jeszcze raz sobie to skasuję, albo coś zgubię to normalnie.... Będzie rzeź elfów. 


sobota, 16 sierpnia 2014

W drogę dookoła wyspy!





Pogoda przestała nas rozpieszczać i zaczęła być prawdziwie islandzka. "Dobrze że pada, za dużo już było tego słońca!" Mówi mi Islandczyk. Pfff. Ale dziś najważniejsze jest to, że o 10 odbieramy samochód i po prostu jedziemy. Jedziemy! Złoty deszczowy krąg, czyli must see. I kilka dodatków, które proponowała nam Kara Boska na swoim blogu. Jedziemy, po prostu jedziemy przez tą cudną krainę! Nasycona zieleń mchów i grafitowe czernie skał, cielska gór we mgle. Nie możemy się na tą przestrzeń napatrzeć. I tak, o to chodziło, o przestrzeń. Puszczam nawet jeden utwór Sigurosa, siedzimy na Islandii, w islandzkim deszczu bębniącym o szybę i słuchamy, zaklinamy. Jest mi dobrze, w drodze czuję się jak w domu, jak u siebie. Oglądamy gejzery i wodospad Gulfoss, i ważne miejsce islandzkiej historii, miejsce fascynującego Althingu. Pada, pada okrutnie, woda spływa mi po nogach pod spodniami i kapie z nosa, pada tak, że odżałowujemy kasę i kupujemy w końcu peleryny a'la  Buka. I połykamy naszym zielonym odrapanym wehikułem, naszą Thunderpussy 2, kilometry wśród gór i mgieł. Tak leje, a mymjuż dość przemoknięte, że odpuszczamy jezioro w kraterze. No cóż. Na koniec dnia niebo nas nagradza - przestaje padać, spacer, piękny zachód słońca i tęcza! Pasą się tu stada koni. Bo nie wiem czy wiecie, że te islandzkie są takie póldzikie, wypędzane na całe lato na wypas, potem na zimę zaganiane. Czy to nie piękna koegzystencja potrzeby wolności z pragnieniem oswojenia i przynależności do kogoś? Parkujemy w środku niczego, pod hot springs cafe, blisko gorącej rzeki, którą obiecujemy sobie na rozbudzenie rano. A tymczasem gorąca herbata z jackiem danielsem i zasnąć, jakoś ułożyć nogi w tym piździku. Słychać mocno wiatr, jego podmuchy kołyszą autkiem do snu jak kołyską. Jak to dobrze umyć zęby na stacji, zjeść co bądź i zasnąć in the middle of nowhere. Ale wiecie co? Jest tu kibelek z papierem, ręcznikami i mydłem! I wiecie coz? Strasznie do niego daleko, z 20 kroków! I pewńie obudzi mnie chęć siku w środku nocy. Damnit. Naokoło nas pierścień gór i wiatr.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Please, walk on the grass!

Pogoda zaczęła nam pozazywać, że najwyższy czas się stąd ruszyć, ale jeszcze dziś droczymy się z nią troszkę i olewacko demonstrując swoje podejście do zimnego wiatru - idziemy na basen. Najstarszy basen w R. z 1937 roku - ale klimat!  W dodatku po raz kolejny udaje nam się ominąć główny turystyczny nurt, pływamy w basenie z samymi Islandczykami, a potem razem z nimi wychodzimy po schodkach na zewnątrz i pod gołym, zachmurzonym niebem moczymy dupy w wodzie o temperaturze 40 stopni. I tak kilka razy runda, po wyjściu z tych 40 stopni jestem niezniszczalna nawet na tym zimnym wietrze. Foti z bioderka, bo nie wolno, a skrytym fotografom grożą policją. Odkrywamy też że Konur to kobiety (a Karlar panowie) oraz że panowie z paragonuzpodróży mieli rację - pylsar to naprawdę pylsar i jest tu sławny. Czyli hot-dog, dla niewtajemniczonych w arkana tego cudnego języka. Uspokoję Was, nie jadłam tego, nasz polski łobiod rządzi póki może! Ale patriotycznie na prezent kupujemy milkę. Made in Germany. Heh.


Potem znów krążymy i snujemy się, omijamy miejsca, które jeszcze wg przewodnika sprzed 4 lat były "za darmo" - a już nie są. Znajdujemy murale, zachwycamy się przedziwnym budynkiem z baniek mydlanych, umawiamy się na wieczór z naszym hostem-ghostem. Mam śmieszne uczucie, że znam już to miasto, kiedy tylko od trzech dni po nim krążymy Wciąż mnie nurtuje jacy oni - Islandczycy - są, jak wyglądają ich domy, co tam sobie myślą. Bo ani Jimmy, ani Anita chyba tak do końca typowymi mieszkańcami wyspy nie są. Najbardziej islandzki na razie wydaje się pan sąsiad, który grzecznie acz stanowczo prosi, żeby używać ścieżki i nie przechodzić mu pod oknami po jego steypu. Choć kiedy Anita ubiera się na imprezkę i wychodzi z domu, przyznaję, że jest typową Islandką. Kolorowo, nieco pstrokato (<3), lekko i z wdziękiem. Tak, dziewczęta tu mają naprawdę świetny styl. 

No i tylko tu, w środku miasta, instalacja z wyraźną prośbą. Fascynują mnie Ci ludzie!


Jutro o 10 w drogę! Jupi! Nie obiecuję łączności! Keepujcie fingersy!

Hot & cold

Dziś główny cel wyjazdu zrealizowany! Poniekąd oczywiście. Moczymy tyłki w hot poolu w R. Błękit nad nami, słońce opala nas na indianki. Nie przeszkadzają mi zasady rozbierania się do zera pod prysznicami, nawet lubię takie wspólnoty kobiet ponad podziałami nacji i rozmiarów. Woda pachnie specyficznie jak cała woda tutaj, lekko piekielnie, delikatna nuta zgniłego jaja, co oczywiście podobno jest zdrowe. Wierzę potulnie w zdrowotne właściwości zgniłych jaj i gorących źródeł. Wchodzimy  też po kolana do oceanu, temperatura iście bałtycka, mali vikingowie baraszkują w tym radośnie. Uciekamy szybko z powrotem do gorącej wody. Swoją drogą urzekło mnie to islandzkie marzenie o piaszczystej plaży, które przywiozło tu złoty piaseczek, na ten mały fragment zupełnie innego krajobrazu, który pasuje jak ... Ekm no, jak piasek do skały.


Wielu mówiło i pisało, że w R. kultura jest za free, nie wierzcie w to. Dziś kilka razy obchodzimy się smakiem widząc cenę wstępu do np. muzeum. Trudno, wydeptujemy swoje ścieżki tu i tam, odkrywamy nowe zakamarki. Na koniec dnia miła ulica z niespodziankami, parada starych samochodów (widziałam 2 dodge i buicka!), cudne małe aletrnatywne kino. Wreszcie na koniec z samochodu, który nas mija na ulicy ktoś woła z tym cudnym islandzkim akcentem: Welcome to Island! Thank You! - odkrzykuje Agni i šmiech nas ogarnia. 

Jeszcze tylko powiem po raz kolejny, że ta ich tęczowa zakrętka jest cudna. Tęczowe boa w kinie, tęczowe krawaty, tęczowe sweterki. Nawet w sklepie z Lopopeysami włóczki ułożone w tęczę. No i Arnarson, założyciel miasta i wielka postać, też z nimi świętował paradę, zobaczcie, zapoznajcie. I nikt nie krzyczy o szarganiu bohaterów narodowych. Można? Można! 

środa, 13 sierpnia 2014

TrolLove

Czy można nie lubić kraju, w którym owsianka TAK się nazywa?

wtorek, 12 sierpnia 2014

Reykjavik

Według naszego czasu jest 23, a tu jasno jak w dzień, nawet nie jak ta 21 powinna być jasna, tylko jak w dzień. Mój organizm wariuje ze szczęścia, światłooo! Otwieramy pierwsze piwo o wdzięcznej nazwie Viking.

Piwna foti by Agni

Cały dzień biegamy po mieście jak natchnione. Zapach morza i skandynawska precyzja zabudowy. Kościół, ktory w środku nie ma żadnej dekoracji i mimo to, jest majestatyczny i ma w sobie to coś. No dobrze, z zewnątrz wygląda jak statek kosmiczny, ale co tam. Islandzkie klimaciarstwo i luz. Kolorowo ubrani ludzie na ulicach, ładne sklepiki. Dzieci i pijaczkowie sympatycznie rozmawiają z nami po angielsku. Stephanie wypija duszkiem piwo, prezentuje nam łowy w tutejszym niezwykłym ciuchlandzie (yep, też już go znamy!) życzy alles gutes! i wybiega. Wcześniej jeszcze pyta nas o lesbijki naszym kraju. Because you are couples, right? And you are from Russia? Heh. W weekend była tu gay pride, spóźniłyśmy się, bardzo żałuję. Tutaj to wielki rodzinny piknik, kolorowy, radosny. Do dziś na każdej wystawie sklepowej kolorowe flagi i akcenty, jakie to jest MIŁE! Reykkjavik. Old Gods, chcę tu zostać!

Pierwsza nocka

Jedyne 8 godzin w busie i jeszcze kilka w Berlinie na lotnisku i lecimy wreszcie. Jupii! Kontakty na lotnisku zawiązują się same. Małe zamieszanie na lotnisku (wyczytywali to nazwisko? Serio?) i na ostatniego wpadamy na WOW pokład. Agni uśmiecha się podczas startu, ja też. Patrzymy przez okno na tętnice świateł. Przysypiam lub słucham tego pięknego języka, mogą mnie w nim nawet obrażać. Myślę o tym jaka piękna i śpiewna ta archaiczna forma języka, który przez wieki niewiele się zmienił. I wreszcie jest, widać ją z góry, wyspa. Wita nas piękna luna i zarysy gór w mroku. I miły kierowca. Wypluwa nas bus prosto w ramiona uśmiechniętego Jimmiego, aura pozytywności aż bije od tego chłopaka, który wybiegł po nas w laćkach na te 12 stopni. Chyba już tu zwikindżał, my mamy jeszcze szok skoku temperatury. Czuję że jestem w skandynawii. I oto w środku letniej nocy, a nawet nad ranem bo u nas to juz 4ta, (ale tu cofamy czas, kradniemy 2 godziny więcej, ) leżę w przytulnym pokoiku w Reykjaviku. I przypominam sobie jak przez te miesiące w pracy oglądałam przez kamerkę internetową to miasto, jego światła i wschody słonca nad Eyafjatnayokkulem. Jeszcze nie wierzę! No i zapach powietrza. Moja tęsknota za morzem się tu wyhasa i wybryka!!! No i... Czy ja kiedyś byłam nad oceanem??...? Chyba nie... Czuję podniecenie! Spać, żeby już było jutro! Agni kończy pisać i składa zeszyt. Pierwsza noc na Islandii. Muszę zapamiętać sny!

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Łu & Agni Iceland Trip!

Już dziś.
Już jutro o tej porze.

W drogę, wreszcie znów w drogę!
W TĄ drogę!
Już przedreptuję nogami, wielka twarz księżyca uśmiecha się do mnie.
Jak dobrze że to pełnia, energio wracaj!

Cała naprzód, ku nowej przygodzie!




sobota, 9 sierpnia 2014

Diy if you have to...

Czasem potrzeba czyni okazję, a okazja potrzebę. Z dziecięcego becika ochronka, żebym mogła chronić jabułko. A okazja leżenia w łóżku potrzebę - bo wiecie jak to jest, jak wszystko za dobrze, za dokładnie zaplanowane, to coś musi nawalić. Tym razem moje zdrowie. Zawsze coś. Trzymajcie kciuki, już coraz to lepiej, ale wiadomo. Wiecie ile tam jest stopni? Ja chyba zwariowałam. Trzynaście. Powinnam sobie uszyć taki pokrowiec. Jakby co zmieści mimsię jedna stopa.

A zdjęcia jak robione ziemniakiem, sorry, to też testy.


wtorek, 5 sierpnia 2014

Góry na dwie stopy i parę kijków

Oczywiście lekko spontanicznie. Od tak dawna już chciałam sama sobie powędrować, sama ze sobą. I teraz już tylko chcę więcej! Udaje mi się nie zaspać na pociąg - co nadrabiam spaniem w pociągu. Wysiadam w upalne powietrze, mocno pachną zioła, rozwalony budynek małej stacyjki. Na szlaku już po dwóch minutach zaskakuje mnie rwąca, zimna rzeczka. muszę zdjąć buty żeby przez nią przejść - to budzi mnie ostatecznie! Tuż po przeprawie podnoszę wzrok - na szlaku siedzi kot i z poważną miną mnie obserwuje, strażnik lasu. (Wpadnie toto czy nie wpadnie?) Zakładam buty, kot znika jak duch. Chyba otrzymałam pozwolenie. Wdrapuję się. Udała mi się naprawdę samotnicza piękna trasa. Maliny podstępnie opóźniały mnie w drodze, chruśniak co krok! Bilans spotkań tego dnia: 
- pan tnący powalone drzewa, bo zawierucha była dzień wcześniej (gdzie Pani idzie? ooo, to daleka trasa!),
- turysta pojedynczy egzemplarz (najgorsze przed Tobą, ale nie zebrałem po drodze wszystkich malin!),
- baca w kapeluszu i gumiokach, stado owiec i pies (ciynsko, co?),
i tak aż do popołudnia maszeruję sama. Potem tłum w schronisku, tam wypijam orzeźwiającą wodę z cytryną i miętą. Znajomy mi już strach na wróble, z głową z rajstopy, stoi w gustownym swetrze. Burza mruczy mi nad głową i obserwuję jak przechadza się nad pasmem obok. Na mnie nie spada ani jedna kropla. Lubię takie miejsca, które widzę latem, zimą, wiosną, jesienią, lubię tam zaglądać w różnych odsłonach. Lubię zaglądać właśnie TAM, tym razem szczególnie, bo niosę ważną przesyłkę! 

Uświadamiam sobie, że w całym kołowrocie tego intensywnego lata to dla mnie ostatni dzwonek, żeby zobaczyć lato w górach. I uświadamiam sobie, że minął lipiec. Mówią mi o tym kwitnący wrotycz i zieleń, która już nie jest "taka"... jakby ktoś tą soczystą lipcową zieleń dotknął kropką żółtej farby. Kolor prawie ten sam, ale jednak. I mimo upału, popołudniowe słońce grzeje już inaczej, cienie są dłuższe. Trawy są złote. Sierpień. Jak zawsze podziwiam panoramę nad bacówką, a potem spędzam cudny czas z widokiem na babią, na gwiazdy, na dach tipi i ogień. Na twarze oświetlone ogniem. Rano budzę się z widokiem na góry, piję kawę z widokiem na góry, przesiąkam tymi górami cała. Zaszywam się w kącie i jest mi po prostu dobrze. Pogaduję ze Stefanem i Filipem, staramy się nie rozmawiać o tym co na dole, choć oczywiście ten temat się wkrada. Fajnie tak być poza światem, daleko od wszystkiego. Ciekawe czy umiałabym tak na dłużej...? Mocny uścisk, plaster na pięty i w drogę na dół! Dostaję na drogę wielki słój borówkowego sosu! Jako ofiarę dla boga deszczu zostawiam na sznurku zapomniany ręcznik. Potem Filip pisze: "przy ściąganiu prawie mnie piorun jebnął!" To chyba ofiara przyjęta, nie? W każdym razie nic nie pada! Kiedy prawie potykam się o dwie żmejki, które kolejno przecinają mi drogę, zaczynam uważniej patrzeć pod stopy. Dokładnie w południe, południce o ceglastej lśniącej skórze, córki Żmija. Zastygam zahipnotyzowana ich błyskiem. Schodzę z góry na chybił trafił, czekam na pociąg aż pół minuty. A potem zmęczona upałem śpię całą drogę.                                                                     I tak mi dobrze. 

  
Raz staruszek spacerując w lesie, ujrzał listek przywiędły i blady 
i pomyślał znowu idzie jesień - nie ma na to rady.
A był sierpień, pogoda prześliczna, wszystko w złocie, stało i w zieleni
prócz staruszków, nikt chyba nie myślał o mającej nastąpić jesieni.