Co tu znajdziesz

środa, 29 kwietnia 2015

Pod magnolią

 

Jesienią kupiłam kilka książek o śmierci. Nie przeczytałam ich wtedy i teraz nie mogę się do tego zmusić, kiedy ta jasna wiosenna zieleń szaleje wokół, wrócę do nich w listopadowe wieczory "czaj&kocyk". Pachnie, uwielbiam ten pachnący zapach, wczoraj po deszczu obłędnie pachniała zieleń i ukwiecone drzewa, taką świeżością. Zawsze mi tej wiosny mało, zawsze jest dla mnie zbyt krótka, za szybko przechodzi. W Cieszynie poszłam na spacer trasą "najpiękniejsze magnolie kwitną w Cieszynie", kiedy zaczynają kwitnąć, wiem, że muszę się spieszyć. Że przymrozek albo deszcz zbiją kwiaty, zbrązowieją ich białe płatki. Kwitnienie magnolii to loteria pogody i kilka dni szczęścia. Dlatego kiedy wiem, że mogę złapać ten moment, kiedy drzewa są obsypane kwiatami, jeszcze bez liści - łapię go. Magnolie w słońcu to prezent od losu. Królewskie drzewo, krótkie chwile przepychu i szybkie przemijanie chwały.



Japonia docenia swoje drzewa, cały kraj ogląda wiśnie. Śledzi falę kwitnienia, która idzie przez kraj, nadaje w radio komunikaty, gdzie co już rozkwitło. Japonia przechadza się pod, ogląda, japonia piknikuje w deszczu płatków. Japonia czuje mono-no-aware, zachwyt nad pięknem małych rzeczy i ściskanie w dołku, nad ich przemijalnością. Japonia wie, że życie [samuraja] jest krótkie jak życie kwiatu śliwy, kwiatu wiśni. Dla mnie to znów te dwa odczucia, które są fundamentem człowiekowatości, fascynacja pięknem i witalnością i jednocześnie lekka groza przemijalności, ciarki, włos na rękach postawione na sztorc, zjeżenie się jak u pierwotnego zwierza. Co roku obiecuję sobie następne kwitnienie spędzić w Japonii... ale tymczasem jestem tu... i wszystko kwitnie, i wszystko pachnie! Rozejrzyjcie się, bo teraz cała Polska widzi kwiaty jabłoni! Przydałyby się i u nas pikniki pod jabłonkami!

Kto się nie boi przemijania? Zwykle o tym nie myślę, częściej myślę jesienią niż wiosną. A jednak po japońsku, odczuwam zachwyt wiosną i żal, że przemija, że taka ulotna. Boję się przemijania uczuć, boję się przemijania witalności. "A ja nie chciałabym tak po prostu przeminąć" śpiewa Nosowska, patrzyłam na nią ostatnio na koncercie. Przed oczami mam wszystkie jej twarze, tyle lat jej piosenek, jej głosu. Kobieta, która nie przeminie, a jednak przemija, zmienia się ale robi to z godnością. Nie znoszę tej pogoni za młodością, która teraz jest, uważam, że starość też jest piękna (lub może być), lubię mądre oczy i twarze zmarszczone życiem, słońcem, wiatrem, cenię doświadczenie. A jednak czuję, że moje ciało się zmienia, że takie jak było - już nie będzie. Tylko co z tym można zrobić? Nic oczywiście, przeżyć po ludzku swe ludzkie życie. Jak kobiety, które widziałam w weekend tańczyć, wywijać spódnicą i potrząsać srebrną głową. Ale o tym będzie w następnym odcinku pstrokatego.

Na koniec może się zdziwicie, ale będzie trochę politycznie. Tak pod magnolią, wiem wiem, ale nie bójcie się nie będę agitować. Przy okazji wyborów myślę też o przemijaniu idei. I również o dewaluacji samego prawa do głosowania. Myślę o tym, że prawo kobiet do głosowania jest ciężko wywalczone, były przetrzymywane w więzieniach, zastraszane, podczas głodówki przymusowo karmione, walczyły o to ponieważ jest to WAŻNE... teraz stało się nieważne. Kobiety w PL mogą głosować od 1918 roku, to dość szybko mimo wszystko, np. Szwajcarki dopiero od 1974! Kobiety w ZAE dopiero od 2006... w kilku krajach jak np. Libanie nadal nie mogą. I dlatego nie mogę przeżyć, kiedy teraz tak lekko kobiety nie mówią: nieeeee, ja nie idę. Czuję, jak kobiety w szerokich kapeluszach patrzą na nas z dezaprobatą. Idźcie, choćby przez to, że walczyły o to dla siebie i dla nas, żebyśmy mogły poświęcić godzinę i skreślić tę głupią tabelkę 10 maja. Bo możemy. Na pierwszej fotografii Polki.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Skąd - dokąd - dlaczego?

Są takie pytania, które nurtują nas, kiedy spotykamy kogoś, czy to będąc w podróży, czy też po prostu, poznając jakąś osobę. Kiedy spotykamy podróżnika, te pytania są jak najbardziej naturalne, aż korci żeby je zdać. Cześć, skąd idziesz? Dokąd zmierzasz? Odpowiedź pozwala nam względnie określić kogoś w przestrzeni, przypisać do kraju, języka i kultury, z daleka czy z bliska, „swój” czy „obcy”, bratanek, a może słowiańska dusza? W górach kiedy spotykamy innego wędrowca od razu pytamy: Hej! Skąd idziesz? A my z tego schroniska. Daleko dziś idziecie? A, na ten szczyt. Również kiedy spotykamy turystów w innych okolicznościach, autostopowiczów, podróżników za granicą, kogoś, kto leży obok nas na ręczniczku plażowym, to są często dwa pierwsze pytania. Hi! Where are you from? Na Islandii mocząc tyłki w gorącej rzece spotkałyśmy innych podróżników, zobaczyłam jak moja koleżanka rozmawia przez chwilę z tymi ludźmi. O, też Polak? A skąd jesteś? Wróciła i powiedziała: są z Katowic! No coś Ty, nie godej! – zawołałam! I już od razu zrobiło się jakoś swojsko, złapałyśmy koordynaty, wspólny teren łączy, a inny obszar ciekawi i intryguje.

Kolejne pytanie nie musi zostać zadane, ale też czasem nurtuje. Dlaczego jesteś właśnie tu, czemu w podróży? Po co? W Rosji pytali: Turisty? - mierząc wzrokiem wielkie plecaki. Turyści, to przynajmniej wiadomo co robią, zwiedzają, nos wszędzie wsadzają. Nie turyści? No to po co, w odwiedziny? Szukają czegoś? Uciekają przed czymś? Po co się przemieszczają, dlaczego? Po co w ogóle opuścili swoje miejsce zamieszkania? Na to odpowiedź nie jest już taka prosta, odpowiedzi jest tyle, ilu spotkanych ludzi. Chcemy zobaczyć świat – odpowiadałyśmy w Grecji. Kelner w knajpce nad morzem potrząsał głową z dezaprobatą i nie mógł zrozumieć. Ale dlaczego, po co? Czego brakuje tam gdzie mieszkacie, po co się w ogóle gdzieś ruszać?

A mnie jeszcze nurtuje inne pytanie. Nie pochodzę z miasta, w którym obecnie mieszkam. Na co dzień o tym nie myślę, nie zastanawiam się nad tym. Kiedyś zdałam sobie sprawę, że dziś trudno już określić ojcowiznę, gdyż od kilku pokoleń jesteśmy w ciągłym ruchu, odpowiedź na pytanie: skąd jesteś? - staje się coraz trudniejsza. I nagle mnie to pytanie napadło na dużej imprezie w Gliwicach i zaczęłam pytać ludzi: a skąd jest Twoja babcia? Z tego miejsca, w którym mieszkasz? Z tego, w którym Ty się urodziłaś? Nie. Nie i nie. A skąd? Gdzie masz swój rodzinny korzeń? 
Kiedy zadałam to pytanie odpowiedzi były przeróżne. Gliwiczanie mieli babcie z Suwałk, z Kowna, z Drezna, z Lwowa. To w tych stronach normalne, że rodzina na wschodzie, ot takie losy historyczne. Dziadkowie Krakusów byli z Krynicy, spod Lublina, z Dolnego Śląska. Też zrozumiałe, Kraków przyciąga ze wszech stron. Moje babcie są ze Śląska Cieszyńskiego, za to babcia Cieszyniaka była z Kieleckiego. Nawet jeśli czyjaś babcia mieszkała teraz w tym samym mieście, co on, nie pochodziła z tego miejsca. Ten temat do mnie wracał. I znów te trzy pytania: Skąd? Dokąd? Dlaczego? Czy Ty byłeś tam kiedyś? Jak to się stało, że babcia, mama albo Ty znaleźliście się właśnie tutaj? I czy Twoja babcia czasem tęskni za swoimi stronami? Opowiada o nich?

Ten temat nie dawał mi spokoju, bo jak to możliwe, że w moim mieście nikt z niego nie pochodzi? Zaczęłam podpytywać kolejnych znajomych. A Twoja babcia? Zielona Góra, wschód, mała miejscowość pod Przemyślem, wioska koło Jeleniej Góry - odpowiadali. Dźgnęło mnie to, nie dawało spokoju, zaczęłam szperać też w swojej historii i odkryłam ze zdziwieniem, że jeden z moich dziadków pochodzi z regionu poznańskiego, z maleńkiej miejscowości Skrzynka Mała, położonej nad pięknym jeziorem. Zaskoczenie! I zdziwienie, że nie znam historii własnej rodziny, nawet do dwóch pokoleń wstecz. Jak się ten mój dziadek tu na Śląsku znalazł no i… dlaczego? (Na zdjęciu trzy powody mojego dziadka, żeby zostać.)

Skubię ten temat, podpytuję. Spotykam historie ludzi migrujących przez wojnę, przez powojenne wysiedlenia i przesiedlenia, zmiany granic (na Górnym Śląsku granice wiją się coraz to inaczej, moje rodzinne miasto podzielili granicą na pół). W tym roku na Festiwalu Folkowisko - wędrówki ludów. Gnały ludzi różne powody, kolejne zawieruchy historyczne, zmiany granic, zmiany ustrojów. Jest też bardzo częsta odpowiedź: moja rodzina wyjechała za pracą, był przymus pracy, przydział pracy. Jedna osoba ruszyła i z czasem ściągnęła do siebie rodzinę. Z kolei nasze pokolenie to znów inna fala przemieszczania się – mamy łatwość zmiany pracy i zamieszkania, otwarte granice, z różnych przyczyn wielu moich znajomych wyjechało do innego miasta, kraju, w każdym kraju są skupiska Polonii. 

Co skłania ludzi do ruchu? Co pcha do zmiany, co rozrzuca ich po całym świecie? Czegoś szukamy, za czymś tęsknimy. Za miastem lub za wsią, za świeżym powietrzem albo za bogatą ofertą kulturalną, za lepszymi zarobkami, za świętym spokojem. Coś nas do tego ruchu zmusiło lub zachęciło. Przed czymś uciekamy albo do czegoś. Czasem po prostu potrzebujemy zmiany i mamy taką możliwość, by coś zmienić. Czasem też skądś lub do kogoś wracamy.


A… skąd jest Twoja babcia? 


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Chce się żyć

Podsumowanie ostatnich dni: * + - 671 km (autobusami miejskimi, podmiejskimi, polskibusem, blablacar, tramwajami, 2 samochodami, brakuje tylko autostopu) * 6 miejsc/miast, bardzo mało godzin snu * mnóstwo fajnych ludzi, starych znajomych, nowych twarzy * szau szopingu, przysięga zakończenia sezonu kozaczkowego i chodzenie boso po trawie  * jeden koncert jako uczestnik, jeden jako śpiewak * dużo piwa i vegańskie jedzenie tu i tam, pierwsze lodyyy za płoty! * wiosna w pełni, zioła na parapecie, kwitną już magnolie i forsycje,

...chce się żyć! 

Zespół się zmienia przez lata, zmieniają się jego składy, wokaliści tyją albo chudną, biorą sobie wokalistki, mają coraz mniej włosów albo je farbują. Ja zmieniam się przez lata, skracam włosy, wkładam okulary, glany zamieniam na kozaczki. Stoję w tłumie i czuję się... staro, słyszę "te nowe" utwory i zastanawiam się, wtf tu robię. Ale to koncert jubileuszowy i z muzyką cofamy się w latach, śpiewam stare teksty na całe gardło. A potem słyszę pierwsze dźwięki tego utworu, chowam telefon do kozaczka (!) i idę w młyn. Przypominam sobie od czego mam łokcie i kolana. Na scenę wychodzi on, pierwszy wokalista, patrzy na tłum i mówi: czekałem na to dwadzieścia lat. My krzyczymy, on śpiewa, spijamy nawzajem swoją energię. Rodzina Cavanaghów wreszcie robi z gitarami to, co trzeba, chronię okulary, tłukę sobie łuk brwiowy o bark chłopaka skaczącego przede mną, następnego dnia nie mogę ruszać szyją. Przeżyłam Anathemę i Darrena White na żywo,

...mogę umierać. 


Snujemy się po mieście, które przyciąga mnie do swoich odrapanych ulic jak magnes. Z Jarkiem snuje się idealnie: a w tej kamienicy, a widzisz to? a wiesz co to? to... a tutaj była dzielnica żydowska. Zabiera mnie na Bałuty, na osiedle zbudowane na resztkach żydowskich macew. Teraz podobno grasuje na nim banda, którą dowodzi karzeł. Karła nie spotykamy, za to jemy pierwsze w tym sezonie lody, snujemy się w słońcu, urlop po pachy. Ostatnie pół godziny spędzam sama, łażę uliczkami, jest ciepły wieczór i udaję, że jestem stąd. Wreszcie z bandą ciekawych ludzików jadę na południe (naprawdę polecam blablacar, polskibus nie ma tych emocji). Potem jem śniadanie doprawiane kocim włosiem, kupuję cienką sukienkę, bo nie mogę wytrzymać już na tym słońcu, na zielonej trawce ściągam rajtki i kozaki poprzysięgając koniec sezonu zimowego. Pijemy piwo nad Wisłą na zielonej trawce, 

... żyć, nie umierać! 


Jest ciepły wieczór, obłędnie pachnie kwitnąca śliwka, kibice hutnika drą się pod blokiem, sielanka. Parapetówka na hucie, Agni ma niesamowitą zdolność oswajania i uprzytulniania przestrzeni. Pół roku temu siedzieliśmy na innej kanapie, w Reykjaviku i dwie osoby z naszej trójki planowały zamieszkanie w Krakowie. Teraz to się po prostu stało, są tam, pracują, zmienili wszystko, oboje. Jestem dumna, trochę zazdroszczę, kibicuję z całych sił (nie hutnikowi)! Mnóstwo uśmiechów, składanie mebli, frykasy, dzień kończy się nad ranem, życie i wszystko wydaje się proste. Po dwóch godzinach już nie, jakimś cudem wstaję i wychodzę na tramwaj. Hucki świt, niebo ma ładny kolor i jest zimno, i właściwie nie pamiętam drogi na dworzec, 

...jednak chcę umrzeć (a na pewno spać).


Budzę się w swoim mieście dwie godziny później, muszę wysiadać z autobusu ale już mi lepiej. Kawaaaa, śniadanie, przebieram się na autopilocie i wychodzę na... autobus. Czekając na przystanku zauważam otwarty ormiański kościółek i przypominam sobie, że prawosławni mają dziś woskriesienie! Wchodzę posłuchać, ksiądz opowiada jakieś dziwne rzeczy, chór śpiewa z zaangażowaniem. A może mi się to śniło? Autobus wiezie mnie do Mikołowa przez wioski, o których dopiero co czytałam w Drachu. Staram się nie zasnąć, śledzę przestrzeń, kierowca zagaduje każdego kto wsiada. Wysiadam w Mikołowie, kupuję ciastka i czekam na odbiór, ławka w słońcu bardzo zachęca, staram się nie spać, choć w sumie chyba osiągam próg zmęczenia, w którym już się nie jest sennym. Przyjeżdża N i jedziemy dalej, ogród botaniczny, nawigacja zwodzi nas na manowce, N biegnie kupić kurze jajca, wspinamy się na górkę, tłum ludzi z dzieciakami. Zmęczenie zabija mi stres, który zwykle mam przed koncertem, robimy szybką próbę, śpiewamy, zagaduję mikrofon, przybiega jakiś dzieciak i wręcza nam złotówkę (lubimy takich fanów), przez większość koncertu się uśmiecham. Pijemy kawę w słońcu, miła pani daje nam zniżkę na rozmaryn w doniczce "bo ładnie śpiewałyśmy"! Idziemy coś zjeść i spędzamy relaksująco nikłą resztkę wieczoru, słyszę przez mgłę jak Mi mówi: ej, Ty śpisz a nie oglądasz! No chyba tak, wtulam się i kończą mi się baterie. Przydałby mi się urlop po takim urlopie,

... ale tak, chce się żyć!

środa, 8 kwietnia 2015

Święto


Uciekliśmy przed celebrowaniem jedzenia i rezurekcji (zawsze mi się przypomina w Wielkanoc cytat, "czarownicę można rozpoznać po tym, że na rezurekcji siedzi w kącie i zajada kiełbasę"). O jej wyliczanie spory toczą się od stuleci, prawosławnym jeszcze nie zmartwychwstał choć żydzi świętują już paschę, jak zwykle wiedzy trudno dyskutować z wiarą. Ja również uciekłam przed rozmowami o niczym, udawaniem nie-siebie przed osobami, z którymi wiążą mnie więzy krwi, potakiwaniem wtedy, kiedy chciałoby się zaprzeczyć, jedzeniem kiedy nie jest się głodnym. Mogę tu mówić oczywiście o swojej rodzinności, bo tylko moją znam. Święto - szczególna okazja, ważne wydarzenie, dzień inny niż zwykły co-dzień.


Uciekliśmy do swojej własnej szczególnej okazji - bycia razem daleko, w miłym miejscu. I świętem dla mnie jest to bycie razem, najlepszym jakie może być. Świętujemy po swojemu. Zastanawianie się, czy bardziej chcę jeszcze poleżeć, czy bardziej już chcę wstać, bo za oknem słońce i błękit, i tyle fajnego. Czy chcemy zmęczeni drogą podrzemać jeszcze pół godziny dłużej, czy jednak chcemy wstać i spełznąć po schodach na dół na grzane piwko? Czy chcę poczytać książkę (obecnie Drach Twardocha, polecam Gliwiczanom i okolicznianom, niezły zapis losów tego regionu), czy wolę się pogapić przez okno na zachód słońca na Szczelińcu? Czy lepiej wielkiego dzika znów spotkać, czy lepiej jednak nie spotykać go więcej? Czy chcę wypić tę gorącą czekoladę, czy jednak nie? (No i nie wypiłam...) To są problemy zaiste świąteczne! 


Droga na dwie pary butów, niebieski pompon, pogoda w kratkę, śnieżyce witane śmiechem, potykanie się z zagapienia na brzuchate skały, chmury łażące tam i siam, przestrzeń. Dobrze. Śniadanie z widokiem na Szczeliniec, kolacja z widokiem na Szczeliniec, brak mi teraz tego widoku. I mimo zmęczenia mięśni (zmęczyły się trochę bidulki, bo ponad 30 km machnęliśmy) naprawdę odpoczęłam. A właściwie to mam nadzieję, że odpoczęliśMY, heh. 


* Na koniec: podziękowania nie-naszej rodzince za spontaniczne przygarnięcie na świętowanie!
** Panoramki by miszcz i łowca panoramek, są dowody na to, że osaczyliśmy Szczeliniec z każdej strony!

czwartek, 2 kwietnia 2015

Wycina - NIE!

Mielę się z trudnym dla mnie tematem, chciałabym go tu dobrze opisać, zbieram się i przemyśliwuję. To będzie długi i smutny post, czytelniku, idź sobie zrobić kawkę zanim zasiądziesz. Albo może meliskę... 
Z każdej strony nowe informacje, z Krakowa, Mokotowa, miast Śląska. Niestety klimat wokół ochrony przyrody w Polsce jest taki, że jak człowiek chce czegoś bronić albo o coś dopytać, to od razu przylepiają mu etykietkę ekooszołoma. A ja bym chciała, żeby zasady były czyste, żeby była komunikacja urzędów z obywatelami. Tymczasem mam wrażenia… odmienne. Ale po kolei. Żeby nie było oszołomsko, postaram się uporządkować fakty. Poniżej kilka tylko artykułów dot. odzieleniania miast:
Katowice: http://wiadomosci.wp.pl/kat,140688,title,Protesty-nie-pomogly-Trwa-wielka-wycinka-drzew-w-Parku-Slaskim,wid,17390005,wiadomosc.html?ticaid=1149dd&_ticrsn=3
http://wiadomosci.onet.pl/slask/chorzow-naukowcy-protestuja-przeciwko-wycince-drzew-to-skandaliczna-decyzja/c9g486
B. Biała: http://www.bielsko.biala.pl/aktualnosci/29178/rzez-drzew-w-potoku-starobielskim
Rybnik: http://www.nowiny.pl/107249-ludzie-na-balkonach-kleli-i-plakali.html
Gliwice: https://www.facebook.com/Ratujmylipy
(wycinki pierwszej nie rozumiem za nic, druga spowodowana jest tym, że "zasłaniało światło"):

W miastach – również moim – są wycinane i/oraz nadmiernie przycinane drzewa. Nie są to pojedyncze sztuki, jest to naprawdę akcja na dużą skalę. Idźcie na spacer i policzcie ile wycięli obok Was niedawno. Wycina ZDM, wycinają wspólnoty, spółdzielnie, osoby prywatne. Niepokoi mnie skala tego zjawiska. Nie samym betonem człowiek żyje. Niepokoi mnie jak zwykle: głupota i zachłanność na kasę, niechcica i bylejakość. No i „niedasie”. 
Niepokoje i myśli w 10 obszernych punktach. Macie tą kawę?

1) O co ten szum, przecież to tylko drzewa? Oczywista oczywistość drzewa = tlen. Moje śląskie miasto przekracza normy zanieczyszczeń powietrza o 180 %. Mniej drzew = wniosek jest prosty. Tlen jest produkowany w procesie fotosyntezy, za którą odpowiada chlorofil, czyli podpowiem: to zielone. Kikuty przycięte do pnia niestety odpadają. Drzewa… po co nam drzewa. Nasadzi się nowe. Gdzieś, kiedyś, ktoś. Samosię. Nowe, małe, będą rosnąć latami, zanim zastąpią stare, duże w produkcji tlenu. O ile ktoś zadba o to, żeby rosły, a nie wetknie w glebę i tyle. Przecież mamy tyle drzew! Ile tyle? Przejedźcie się na zachód, na wschód. Zobaczcie Skandynawię i jej zieleń, Słowację albo Kijów. Można mieć przestrzeń zieloną w miastach. 
2) Jest okres lęgowy ptaków. W tymże okresie nie można wycinać drzew – niestety tylko tych, na których jest gniazdo lub budka ptaków. Czyli: wszystkie okoliczne można. Dzień przed okresem lęgowym też można, przecież żadnemu ptakowi nie przyjdzie do głowy założyć gniazdo dzień wcześniej, ptak swą mądrość ma. Znam przypadek, w którym przed wizytą z miasta, ludzie zrzucili gniazdo "tym pieprzonym ptakom", żeby zgodzono się na wycinkę. Korona stworzenia. Następnym etapem ewolucji jest człowiek z betonowym mózgiem.
3) Wycinane są drzewa niepotrzebnie. Wynika to z kilku rzeczy. Bo tak jest prosto to po pierwsze. Bo łatwiej wyciąć niż wymyślić jak zaadaptować przestrzeń niestandardowo. Bo idzie za tym kasa. Ostatnio wyborcza opisywała, że spółdzielniom, na których terenie wycięto drzewo proponowane są a) nowe nasadzenia b) kasa. Zgadnijcie co wybiera spółdzielnia. Patrz pkt 10.
4) Drzewa są przycinane do pnia, do kikutów. Przepisy określają, ile procent korony drzewa można przyciąć, bez szkody dla niego, żeby się odrodziło. Ostatnio przeczytałam, że „nie uważało się na botanice, przecież to drzewo odrośnie jeszcze mocniejsze”. Prezentuję przycinki, które nie mają szans odrosnąć - lub nie miały. To to uschnięte. "Zabieg kosmetyczny, ju noł. (Ostatnie foto Armand M. Buchta.)


5) Naprawdę rozumiem, że wycinane są drzewa chore, słabe, stanowiące zagrożenie. Żal mi było drzew pod moim oknem, ale naprawdę wiem, że były spróchniałe. (Dlaczego nikt nie nasadza nowych?) ALE np. sprawa przerzedzania drzew. Jeżeli z 5ciu wycina się 3, bo jest za gęsto, to znaczy że… ktoś je za gęsto nasadził! Ktoś chciał mieć choineczkę pod oknem tuż tuż, a teraz nie ma światła w domciu. W moim mieście jest pień magnolii, który ma dwie gałęzie na ok metr długie. Bo ktoś posadził małe drzewko tuż przy ścianie budynku. Gdzie wtedy był mózg nasadzacza?
6) Nadmierna kosmetyka i problemy pierwszego świata. Zasłania światło. Ostatnio ktoś mówił mi, że wycięli mu drzewo, bo liście spadały i dozorczyni wciąż musiała zamiatać (wtf?). Na moim podwórku są piękne kasztanowce. Cudnie przycięte, bo… jest tam parking. Ani grama zieleni, ani skrawka trawy. No i gdzie problem? Kasztany ludziom spadają na karoserie. Ważniejsze przecież auto niż tlen, plac dla dzieciaków, cokolwiek. 
7) Młoda matka na placu zabaw: trzeba wyciąć te drzewa przy placu zabaw, bo dziecko może na nie wejść i spaść”. Naucz dziecko myśleć, to może będzie myśleć, naucz je szacunku dla przyrody i zwierząt - będzie je szanować. I pewnie, lepiej, żeby przewróciło się na betonie i rozwaliło sobie głowę o niego. Czy jak byliśmy dziećmi atakowały nas drzewa, i czy nasi rodzice chcieli je przez to wycinać? Ratunku. Wyburzmy też domy, bo ktoś może wypaść z okna. Albo budujmy domy bez okien.
8) W większości przypadków/wypadków problemem nie są drzewa lecz ludzie i ich brak myślenia. Jeżeli jedziesz z prędkością dostosowaną do wymogów/warunków/innych uczestników ruchu, żadne lewackie drzewko nie wskoczy Ci przed maskę. Jeżeli łamiesz te zasady, równie wielkie jest prawdopodobieństwo, że zaparkujesz w samochodzie z naprzeciwka, jak w drzewie w skrajni.
9) Wreszcie nie rozumiem stosowania naszego prawa. Za wycięcie drzewa: opłata i nasadzenie nowego w stosunku 1:1. Nowe drzewa w centrum NIE SĄ nasadzane. Jeśli firma nawet to zrobi – nie ma obowiązku pilnowania go, małe kikutki usychają. Albo są sadzone niedbale, uszkadza się system korzeniowy. Albo za płytko, albo w głupim miejscu. Ale jak to możliwe, że w Parku Śląskim wytną 2000 drzew, a nasadzić mają 120? Jak możliwe, że pod DTŚ wycięto tysiące, a nasadzenia mają wynosić 320? Jak? Odpowiedź brzmi: "jeżeli wydający decyzję na wycinkę nie nałożył takiego obowiązku w decyzji, to wycinający nie ma obowiązku posadzenia tylu drzew ile wyrżnie. Nie ma takiego obowiązku prawnego". Patrz pkt 10. Nie mamy obowiązku mieć zieleni w mieście. Obowiązku oddychania też nie ma. Obowiązek głosowania - jest. Obywatelski.
10) I wreszcie. Kasa, kasa, kasa. Wycięto drzewa pod inwestycję np. biedronki. Ale… ona jednak nie  powstanie. Czy budowy to samowolka, gdzie decyzje zapadają z dnia na dzień? Kasa za wycięte wpływa do budżetu, wiec czemu nie wydać na to zgody. No i jeszcze kasa z drewna. Kasa, kasa, kasa. 

Wiem też, że swój pogląd uważa się za oczywisty, staram się tego unikać, naprawdę. A jednak czasem po prostu nie rozumiem. Nie rozumiem, jak można myśleć tylko o swoim zadku. Jak można nie myśleć o tym, że zieleń znika i nie dbać o nią. Tak samo, jak nie umiem zrozumieć braku reakcji, kiedy dziecko szarpie psa na smyczy. I pierwsza moja reakcja jest wzburzona, druga to raczej gorzki posmak po rozgryzionym ziarnku goryczy. Nie wyobrażam sobie miejskiego ekosystemu bez zieleni, bez drzew, bez miejsca na oddech. Jakiego świata chcecie dla siebie i swoich dzieci? 
Na koniec nie rozumiem, jakim cudem władza lokalna, która jest wyłaniana na drodze głosowania przez społeczeństwo lokalne, nagle ignoruje głos obywateli. Obywatele nie są stroną. Obywateli się nie informuje. Obywateli głosu nawet słyszalnego, nie bierze się pod uwagę. Dialog to atawizm, wyszukiwanie problemów to sabotaż. Konsultacje społeczne to lewacki wymysł. Nie rozumiem tego w ogóle i ani trochę. I nie ma na to mojej zgody. No i... co robić? Jak robić? Z kim robić? Chciałabym, żeby czasy „władza wie lepiej” były już za nami. Wiem też, że zmiany w miastach są nieuniknione, ale to jest nasze miasto, nasze podwórko, nasze zmiany. Mam ochotę potrząsnąć tym i owym, żeby zechciał zadbać o swoje miejsce do życia. Zróbcie/zróbmy coś małego dla tego swojego miejsca, ono może być zielone, kolorowe, przyjazne, bezpieczne, czyste… takie jak chcecie. Ja bym chciała właśnie takie. 

Jak dobrnęliście do końca to gratulacje. Na koniec piękna wiosenna forsycja, której już dziś nie ma. Za to mamy piękny betonowy plac, trawnik z rolki i fontannę. Tadam. Old foto by W.