Co tu znajdziesz

środa, 28 stycznia 2015

Zimowe ptakoliczenie

Znienacka napadł nas śnieg. A potem my uzbrojeni w lunety, lornetki i aparaty wyruszyliśmy kogoś napaść. Aura nie sprzyjała, ale nasz przewodnik Szymonides tak ciekawie opowiadał i tyle ptaszorów udało się zauważyć, że czas śmignął jak sikorka. Wycieczki w całej Polsce organizował OTOP - łypnijcie! 


Ptakiem zimy 2015 jest sójka - w Świerklańskim Parku naliczyliśmy ich aż 37! Wiecie, że ta spryciara umie udawać głos myszołowa, a nawet bielika? Jak słuchaliśmy jej skrzeczenia... to stwierdziliśmy, że też byśmy się na jej miejscu uczyli obcych języków. Spotkaliśmy też żółto-czarne czyże, gile z białymi tyłkami, raniuszki (Udało się widziałam raniuszka! A teraz misja: lepsza lornetka... albo lunetka), kaczki krzyżówki co im zimno w łapki, nurogęsi i kormorany, dzięcioła dużego i zielonego, sikorki modraszki i bogatki z czarną piską , kosy, kowaliki, białowrony i pewnie jeszcze zapomniałam któregoś wymienić. Był cień szansy na młodego bielika i może nawet cień ten widzieliśmy. 

Policzyliśmy je wszystkie, nikt się nie ukrył w dziupli czy pod pniem, haa! A teraz zwracam znów bardziej uwagę na to, co przelatuje, skacze albo siedzi na gałęzi. Na przykład pod domem Mai cały krzak ćwierka wróblami, no chyba ich się tam awanturuje z pięćdziesiąt! Oczywiście są też wszędobylskie sroki, miejskie chuligany. Ptaki są tuż obok nas, przycupnięte i naburmuszone z zimna. Człowieki, sypnijcie choć ziarenko, zima jest. 

Ptak zimy 2015, łatwo rozpoznać ją po ubarwieniu - pasiastych piórkach black&blue, brązowym ciele, czarnym ogonie i białym tyłku (podogoniu ładniej mówiąc). Sójka jest krukowata i to najbardziej ubarwiona z krukowatych w Europie, co raczej niezwykłe obie płcie są ubarwione podobnie. Takie piórka innego koloru w skrzydle nazywają się ładnie: lusterko. Głównie dlatego, że często odbijają światło i dają złudzenie koloru. I po skrzeczeniu też ją poznacie, artystkę. No chyba, że akurat udaje innego ptaszora. Szerokie skrzydła o zaokrąglonych brzegach i ogon jak wachlarz. Sójka, daj piórko! To ładne! 

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Z pamiętnika choleryka

(z dnia wczorajszego wycinanki) 

Jestem nerwusem, w ciągu kilku sekund potrafi mi się zagotować woda pod czaszką, prawie można czasem zobaczyć dym z nozdrzy. A dziś staram się nie denerwować, pozwolić rzeczom biec, obserwować. Minuty powoli jak zaokienny śnieg przesuwają się na sznurku dnia. Bieluśko, biel daje myślom odpocząć. Wreszcie przykryła tą śląską smutną szarość niby-zimy. 
W Józefowie czekam na tramwaj. Całe 10 minut. Przytupuję. 10 minut! Wpierw wzdycham ciężko. A potem zaczynam myśleć o opowieściach podróżniczych, o Afryce, Indiach, Bliskim Wschodzie, Mongolii. Tam czeka się tak długo, aż transport przyjedzie, czas nikogo nie popędza, czasu się ma w nadmiarze. Na nic odliczana zegarkiem wściekłość zachodniego świata. Uspokajam się, czytam stare napisy na tabliczkach. Szewc z Wełnowca już wyblakł, ciekawe czy wciąż prowadzi swój mały zakład. 
Pół godziny oczekiwania na pociąg mija już szybko. Myślę o tematach, które z chłopcami poruszaliśmy rano przy śniadaniu, przy kawie. Wzięło nas jakoś na trudne rozmowy o rodzinie. Czasem tak łatwo zacząć rozmawiać o sprawach poważnych z kimś, kogo się prawie nie zna. Pawła poznałam dziś rano, Artura znam w sumie mało, choć on mówi o mnie "jesteś jak rodzina", to miłe. Uchylamy przed sobą trudny zakamarek, rozumiemy swoją nawzajem dumę z tego, że jesteśmy inni niż "oni", nasi rodzice. Czasem to tak znienacka się uchyla, w piątek w barze przy piwie, w niedzielę przy śniadaniu. Nagle komuś chce się opowiedzieć o sobie więcej. Raz słucham, innym razem jestem słuchana. Taka międzyludzka wymiana.
Czytam w pociągu, moje książki mają w sobie zakładki z biletów pkp. Czasem kilka, efekt cotygodniowej trasy i tylko tej jednej chwili na czytanie. Z powodu ruchu po jednym torze, przepraszamy za opóźnienia. I znów, zniecierpliwienie, pomstuję na koleje i mnę w ustach epitety. Dopada mnie efekt tego, że zwykle non stop się gdzieś spieszę, że goni mnie czas. Ale przecież, halo. Jest mi ciepło, za oknem powoli pada śnieg. Piętnaście minut więcej czytania, może notowania. Czy jest mi źle? Uspokajam się, przekonuję sama siebie, że nie warto wyklinać. 


Lubię rano zbudzić się i nie musieć zaraz wstawać, leżeć obok WS i rozmawiać sennymi, przyciszonymi głosami. Przytulić się i opowiedzieć dziwne sny, zastanawiać się, skąd się nam biorą w głowach te historie (atak zombich przebija nawet moje seriale wenezuelsko-brazylijskie). Lubię jeść długo śniadanie. Lubię się ubrać, jakbym była na Islandii, pstrokato, warstwowo, po swojemu. Lubię, kiedy odbijamy się razem w lustrze. 
Lubię pić kawę i wyjadać kasztanki w rytm muzyki latynoamerykańskiej. Lubię jeść obiad na desce do prasowania. Lubię z kimś nowo poznanym łapać nić porozumienia. 
Lubię jechać pociągiem i czytać. Lubię pisać metodą retrovintagetradycyjną pióro-papier (histeria hipsteria) albo po prostu gapić się przez okno na pobielone krzaki i słupy. Lubię się zastanawiać co to za ptak brązowy z czarnymi końcówkami skrzydeł poderwał się do lotu. Lubię jak skrzypi pod butami śnieg. 

Aktualizacja dnia dzisiejszego: wieczorem nie udało się utrzymać stanu: zen na tafli lotosu i trafił mnie szlag pod nagłówkiem "wielkie rozczarowanie". No cóż... ale pracuję nad sobą, czyż nie? Wzdych. Praca nad sobą zakłada też porażki. Teraz * tylko * jeszcze się otrząsnąć i poszukać zagubionej w śniegu równej wagi. 

piątek, 23 stycznia 2015

Nieznane

Czasem warto po prostu ruszyć w nieznane! Ruszamy z Danką, która rozumie co to znaczy: nie móc usiedzieć na dupie oraz mieć potrzebę wyjechania gdzieś na chwilę. Wszystko jest przyjemnie bez pośpiechu, wyjeżdżamy z opóźnieniami, ale wcześniej ustaliłyśmy "że nikt się o to nie obraża, ok?" więc nie psuje to żadnej z nas humoru. Wsiadamy do samochodu i chwilę się wahamy, Danka wykonuje jeden telefon, głos w słuchawce, którego nie znam mówi: pewnie że przyjeżdżajcie do mnie! Ruszamy, chmury wiszą nisko. Dwie godziny później Jurek wita nas w innej bajce. Bajka nazywa się Nowina 5 i ewidentnie jest jednym z końców świata. 
Czasem jeżeli nie pozwolę się gdzieś zabrać i gdzieś spontanicznie nie wyruszę - nic się ważnego nie wydarzy. Czasem trzeba po prostu zaufać. Jeżeli się to zrobi - ktoś, kogo zna się z zupełnie innych stron i sytuacji, odkryje nam zupełnie inną część siebie. Danka wpierw z uśmiechem nalewała mi herbatę w Czajowni Czajnik, zostawiałyśmy jej za ten uśmiech cukierkonapiwki. Potem to tu, to tam przewijałyśmy się razem przez różne wydarzenia, ale kojarzyłam ją z pracą w korpo i biżuterią ze starych sztućców (niezły mix!). A teraz ląduję z nią w stodole na końcu świata, gdzie przecieram oczy ze zdumienia i wiem, że trafiłam właśnie w Ważne Miejsce do Dobrych Ludzi. Znajoma twarz na fotografii na ścianie, świat znów jest nie mały, ale przytulny! 
Pada lekki deszcz, w środku jest ciepło i miło, i przez chwilę waham się, kiedy Dana mówi, że idziemy na konie. "Czy to głupie iść jeździć w deszczu?" pyta mnie trochę niepewnie i wiem, że to nie jest głupie, że niewielu jest ludzi, którzy by mi taką propozycję nie do odrzucenia złożyli! I tylko znów - zaufać. Jurkowi, który przerzuca derkę przez mokrego siwka i każe mi wskakiwać na oklepkę. Siwkowi, który choć jest małym i mocnym konikiem polskim w uprzęży z żółtym napisem konik - jest dużym zwierzem i łypiemy na siebie lekko podejrzliwie. Głęboki wdech i wskakuję, a potem ruszamy i jest po prostu magicznie. 
Jurek prowadzi konie i nas przez łąki, a potem prosto w las. Po raz pierwszy widzę szlak turystyczny, a potem leśny - z grzbietu konika. Patrzę jak sam wybiera drogę, jak czujnie słucha, balansujemy razem kiedy potyka się o gałąź albo rozjeżdża na błotku. Jurek jest zaklinaczem koni - lekko poświstuje i wszystkie trzy nagle reagują, od jednej nogi przechodząc w lekki kłus. Czasem coś do nich świergocze albo mówi w ich własnym ludzko-końskim języku. Do tego jest fajnym gawędziarzem i nawet się nie obejrzałam, kiedy minęły dwie godziny. Koń jest rozgrzany, nie jest mi zimno, spostrzegam dopiero pod koniec, że jestem całkiem przemoczona. Na mojego konia czeka rżąc z daleka inny, który został na pastwisku stęskniony i zakochany. "Wy dziewczyny tego nigdy nie zrozumiecie, tak zwariować z miłości może tylko mężczyzna" mówi śmiejąc się zaklinacz. *Hm... z miłości do drugiego mężczyzny, dodajmy drobnym drukiem! Wchodzimy do stodoły, gdzie banda fotografów z Wrocławia daje nam po talerzu gorącej wegezupy. Rozgrzewamy się i schniemy w cieple. Czy można chcieć czegoś więcej? 
Rozgrzewamy się w domu z gliny i drewna, jest piec Borys przed którym leży psia babcia i niesforny kot Mela. Wieczorem podróżujemy z fotografami przez dalekie i bliskie wschody. Uparty Rolando wychodzi w noc i rozpala ognisko, toczymy rozmowy o wszystkim i o niczym. Zasypiamy rozleniwione ciepłem. Rano przestaje padać i chciałoby się WIĘCEJ, wiec wracamy z nosami trochę na kwintę, bo z takich miejsc trudno się wraca. Zahaczamy jeszcze o Henryków, w którym opactwo cysterskie jest większe od całego miasteczka. To tu odnotowano, że Boguchwał powiedział: dać Ty poczywaj a ja pobruszę, na wieki udowadniając iż Lachy nie gęsi i swój język mają. Święty w czapce kojarzy mi się z Jasminum, a anioł, który pilnuje kapliczki z XIII wieku dawno już stracił głowę i powoli kruszeje jak wszystko wokół, jest coś smutnego w niszczejących zabudowaniach i kruszejących figurach. A może to tylko szara, błotnisto - pochmurna aura i powroty.   
Jeszcze zapętlenie czasu i drogi, jakby to miejsce nie chciało nas wypuścić, przejeżdżamy jeszcze raz o włos mijając Nowiny i dziwiąc się "jak to"? Dobrze się rusza w nieznane, trochę gorzej się z niego wraca. Na polach jakby już przedwiośnie... a może to tylko życzenie, bo już by się chciało, żeby przyszło? I przyjdzie! Przyjdzie, przyjdzie, nawet się nie obejrzymy! I znienacka wskoczy nam na plecy, jak Melania! (Fotosy napastującej Meli uczyniła Danka!) Wierzchowiec kotów i najeźdźca siwków dziękuje Danusi za Dobrą Nowinę!

wtorek, 13 stycznia 2015

Szczęśćko

Czasem do szczęścia nie trzeba dużo.
Na przykład wystarcza: szczera rozmowa i przytulenie, kilka ważnych słów. Napisać komuś, że się z czegoś cieszy. Nie wyspać się. Wracać z pracy powoli w słońcu, niespiesznie. Grzać plecy w promieniach, przez szybę, pijąc kawę, a potem jeszcze raz przy kominku. Iść do kina i płakać ukradkiem na filmie. Czasem by się pomajtało nogami, tak beztrosko. Małe szczęśćka. 

Albo pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna kupić sobie w malutkim sklepiku fonograficznym PŁYTĘ. O mamo, nie wiem kiedy ja sobie kupiłam płytę. Ale Tę mu-sia-łam. Chciałam. Nazywam się niebo, mam wszystko co trzeba, to ja jestem księżyc i słońce. 


niedziela, 11 stycznia 2015

Nicolas Bouvier

Cykl roku się odnawia, znów mogę sobie obiecać, że będę czytać dużo. W pierwszej połowie roku ubiegłego tak faktycznie było, potem było lato i tyle podniet, tendencja spadkowa. Potem wreszcie utknęłam na książce Omon Ra i inne opowieści - Pielewina, której część pierwsza (w której młody adept jest przez matiuszkę zssr szkolony do spełnienia marzenia swojego i ludzkości - lotu na księżyc) była absolutnie fascynująca. Druga filozoficzna, zmęczyła mnie okrutnie i utknęłam z bohaterem, w przedziale pajezdu, którym ówbohater jedzie przez życie nie wiadomo dokąd. Wielbicielom doskonałych metaforycznych obrazów sowieckiego społeczeństwa polecam. A potem przyszły moje urodziny i... Zasypaliście mnie stosem najlepszej literatury. Patrzę na ten stos i już się cieszę na tą ucztę. I zaczęłam od razu od deseru. Dziękuję Monice i Łukaszowi, idealne trafienie.W samo serce! Brawo, doskonale, teraz leżę w łóżku i... marzę o podróży. <ciężkie westchnienie>

Do tej pory nie wiedziałam o istnieniu tego człowieka. "To klasyka" - mówi Monika, dziś nie wiem, jak mogłam go przeoczyć, po prostu się zakochałam w jego pisaniu, wsiąkłam po uszy. To jest dziennik podróży w pełnym tego słowa znaczeniu, w przestrzeni realnej i w tej w głębi podróżnika. Lata 50te, pisarz Nicolas Bouvier i malarz Thierry Vernet wyruszyli w podróż: Bałkany, Turcja, Persja, Iran, Afganistan. Niesamowita literatura podróży, bystry obserwator rzeczywistości, przyroda, polityka, obyczaje zwykłych ludzi, pogoda i kulinaria - zwraca uwagę na wszystko. Mało znam ten rejon świata, podczas czytania bardzo brakowało mi mapy w książce. Czytam więc z wikipedią, dowiaduję się gdzie są kolejne miasta i przełęcze, sprawdzam gdzie jest Bogojevo i Tebriz, na wschodzie Iranu odkrywam ziejącą gorącem pustynię Lut, sprawdzam jak wygląda krzew tamaryszku i czym jest niezwykle ważny dla wschodniej kultury nargil. Przemierzam tą drogę z nimi. To inna podróż niż byłaby dziś, jestem tego pewna, a jednak jej opis jest niezwykle ponadczasowy.

Podróżują tak, jak mnie się marzy. No, poza tym, że wciąż reperują samochód (przez pół drogi go pchają, ładują na coś większego albo podkładają mu kliny pod koła, żeby przejechać), ale: łapią lokalne dialekty, piją w lokalnych knajpkach, smakują miejscowe smakołyki (chcę zjeść melona z Kabulu!), żyją tak jak lud, do którego akurat zawitali, zostają dłużej kiedy trzeba i oswajają miejscowych że swoimi białymi twarzami, zawiązują przyjaźnie, muzykują i nagrywają pieśni. I wyruszają dalej, kiedy poczują, że to już, że znów w drogę. Po pierwszym rozdziale mam ochotę spakować wszystkie rzeczy, wziąć plecak i wyruszyć. Ktoś ze mną? 
Jeśli nie ze mną - pojedźcie z nimi w tę podróż. Dotknijcie świata, którego już nie ma, a jednocześnie wciąż gdzieś tam jest... i wzywa. Nicolas Bouvier, Oswajanie świata. Nr 1 ze stosu, nr 1 w tym roku i niech to będzie moja gwiazda przewodnia na wszystko, co się wydarzy.


"Program był mglisty, ale w podobnych przypadkach najważniejsze to wyjechać. (...) kiedy to pragnienie stawia opór głosowi rozsądku, szuka się jakiejś motywacji. I nie można znaleźć nic przekonującego. Bo prawdę mówiąc, Nie wiadomo jak nazwać to, co Cię wypycha. Coś w Tobie rośnie, zrywa tamy, aż któregoś dnia pełen wątpliwości odchodzisz na dobre. Podróż nie potrzebuje uzasadnień. Rychło okazuje się, że jest celem sama w sobie. Sądzisz, że po prostu odbędziesz podróż, lecz niebawem ta podróż zaczyna Cię kształcić lub paczyć. (...) myślę o spacerze z Antoine'em (...) przecież objechał całą Rosję, Europę, Persję, nigdy jednak nie dopuszczając, by podróż w najmniejszym stopniu naruszyła jego integralność. Zadziwiające założenie! Zachować swoją integralność? Pozostać integralnym głupcem, jakim się było? Dlatego niewiele wiedział, bo nie ma kraju, który by nie wymagał - teraz to wiem - funta mięsa."

czwartek, 8 stycznia 2015

Kuczeryki w 2014

Podsumowania różnych spraw, jeszcze w mojej głowie ostatnie echa roku poprzedniego. Nie mogę sobie odmówić podsumowania śpiewającego roku z Kuczerykami. Nie odmawiam, bo to przyjemność! 

To wcale nie takie łatwe mieć wspólny kierunek w dużej grupie ludzi, gdzie każda osoba jest zupełnie inna. A tak, jesteśmy niezwykłą zbieraniną przeróżnych osobowości, zainteresowań, zawodów itp. Tak, mieliśmy w tym roku parę słabych momentów - ale wszystkie przeszliśmy i wyszliśmy z nich mocniejsi - co naprawdę uważam za nasz wspólny, duży sukces! Trochę żal, kiedy ktoś znika, ale rozumiem tych, którzy wybierają inne, własne drogi, staram się patrzeć do przodu i nie żałować. Cieszę się z tych wszystkich ludzi, których spotykam na swojej drodze, którzy przychodzą do nas zwabieni czarem białego śpiewu, harmonią głosów, tradycyjnymi pieśniami albo po prostu darciem się razem raz w tygodniu i śmiechem. 

Ludzie, których jeszcze nie tak dawno nie znałam, stali się bardzo ważną częścią mojego życia. Spotkania, warsztaty, koncerty, rozmowy, próbowanie - to wszystko dużo mnie uczy. Na spotkaniach uczę się o pracy w grupie, o sobie samej, o swoich barierach, o zaufaniu, na scenie uczę się pokonywać stres i lęk, a nawet czasem poznaję trudną sztukę dyplomacji, kiedy chcę do czegoś namówić grupę dorosłych ludziorów. Było intensywnie, wszystkie inicjatywy fajne, w każdą na 100% włożone serducho. Czy to kolędowanie, czy to pieśni z zaświatów, globalna baba czy Śląski Majdan. Przyjaciele, wydarzenia, wspólne śpiewanie.

Coś Bardzo Ważnego. Bardzo Dobry Rok!
A wiecie co jest w tym wszystkim najważniejsze?
Radość z bycia razem i tworzenia czegoś fajnego!

Jeżeli chcecie - podsumowanie naszego roku możecie zobaczyć tutaj, zapraszam! 

środa, 7 stycznia 2015

Załącznik


Po prostu, bo miałam dobry sen, który jakoś mnie uspokoił. 
Ilustracja do wcześniejszego opisu. (Zapomniałam dodać, że jestem packerem i wielkim jemniomem?) Most pomiędzy Pesztem i Budą, słońce, wiatr i woda (by Agni). I jednoocy. 
* Ja na moście most to spokój, rzeka leży w jego kroku * Ja na wodzie całkiem płaski, spokój w cieniu moim własnym * Między wersy wkradł się spokój, wyłowiony z łez potoku * I dlatego lubię mówić z Tobą *

Gdy sparszywieję znów

Staram się, żeby ten blog był pozytywny. Kibicuję ruchom: wymień trzy pozytywne rzeczy, które Cię dziś spotkały, tydzień bez marudzenia i im podobnym. Chciałabym być pozytywna, radosna, fruwać nad ziemią, widzieć dobre strony i małe rzeczy. A jednak są dni takie jak ten. Z uśmiechu wychodzi grymas.

Dziś jestem marudna. 
Dziś jestem smutna. 
Dziś trochę samotna.
Dziś zastanawiam się, co ze mną nie tak, czy jestem tak męcząca, że trzeba ode mnie odpoczywać.
Co z światem nie tak. 
Ze mną? Ze światem? Z nim?
I czy ten Śląsk to nie jest jakas pułapka, pomyłka, czy na pewno wszystko ma swój czas i sens. 
Czy tu w ogóle może być po prostu dobrze, bez tych hustawek. 
Czy tu, czy gdzieś, czy w ogóle mi.
Wiem, dokądkolwiek się wyprowadzamy, siebie zabieramy ze sobą. 
Oczekiwania, afirmacje, rozmyślania.
Luna przeszła pełnię i powoli zapada się w sobie.
Termofor na brzuchu, mało światła. 
Zbyt szybko stygnąca herbata, bezsensowne porównania, niechciane, może trochę głupie łzy. 
Milczący telefon, technologia to błogosławieństwo czy przekleństwo? 
Gorączka? Nie wiem. Chyba nie. Katar. 

Nie lubię siebie takiej, nie umiem siebie od siebie oddzielić. 
Jeżeli sama od siebie mam ochotę uciec, jak nie ucieknie ode mnie ktoś? 
Jak lubić siebie? Jak pozwalać sobie na słabość? Jak zrozumieć drugą osobę? Gdzie są granice bycia sobą? Bądź sobą - mówią. Ale wszyscy chcemy spotykać pozytywność, patrzeć na uśmiechy, cieszyć się światem, żartować, nie epatować.
Dlatego dziś chowam się pod koudrą i uwalniam świat od mojej ponurej obecności. 
Gdyby tak dało się odkręcić głowę i poczekać, aż to minie.
I po prostu zaufać. 
Sobie chyba też.
Wczoraj wydaje się być okrutnie dawno temu.
Chwytam się ostatniej, cienkiej nici słowa "dobrze" i próbuję zasnąć.

Stoję na księżycowym pustkowiu.
Stoję na wielkim moście, za nami ciemne chmury i białe kamienie, w oczy świeci mi ostre słońce. Szarpie nami wściekły, mocny wiatr, marszczy skórę wody, ptaki krążą lekko, jakby nie zwracały na niego uwagi. Ledwo słyszę dźwięk migawki. 

wtorek, 6 stycznia 2015

Peszt z widokiem na Budę


Czy wydaje Wam się niemądre jechanie przez siedem godzin, żeby tylko przez niewielką wielokrotność tej cyfry być w innym miejscu? Ja rozumiem, że kogoś może to nie kręcić, naprawdę rozumiem. Tym bardziej się cieszę, że jedziemy! Mnie nie trzeba na to namawiać, ja to lubię, lubię być w drodze, lubię zmieniać przestrzeń. Dlatego kiedy 2A wpadają na pomysł - wchodzę w to od razu, od razu z euforią i radością. Nie przeszkadza mi, że będę gdzieś tylko przez chwilę, że to tylko spacer, tylko oglądanie wystaw i fasad, zaglądanie w bramy, piwo w hipszterknajpie. Że przed mocnym wiatrem chowamy się w lokalnej kawiarni z dobrą kawą, że snujemy się po wystawie obrazów z mądrymi minami, jakbyśmy robili to codziennie. 


Lubię wmieszać się w tłum, udawać przez chwilę, że nie jestem turystką, że jestem stąd, słuchać melodii języka nie rozumiejąc słów. Nawet nie przeszkadza mi, że muszę odpuścić łaźnię turecką, choć trochę szkoda, ale kiedy przez długie nocne rozmowy wstajemy w południe, to już jestem trochę zła, bo przecież tak niewiele mamy tu godzin. Ale W mnie uspokaja i wychodzimy, jest pięknie, miasto jest cudne i koronkowe, język melodyjny, światło nad Dunajem obłędne ( i wiatr dmie jak szatan). Lubię też, kiedy ktoś mówi: to tu macie klucze do mieszkania i miłego zwiedzania! Poddaję się koncepcji 2A na to miasto, idę za nimi jak po sznurku. Czasem chwytam WS pod ramię, żeby nie porwał mnie wiatr i nie ukrył gdzieś na podwórkach Pesztu albo w zakamarkach Budy. Albo nie wwiał mnie do żółtego tramwaju i wywiózł gdzieś nie wiadomo gdzie. 23-signs-born-travel


Powrót jest wesoły 2A paplają jak najęci, musimy przy nich wyglądać na niezłych mruków, ale cieszę się, że kierowczyni jest wesoła i z jej kopytkiem na gazie połykamy kilometry. Nawet moja niemądrość pozwala mi na cyknięcie foty kontrolującym nas policjantom, czego to ludzie nie zrobią tymi telewizorami... Tia. Mamo... niech żyję! Niech żyjemy my wszyscy, szybko i z drogą uciekającą pod kołami i z taką radością, z jaką podskakuje kitka Agni na siedzeniu przede mną, kiedy ja mogę się przytulić i sennie śledzić krajobraz przesuwający się za oknem, nucąc pod nosem jakieś radiowe szlagiery. 

(To właśnie ona jest autorką tych pięknych zdjęć tutaj! Więcej możecie zobaczyć na jej blogu.)

piątek, 2 stycznia 2015

Pogaduchy na przełomie

Dziwi mnie co roku dziwny sylwestrowy szał i przymus szampańskiej zabawy. Dziwią mnie ceny w schroniskach i to poczucie, że idzie nowe. Znam stare stradycje odradzania świata i tak, wierzę, że jest nam potrzebna cykliczność, odnowa, zmycie szarości w twarzy świata, pokonanie śmierciuchy odwiecznym cyklem życia. Ale niechęć do przymusów sprawia, że ląduję na przełom starego i nowego roku w dziwnych miejscach. Ostatnio też nieoczekiwanych, bo coś się zdarzyło. W zeszłym roku spontanicznie zostałam w chatce znajomków w Lachowicach i bawiliśmy się doskonale. 

W tym roku przyszło spontaniczne miłe zaproszenie, więc - bo czemu nie! Bo jest okazja, żeby się spotkać, nie widzieliśmy się wiele lat, a mimo to wciąż mówimy o spotkaniu. I to był wspaniały przełom roku! Całe stado przegadanych godzin, dzień sennie z nami wstawał, gdzieś sobie szedł i szarzał, w najlepszym miejscu domu - przy kuchennym stole rozmowy o wszystkim, które się nie nudzą, hektolitry herbaty parzonej tak, jak trzeba, pyszne jedzenie i najlepszy domowy chleb Zuzi. Rozmowy przerywane herbatą, herbaty przerywane kawą i wiśniówką, wąchanie przypraw, smakowanie smaków. Niekończące się wspólne tematy, odmienne zdania, doświadczenia, anegdoty sypane z rękawów, oglądanie do świtu niszowych filmów, piękna zima za oknem, aż do minus 19!, w środku ciepło i przyjaźnie. Między ludźmi przyjaźnie, a to najważniejsze. Czas minął nie wiadomo kiedy, bardzo dobry czas.

I na koniec tylko powiem - to był naprawdę DOBRY rok! I po takim początku następny nie może być inny! Dobrego roku!

P.s. Miś nie przeżył operacji