Co tu znajdziesz

piątek, 26 kwietnia 2013

Wiosenne rozterki

No jak można być tak zmęczonym, kiedy trawa jest wreszcie zielona, a wokół kwitną magnolie i forsycje? Kiedy luna taka piękna jak wczoraj, a wieczorny zapach kwitnących śliw sączy się aż do serca słodyczą? Nie wiem jak, ale niestety można. Tymczasem odliczam dni do majówki! 5! I znajdziemy się w miejscu, do którego opisanym na portalu Filmweb w następujący sposób: "Nierzadko chodzi również o wagary z własnego życia i wrażenie spowalniającego czasu." Sic!
W tym samym czasie, kiedy ja tutaj siedzę i użalam się nad sobą, w Cieszynie pyszni się różem i bielą Cieszyński Szlak Magnolii.  Na Sienkiewicza pod oknami Gabrysi, w parku pokoju, na 3go maja, to tu, to tam. Zawsze o nim myślę w tym czasie kwitnienia, mimo że na Wawelu też kwitły tak pięknie. Właśnie wszystkie kwitną w słońcu. Kto żyw niechaj pokona czas i przestrzeń i hajda do Cieszyna! Albo do najbliższego magnoliowego drzewa w okolicy - i pokłonić się królewskiemu drzewu!

czwartek, 25 kwietnia 2013

Taky Chopcy Fajni

11. "Chłopcy" Jakub Ćwiek, Wyd. SQN

Mam mieszane uczucia co do tej książki. Po pierwsze dlatego, że jest czytadłem. To znaczy, że przelatuję przez tą książkę jak struś pędziwiatr - a ona przeze mnie. Nie zatrzymując się. Kłamcy Ćwieka też szybko się czytali - a jednak jakoś w Kłamcach była inna świeżość pomysłu i to coś, co zostało na dłużej. Trzeba przyznać, że winą tego jest też druk to znaczy litery dla słabo i niedowidzących. To nie źle, często marudzę, że w książce druk jest za mały albo za ścisły. Tu z pewnością nie jest. Aż za bardzo. 

Najpierw miałam wrażenie jakiejś wtórności pomysłu chłopców. Oczywiście zawinił tu Neil Gaiman i jego Amerykańscy Bogowie. Tak więc skrzyżowanie motywów - bogowie (w tym wypadku postacie z bajek) szlajają nam się po supermarketach. Po drugie - lunapark, po trzecie - "skrót". Motywy bardzo zbieżne. Może też stąd to uczucie wtórności... może. W sumie Kłamcy byli dokładnie o tym samym, a jednak wydają mi się jedyni w swoim rodzaju... może po prostu panowie obaj wzięli sobie na warsztat tą tematykę, a Ćwiek ma tego pecha, że Gaiman był pierwszy w moich rękach. Ups. Albo ten temat po prostu jest teraz na topie, przekuwanie starych motywów mitologicznych i baśniowych na nowe opowieści (Grimms, Once upon a time, Neil G., Jakub Ć...)... albo w moim topie, też może tak być.

Nie mogę jednak odmówić autorowi dobrych pomysłów - kilka scen wzbudziło naprawdę mój uśmieszek, zwłaszcza niemiecka pielgrzymka zombich, pioseneczki księdzunia (hehehe!) i bardzo dobry moment zabłądzenia sami-wiecie-gdzie. Muszę też się przyznać, że jestem pod urokiem Dzwoneczka, główna postać bardzo udana. Trzeba to powiedzieć - Ćwiek dobrze buduje postacie. Motocyklowy gang "niemalże dorosłych" składa się z naprawdę barwnych postaci i ciekawego niegrzecznego klimatu. No dobra, wchodzę w to. Fajne to czytadło. Chociaż na następną część nie czekam z utęsknieniem. 

Na koniec jedno błaganie do niebios... i wołanie o pomstę. NIEBIOSA! ZMIEŃCIE GRAFIKA! Bo jak widzę te rysunki to - określę to dosadnie, aby oddać ogrom uczucia - żal dupę ściska... Są koszmarne, ołówkiem na lekcji żłobione. Pliiiiiz. 

I jeszcze jedna uwaga na koniec, ale nie do fabuły - do posłowia. Dobre historie opowiadają się same. To, że autor zainspirował się bajką o Piotrusiu P. - drogi autorze, naprawdę?? Demyt, nigdy bym na to nie wpadła. Po co to pisać? Megalomańskie. I jeszcze opis na okładce (tutaj nie obwiniam już autora). Bardzo lubię tą obecną modę, na: jedyne, największe, najbardziej, najlepszy, najpopularniejszy... cóż. Popularny to już za mało. Trzeba być naj. 

wtorek, 23 kwietnia 2013

Nigdziebądź

Po raz kolejny w życiu odkrywam brak swojego miejsca społecznego. Niepasunek do żadnej grupy, złudne i chwilowe poczucie różnych wspólnot. Pewnie idealizuję wspomnienia, ale Gwamem'en to było doświadczenie jedyne w swoim rodzaju i to se ne vrati. Nigdziebądź. Ale też - nic na siłę. Przecież nigdzie nie trzeba być "na zawsze". Nie trzeba być wbrew sobie. Może to piętno czasów... albowiem światem rządzi wieczna zmiana. To oczywiste, że nie tylko zdanie jednostki kształtuje kierunek grupy. A jednak "kiedy nie pragniesz, kiedy musisz - lepiej być nikim", stara maksyma mistrza Kofty po wielokroć w życiu stosowana, znów się we mnie odzywa. Pustka i współodczuwanie - temu patronuje moja Zielona Tara. Jestem chyba właśnie z tych dwóch sił zbudowana. Kotłują się we mnie i coraz to jedna z nich staje się w przewadze. Trzeba tylko słuchać bicia serca i pozwolić rzeczom płynąć. "Bez żalu ścinać kwiat". Bez żalu do nikogo i niczego. Głęboki oddech i pełne zanurzenie. Again and again. Lekcja będzie Ci powtarzana, dopóki się nie nauczysz. 

Kwiatki bratki

Kwiatki bratki na praktyce - w miejscu, w którym od ilości ładnych rzeczy można oszaleć;
w szkole zwanej co rusz dumnie studiami zaocznymi, tyle tam tej praktyki że aż musiałam ją uwiecznić z biodra; w domu który na wiosnę nagle się zakwiecił - najpiękniejsze lawendowe róże, 
w doniczkach, wazonach, katalogach, w głowie... 
z malutkim cichutkim pytajnikiem nieustająco dręczącym 


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Lustereczko

Powiedz przecie
gdzie są te wolne chwile, których jakoś nie ma
na zrobienie czegoś ładnego...

Folkowy decoupage - drugie wcielenie lustereczka babci Agnieszki Fuksji P.
Babcia nie Fuksja, babcia Agnieszki ;-)


wtorek, 16 kwietnia 2013

Piąta strona świata

10. "Piąta strona świata" Kazimierz Kutz, Wyd. Znak

"To był testament mojego dziadka, Wawrzyńca Basisty i nie przypuszczam, aby istnieć mógł lepszy. Bo ziemia jałowieje, dom zgnije, życie chwilą, a tylko to, co w nas żywe z dziedzictwa przodków, ich tajemnice odległe, mroczne strachy, echa dawno wykipiałych namiętności, ma wagę i sens, bo tuła się w następcach nienazwanym ciśnieniem, niczym wrzątek zalewający liście herbaty (...)"

Ta książka to opowieść o całych pokoleniach Ślązaków. Historia jakiej od dawna szukałam - z precyzyjnymi szczegółami i barwnymi historiami, z rysem ogólnym trudnych czasów i z żywymi postaciami. O Śląsku, o tym jak to jest być Ślązakiem. Jak to jest być z ziemi niczyjej, która co chwilę pod inne ręce przechodziła i do innego wojska zgarniała kolejnych synów. I rzecz dla mnie ostatnio bardzo ważna - o korzeniu rodzinnym, który się w sobie ma, od którego się nie da uciec. On po prostu w każdym tkwi. Idzie z samego dołu, przez pokolenia babek, prababek i ojców, aż do dziś, aż do mnie samej. 
Polecam tą książkę każdemu. A zwłaszcza tym, którzy rodziny od pokoleń śląskie nazywają zakamuflowaną opcją niemiecką. Albo tym, którzy mówią o kimś, kto obchodzi geburstagi zamiast imienin, że: zrobi z takiej Polkę. Czy to się kiedyś skończy? Chyba nie... ta ludzka natura, którą analizował Levi-Strauss, która w kodzie genetycznym ma skłonność do dzielenia świata na swoje i obce... 

"Nie moją winą jest pisanie o nieżyjących lub nieobecnych w dawnych siedliskach. My tu na pograniczu żyliśmy jak na ostrzu kosy, bo w ciągu ostatnich stu lat przetoczyły się tu trzy wojny i trzy powstania; pradziad służył w pruskiej infanterii i padł w oblężeniu Paryża, Wawrzek nie dał się zjeść z kapitalistyczną kaszą, ojciec był powstańcem, a brat zginął w niemieckim mundurze na bezkresach Rosji. Po dwa razy na przemian byliśmy obywatelami Niemiec i Polski. I tak w każdej rodzinie. Państwa w moich stronach były jak szatkownice, które zamiast kapusty przecierały nasze gnaty. A pomiędzy wojnami zakładano na nasze hyrdonie chomąta wyzysku, przetrzymywano w koszarach, maltretowano naszą odmienność i na przemian germanizowano, polonizowano i rusyfikowano, zawsze wbrew naszej ochocie." 

Bardzo mnie poruszyła historia babci, której nie dało się wytłumaczyć, że mówienie po polsku i gwarą jest karane, no i że pod oknem krążą tacy, co to zaraz doniosą. Ona całe życie mówiła gwarą i żadne odgórne polecenie przybite na drzwiach do niej nie przemawiało... Z czego oczywiście były same perypetie. No i lokalny filozof - mistyk mnie urzekł... O tych sprawach i zwykłym życiu, o szukaniu szczęścia... o tym, że zawsze jest się na jakimś pograniczu. Zawsze nie stąd, ni z tukej, ni stela, z żydowskiej strony miasta, ze złej strony rzeczki... zawsze coś. Wieczne pogranicze - które paradoksalnie najszerzej otwiera horyzont myśli i spostrzeżeń. 
Polecam tą opowieść. 

"Przyszła wiosna i taki dzień, kiedy łąki świerzbiły zielenią, a kopanie piłki stało się eucharystyczne, więc lataliśmy trzy dni, od świtu do nocy, za skórą, bez opamiętania. Nie jedliśmy, nie przynosiliśmy węgla z chlewika, nie karmiliśmy królików i nie czyściliśmy klatek bastardom. Po zmroku stawaliśmy pod oknem i śledziliśmy każdy krok matki w kuchni. Czas upływał, a groza rosła. Czekaliśmy na powrót ojca - bo on też wracał z nieczystym sumieniem - aby podłączyć się pod jego wejście i czmychnąć za jego plecami do izby."

To bardzo ważne

To bardzo ważne, by mieć w życiu ludzi, z którymi można rozmawiać szczerze. Cała reszta to cała reszta.

Karo G.  w dzisiejszej w gazecie

piątek, 12 kwietnia 2013

zaszumienie

" w ciągu miesiąca zdobywamy taką ilość informacji, jaką nasi pradziadkowie otrzymywali przez całe życie"
z wybiórczej, dające do myślenia...
przypomniał mi się tekst, kiedyś dla mnie bardzo ważny, do dziś znaczący wiele, z kodeksu wędrowniczego
Wędrowanie to znacznie więcej niż przemierzanie kilometrów czy wytrwałość fizyczna. To sztuka wchłaniania życia, które nas otacza, to oczy i uszy otwarte, to tajemnica współodczuwania przyrody i człowieka.Wędrówką nie będzie przyspieszony tupot nóg, nadmiar krzykliwego humoru, lecz właśnie cisza wśród ciszy lasu, skupienie wobec wschodów czy zachodów słońca. To wyczucie wędrownik łatwo odszuka w sobie. Wędrownik - spostrzega urok życia wszędzie, gdziekolwiek się znajdzie, gdyż odkrywa to, czego inni w pozornej monotonii codziennych dni dopatrzeć się nie umieją. Wędrownik zna radość trudnych zwycięstw, urok przyrody, piękno zdobywania samotnie nie wydeptanych ścieżek. Wędrownik - stale uprawia wędrówki, wędruje w zimie i lecie, na wsi i w mieście, tropi miejsca, gdzie może być pożyteczny. 
Jako ilustracja - nasza świąteczna ścieżka, przestrzeń, która karmi serce i nieskalana stopą ludzką biel.

wtorek, 9 kwietnia 2013

W mniejszości

9. "Gołębie wzlatują" Melinda Nadj Abonji, Wyd. Czarne

 Bohaterowie tej opowieści są częścią węgierskiej mniejszości w Serbii (Wojewodina). Wyjeżdżają jednak i stają się mniejszością węgierską z Serbii - w Szwajcarii... jak w mętliku miejsc i ludzi odpowiedzieć prosto na pytanie, kim jestem? Próbuje to zrobić Ildiko Kocsis... tak jak każdy z tej rodziny, próbuje znaleźć swoje miejsce na świecie. Jak ważne są dla nas korzenie naszej rodziny? Jak bardzo sami decydujemy o tym, kim się stajemy?
  Tymczasem na Bałkanach rozpoczyna się wojna... Jak to jest, kiedy Twoi bliscy zostają tam, gdzie właśnie jest wojna? Jak to jest, kiedy społeczność, w której mieszkasz i budujesz swoje bezpieczeństwo, przeprowadza głosowanie nad tym, czy możesz w tej społeczności żyć dalej - czy też musisz wyjechać? Węgrzy, Chorwaci i Serbowie, którzy w swojej ojczyźnie musieliby walczyć przeciwko sobie, tutaj splatają swoje losy... w tym samym czasie tam... 
     Bardzo mnie poruszyła ta książka. Z początku trudno mi się ją czytało, z powodu specyficznej narracji i dziwnego zapisu dialogów, który sprawiał, że nie wiedziałam co jest myślą, a co słowem wypowiedzianym. A jednak to po prostu nie jest łatwa opowieść, którą połyka się w jedno popołudnie. To jest opowieść, o której myślisz jeszcze długo po tym, kiedy wybrzmiało ostatnie zdanie. 

Polecam, a wydawnictwu Czarne dziękuję za podarowanie (konkursowe)! 

Jak pewnie da się zauważyć zrezygnowałam z oceniania książek w cyfrach. Powód jest prosty - jeżeli książka jest na poziomie 1, prawdopodobnie bym jej nie przeczytała w ogóle. Jeżeli cały czas mam oceniać w rozpiętości 3-5, również mija się to z celem. Jeżeli mi się podobała - z opisu na pewno będzie można to wyczytać! 

piątek, 5 kwietnia 2013

Miasto moich marzeń

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. I zawsze wydaje się, że może w wielkim i dalekim GDZIEŚ byłoby lepiej, niż w bliskim i codziennym TUTAJ. A jednak jest takie miasto, które niesamowicie przyciąga mnie swoją atmosferą, zabudową, przyjaznością. Coś mi się do niego rwie, nieczęsto tam bywamy, ale czuję się tam dobrze. Chciałabym pobuszować w jego zakamarkach, dowiedzieć się więcej o jego zaułkach, poznać jego tętno. Jeżeli tak ma być - some day... ! Marcowe pocztówki i wspominki: Miasto stoi nad wodą gładką, jak pamięć lustra...
Wybaczcie mi ilość zdjęć, ale nie mogłam wybrać z nich tylko jednego...








środa, 3 kwietnia 2013

Bohater o tysiącu twarzy

Ktoś zupełnie inny, ktoś ponad szarość świata, ktoś, kim chcielibyśmy być. Wciąż potrzebujemy historii o bohaterach. Nieustannie fascynujące są opowieści o niezwykłym człowieku, który odmienił swój los, a także w jakimś stopniu - los świata. Bohaterowie - wielcy i wspaniali, ale także "zwyczajni niezwyczajni", dnia codziennego, którzy w jakiś sposób pokonują codzienność. Ten fenomen doskonale badał Joseph Campbell w swojej książce: Bohater o tysiącu twarzy oraz w: Potędze mitu. A uświadomiłam sobie tą wciąż żywą potrzebę, szukając wspólnego mianownika dla filmów, które ostatnio obejrzałam. Filmy totalnie różne. Ale... 
Wszystkie są opowieścią o NIM. Lub o NIEJ.... 



Q. Tarantino - Django
Philippe Falardeau - Monsieur Lazhar
Malik Bendjelloul - Sugar Man
Disney Pixar - Merida The Brave

O każdym z nich mogłabym pisać wiele. Ale żeby nie nudzić, powiem tylko, że każdy z tych filmów opowiada niezwykłą historię człowieka, który przełamuje to, co nas zwykłych ludzi więzi w codzienności. Rasowe lub klasowe uprzedzenia, poprawność w szkole. Poszukiwanie mistrza lub przyjaciela. Siłę do własnego myślenia, trudy życia i marzenie o sławie. I wreszcie - odwagę do bycia sobą. Polecam Wam je wszystkie.