Co tu znajdziesz

czwartek, 31 stycznia 2013

Łowiczanka

To był ten dzień, kiedy w horoskopie przeczytanym w pracy w dzienniku zachodnim z Krysi biurka(sic!) napisane było - nie odrzucaj żadnych propozycji! No i tego dnia nie odrzucałam, haha, wydało mi się to dobrą radą ;-) 

Tak więc kiedy Siostra zgłosiła mi zapotrzebowanie na koszulkę z matrioszką - horoskop nakazywał się zgodzić ;-) To jeszcze nie właściwe zamówienie, ale próba własna. 
Prezentuje się państwu - Matrioszka łowiczanka, krasawica! 



Ta jedyna z wieeelu próbnych ;-)

środa, 30 stycznia 2013

Obserwować

W wolnej parafrazie z gazety świątecznej, wywiad z Jerzym Stuhrem. W wolnej, bo nie zapamiętałam dokładnie, nie zapisałam, a szkoda. Ale gdzieś utkwiło sedno.

Żeby być dobrym obserwatorem trzeba przyjąć postawę całkowicie bierną. Zostawić gdzieś to "moje..." "a ja"... "ja też tak..." "...u mnie..." i całkowicie przyjąć opowieść i historię drugiego człowieka. Bez odnoszenia jej do siebie samego.

Niełatwe zadanie... może z wiekiem zyskuje się taką umiejętność?
...

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozśpiewanie!

Właśnie jest poniedziałek i mam "urlop", czyli poniedziałek w domu. To się nieczęsto zdarza, gdyż zazwyczaj poniedziałki są śpiewające, ale ponieważ mieliśmy bardzo intensywny śpiewający czas - dziś lenistwo! 

Cały maraton zaczął się w czwartek od występu dziewczyn w spektaklu "Opowieść z Grzybowszczyzny" - opowieści bardzo mi bliskiej przez temat, studia, przez włóczenie się po tamtym terenie i głos profesora Pawluczuka na końcu... snif. Spektakl bardzo fajnie zrobiony i pieśni ze wsi Pierożki świetne! 

A już następnego dnia kolędnicy poszli do dzieciaków. Wszystkie dzieci nasze są! Odwiedziliśmy bal dziecięcy i dom dziecka. Obie wyprawy bardzo... BARDZO się od siebie różniły. Jak różne na świecie są dzieci... jak różnie wychowywane, jak inaczej płynie im czas. Bal nas hm... nieco zaskoczył, dom dziecka nieco zasmucił... Tak czy siak - wszystkie dzieci są fajne! I to jest najważniejsze. Obie grupy odtańczyły z nami kukaczkę, zaśpiewały wyliczankę o kozie i posłuchały (niektórzy z otwartymi buziami) pieśni. I obu grupom warto pokazać, że są tacy wariaci, którzy robią jakieś dziwne tradycyjne rzeczy, a nie tylko chodzą na "prawdziwe imprezy" dyskotekowe ;-) 


Bociek, Baba, Owieczka, Gwiazda (zaocznie Renia), Cyganka i Koza (Miś i Dziad w tualecie pudrują noski), zdjęcia autorką jest Koń.


A jako wisienka na torcie - niedzielny występ na II festiwalu Ciekawych Świata im. A. Szklarskiego w Rebel Garden! Na początku dłuuugo próbowałyśmy tego i owego, śpiewania i wiśniowego wspomagania, na bardzo miłej próbie u Sylvany (pozdrawiamy sąsiadów). A później już występ: od radosnego, orzechowego "Szoj u sadu wisznewomu" do rzewnego "Oj tam na hori" z świetnym wykonaniem Sylvany na wysokim głosie! Po śpiewaniu było też jeszcze czytanie bloga lwowskiego Eweliny, zabawnie i uważnie oddającego ukraińskie przygody oraz wspominki Sylvany z wyprawy na jeden z końców świata - Huculszczyznę (och i ach!). 

Autor: Szymon Kozioł

Toteż w poniedziałek... zasłużony urlop :-) Haha! 
Hlop!

Sputnik

Kilka impresji z przeglądu filmów rosyjskich. Trzy nowe pozycje, z noworuskiego kina, trzy pozycje z klasyki kina rosyjskiego. Od klasyki zacznę i o niej będzie dłużej, bo też tak mi te filmy przypadają do serca,  jak mało które.

Stalker (Tarkowski 1979) - Dersu Uzała (Kurosawa, Nagibin 1975)- Wniebowstąpienie (Łarisa Szeptiko <sic!>1977)
Stare filmy, budowane się na rosyjskiej filozofii ( i religii należy dodać) odzierają człowieka do gołej duszy. Człowieka na ekranie, człowieka przed ekranem. Drążą "człowieczeństwo". Są trudne, są ciężkie, a jednak ta ciężkość odpowiada mi niesamowicie. W tych filmach jest mroczna wschodniosłowiańska dusza. Ta, która jednocześnie pragnie dobra, szuka go wokół siebie... i nieustannie tragicznie nie znajduje go. I cierpi.

Dobra i wiary w ludziach szuka Stalkier, tragiczny przewodnik do Zony. Ignorując niebezpieczeństwo i zakazy prowadzi tam ludzi, którzy tak jak on, zostali już bez żadnej nadziei. W komnacie, w której spełniają się najgłębsze życzenia, po wielu trudach podróży (bo tamten świat rządzi się swoimi prawami, które zna tylko psychopompos) szukają ostatniego ratunku. Nasz bohater o dobrej duszy srogo się na ludziach zawodzi i cierpi z tego powodu. Szuka w świecie wiary w dobro, wiary w cud. "Nazywają siebie inteligentami, a narząd wiary zanikł w nich zupełnie, nieużywany". Ale świat wyszydza go tylko, traktuje jak naiwne dziecko, wariata. Nie bez powodu zakazano tam ludziom wstępu. Jest tyle motywacji, dążeń, pragnień, tyle szczęść... Monologi, filozofia tego filmu... arcydzieło, panie Tarkowski. I do tego całe studium rytów przejścia i psychopomposa, jakie można by zrobić na tym filmie... Kusi. 
Monolog Pisatiela
Eksperymenty, fakty,|najwyższa prawda.Nie ma czegoś takiego jak fakty.|Zwłaszcza tutaj.To wszystko jest czyimś|idiotycznym wynalazkiem.Nie czujecie tego?Ale wy oczywiście musicie| dowiedzieć się, kto wynalazł.I po co. I na co wam ta wiedza? Czyje sumienie to obciąży? Moje?Nie mam sumienia.|Mam tylko nerwy.Jedna kanalia mnie zwymyśla|i cierpię.Inna mnie pochwali,|znowu cierpię.Włóż w to serce i duszę,|oni pożrą i serce i duszę.
Wyrzuć brudy z duszy -|zeżrą i brudy.
Wszyscy tacy oczytani. Wszyscy głodni wrażeń.
I wszyscy kłębią się dookoła,|dziennikarze, redaktorzy, krytycy,|niewydarzone babska.
I wszyscy krzyczą:|jeszcze, jeszcze!
Co ze mnie za pisarz,|kiedy nienawidzę pisania?
To dla mnie ciągła męka,|bolesne, poniżające zajęcie, jak wyciskanie hemoroidów.
Kiedyś myślałem, że moje książki|komuś pomogą.
Nikt mnie nie potrzebuje!
W dwa dni po mojej śmierci zaczną|pożerać kogoś innego.
Chciałem ich zmienić,|ale to oni zmienili mnie. Uczynili mnie na swój obraz| i podobieństwo.
Kiedyś przyszłość była|kontynuacją teraźniejszości,
zmiany wyłaniały się zza horyzontu.
Teraz przyszłość i teraźniejszość to jedno.
Czy są na to gotowi?
Oni nie chcą nic wiedzieć!|Oni tylko żrą!
Dersu Uzała, rosyjsko - japońska koprodukcja kolejnego mojego mistrza - Kurosawy. Wspaniały obraz człowieka pochodzącego z społeczeństwa tradycyjnego, zbieraczo-łowieckiego. Jego socjologii, sztuki przetrwania w tajdze, wierzeń. Ale to nie film przyrodniczy - to film o ludzkiej przyjaźni. O spotkaniach, które zmieniają całe życie. O serdeczności. O dobrej woli... która czasem jest tragiczna w skutkach. Wiele, wiele przemyśleń o dawnym i dzisiejszym sposobie życia. I o tym, jak bardzo "to co dobre" jest subiektywne... to ich cholerne subiektywne dobro... Ten film przywraca mi wiarę w przyjaźń, która przekracza wszelkie granice.
 

Wniebowstąpienie rozbiera do kości istotę ludzką. Pokazują nam swoje trzewia główni bohaterowie. Partyzant, który składa życie na ołtarzu idei - nie poddaje się twardej ręce katów, umiera z wzrokiem jasnym i uśmiechem dając innym wiarę w sens oporu. Jego przyjaciel, również pojmany partyzant, który za główną zasadę uznaje jednak: przeżyć! A potem się zobaczy, bo martwemu to już nic nie pomoże. I zostaje na koniec sam ze swoim pasem od spodni i szeptem bab "Juda...". Matka, która przypadkowo posądzona o pomaganie partyzantom, aby ratować siebie i swoje dzieci - skaże inne dziecko na śmierć. I wreszcie Prokutator, który robi żywy eksperyment na ludziach, obiera każdego jak z łupiny i patrzy chłodnym okiem  na to, co który ma w środku, obserwuje jak się wiją w obliczu śmierci. Człowiek odarty do gołej duszy. Przez człowieka.  
Przemowa Prokuratora:  
Zaraz się pan przekona, czym w rzeczywistości jest ścierwo. Proszę się nie zdziwić, ale to nie ja nim będę tylko pan. Odkryje pan w sobie takie rzeczy, że do głowy by panu nie przyszło. Zniknie pańskie nieprzejednanie i fanatyczny błysk oczu. Otworzą się i wylezie z nich strach. Tak, tak...Strach przed utratą tejże właśnie skóry. Na koniec stanie się pan sobą samym. Zwykłą ludzką nicością, nafaszerowaną zwykłym gównem. Bez wielkich słów i tych pańskich fanaberii. Tak... Tu leży prawda.Właśnie dlatego pan mi nie ubliżył. Nie...Wiem czym naprawdę jest człowiek. Pan również się dowie.
 
  


Ja toże choczu! (Balabanov) - Beduin (Voloszin) - Palacz (Balabanov)

Kino rosyjskie w ogóle jest w mojej opinii dosyć ciężkie, a jednak nowororyjskie kino jest jeszcze do tego brutalne, a zwłaszcza filmy Bałabanowa, choć z trzech obejrzanych Beduin wcale mu pod tym względem nie ustępuje. Czy stare filmy nie były brutalne... były. A jednak inna była ta brutalność, była stosowana w filmie jako środek do czegoś, ewentualnie pokazanie zepsutej natury jednostki ludzkiej. A tutaj ta brutalnosć jest po prostu z siły i głupoty, dlatego że można być brutalnym, silnym i bogatym. Owszem, nadal jest to próba opowieści o człowieku, a jednak zupełnie inna niż w starych ruskich filmach, dla mnie - dużo płytsza. Miejsce poszukiwania dobra zajmuje poszukiwanie szczęścia... i jest to szczęście zupełnie różne w pragnieniach nowobogackich gangsterów i ludzi biednych, tragicznie zmagających się z losem. 
W pierwszym obrazie grupa przypadkowych ludzi wyprawia się do komnaty, która daje szczęście (analogia do Zony nasuwa się sama). A jednak nie wszystkim się to szczęście dostaje, niektórzy tylko powtarzają pusto - ja też chcę! W Beduinie kobieta, której córeczka choruje na raka, aby zdobyć pieniądze na operację wynajmuje się jako surogatka parze gejów, z czego bogaty facet pomiata przygruchanym azjatyckim partnerem ("beze mnie byś tam zgnił na budowie gastarbeiter), główną bohaterką i całym światem przy okazji. Sytuacja oczywiście z dnia na dzień się zapętla i kobietę oplątuje pajęczyna rozpaczy kolejnymi nitkami. Wszystko oczywiście rozbija się o pieniądze, które dyktują wszystko - to się akurat przez lata nie zmieniło... a drobne chwile upragnionego szczęścia bardzo są w tym filmie gorzkie.

Ostatni obraz to opowieść najbliższa starym filmom. Palacz zdecydowanie ratuje honor kina noworuskiego. Jest to opowieść o człowieku, który niczego dla siebie wielkiego nie pragnie. Bohater wojenny, który po wojnie prowadzi samotne życie na uboczu, wykonując prostą ale podłą pracę palacza i próbując spełnić swoje marzenie - w przerwach między paleniem w piecach pisze książkę na maszynie. Wykorzystuje go córka, wykorzystują go koledzy z wojska do swoich celów. Działając w swoim interesie odbierają mu wszystko, co jeszcze miał. Kaczegar więc z honorem i godnością pokazuje, że wcale nie jest taki niedołężny jakby im się wszystkim zdawało, bierze odwet na "kolegach" i odbiera sobie sam tą jedyną rzecz, jaka mu jeszcze pozostała. Smutny, przejmujący obraz. W tym nowym, brutalnym, gangsterskim świecie Rosji - człowiek starych zasad i honoru. I nauka o tym, że to szczęście, modnie ubrane, wymalowane i błyszczące, za którym wszyscy z wywieszonymi jęzorami i z giwerami na wierzchu gonią - to zdecydowanie błędny kierunek.
I może nie taki zły był ten na pozór płytki, pierwszy film Bałabanowa, w którym wszyscy na oślep pędzą, nie wiadomo gdzie i po co, pragnąc nie wiadomo jakiego szczęścia i powtarzają pusto w kółko: ja też chcę.... ja też chcę!
P.S. Żeby ktoś nie pomyślał, że nowe rosyjskie kino mam za nic - ukłon wielki dla współczesnego mistrza kinematografii rosyjskiej Zwiagincewa. Polecam bezsprzecznie oraz chylę czoła i kapelusza. 

wtorek, 15 stycznia 2013

Łowcy

Gdyby nie ludzie byłby to samotny projekt i zamysł jednej głowy! Tymczasem podsumowanie roku 2012 cz. 2 - zdjęcia, które przysłały do Zaczytanych różniste osoby - co mnie ogromnie ucieszyło! Czujne oczy łowców nie śpią, a zaczytani są wśród nas!  

Co ciekawe - najwięcej zdjęć i to letnich, zimowych, wszystkich, jest z komunikacji - tramwajowej (Wrocław wygrywa) i kolejowej. Dziękuję transportowi publicznemu i kolejom różnym, za stwarzanie przychylnych warunków do czytelnictwa! 
Mimo że akcje wprowadzania darmowej literatury spalają na razie na całej linii - pokazuje to przykład półki książek z Kolei Śląskich i ostatni przykład książek w tramwajach z Gdańska. Niestety, chyba jeszcze nie jesteśmy na tym etapie, żeby wziąć książkę do ręki przeczytać trochę i odłożyć na miejsce. Choć nie do końca znam założenia takiej akcji... czy są to te same książki we wszystkich tramwajach, żeby móc podjąć przerwany wątek tam, gdzie przerwaliśmy, bo trzeba było wysiąść?

środa, 9 stycznia 2013

The kindness of strangers

W sumie miałam ją za małą, nagle modną, sztuczną, lansowaną gwiazdkę. (Ktoś w kontrze zapytał, czy M. Jackson albo Madonna się nie kreowali, lansowali itp. Cóż.) W sumie pewnie nią jest. Ale. 
Po pierwsze - tembr jej głosu po prostu mną zawładnął Choćby nie wiem jak lansowana - cudny, choćby nie wiem jak sprytnie ukrywali gustownymi kreacjami, że jest niziołkiem - ma niesamowity głęboki głos i lubię klimat jej klipów. 

A ten tekst po prostu mną zawładnął. Jak czasem ktoś umie wypowiedzieć dno duszy na głos... ładny głos...
"I believe in the person I want to become. I believe in the freedom of the open road. And my motto is the same as ever — I believe in the kindness of strangers. And when I’m at war with myself — I ride. I just ride."
I believe in the kindness of strangers. Nieustająco. Oczywiście nasuwa mi się skojarzenie z wszystkimi podróżami na stopa. Spaniem u kogoś, kto w nagłym odruchu życzliwości i... człowieczeństwa - przygarnia. Otwiera dom i serce. Niesamowite uczucie, napełnia radością, dobrem. Ufność. Choć nie zawsze jestem w takiej drodze - wierzę w niezwykłe spotkania na każdym kroku, przypadek łączy, wystarczy być otwartym na ludzi. Ale i tak od razu przypominają mi się wszyscy "aniołowie" i "anielice" (jak nazywałyśmy takich dobrych ludzi) spotkani w drodze. Anioł z kawą w Uranopolis. Szwedka. Pedro. Siostry z Ułan-Ude. Ktoś kto nagle wyrasta spod ziemi i bezinteresownie pomaga. Ile razy wystawiając kciuk w podróży, po prostu ZAUFANIE niosło w dal.  I wiara w to, że nie wiadomo dokąd, ale przed siebie. Do miejsca, które będzie dobre, piękne... i nieznane. A jak nie to - to następne. Czasem tęsknię za tym uczuciem. Wolności w drodze. Obsession od freeedom. Just ride.

I cudna huśtawka. Uskrzydlona.

Książki są wśród nas!

Małe podsumowanie roku 2012 część pierwsza!
Jakby ktoś jeszcze twierdził, że "ludzie nie czytają" to proponuję odpowiedź obrazkową. I to - pozytywną! :-)
Właściwie wcześniej zwracałam uwagę sporadycznie na kogoś z książką. Teraz już zwracam - ale też nie poluję specjalnie. Oni/one po prostu są wśród nas/Was!

wtorek, 8 stycznia 2013

Kiełbasobus

Wczoraj, nagle, podczas śpiewania Grześ zaczął się skręcać ze śmiechu zerkając w kierunku mej skromnej osoby, która z rozdziawioną paszczą wydzierała się wniebogłosy pod niebiosy, (zrobiło mi się wpierw nieswojo gdyż pomyślałam, że aż tak źle mi dziś idzie), a następnie wykrztusił: bo mi się o kiełbasie przypomniało! Uznałam więc, że wspomnę o tymże sporcie i tutaj, skoro mój śpiewający wizaż jest w stanie nagle wydarzenia kiełbasiane przypomnieć. Działo się to w roku ubiegłym a.d. 2012, w drodze na sylwestra autobusem marki niepolskiej Polskibus. Dramatyczna relacja bieżąca z rosnącą kulą w gardle. 
   Na początku jest miło. Zakładam słuchawki i Kasia N. mi śpiewa, że patrzy w zachwycie jak słonce się wkłuwa promieniami w noc. Zaczyna się już 3 minuty po wyjeździe. Jest naprawdę niewiele zapachów które tak BARDZO sprawiają, że żołądek mam natychmiast w przełyku. Żarcie kiełbasy w komunikacji autobusowej dalekobieżnej naszym sportem narodowym! Naprawdę bez tego by się nie obeszło, teraz wali tym na całej przestrzeni a oni siedzą, trawią i oddychają (oby tylko) tym szajsem. Zaraz się porzygam. Jeszcze 3 godziny :-( A miało być tak pięknie. A jest publiczne gównojedztwo. Miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze.
Po tejże przygodzie miałam solenne postanowienie, że jeśli tylko ktoś wyciągnie kiełbasę w drodze powrotnej - nażrę się czosnku z wędzoną makrelą i gotowanym jajkiem oraz rozleję piwo. Jak się bawić to bawmy się wszyscy. Udanych podróży!

p.s. Dodam, że jest to opis stanu psychicznego tamtego momentu i nie ma na celu obrażania mięsożerców ani nikogo w ogóle, to tylko zdegustowanie wydzielaniem nie dla wszystkich przyjemnych zapachów, w miejscach publicznych, gdzie nie da się przewietrzyć.

czwartek, 3 stycznia 2013

Kolynda

Jak tradycja nakazuje (choć troszkę za wcześnie jeżeli o tradycję chodzi) Kuczeryki ruszyły kolyndować w Katowicach. Pogoda była dla kolędy wymarzona - pomykaliśmy w prószącym śnieżku. Ścigali nas wierni fani - tacy mali z rodzicami i tacy duzi liczący na krzepiący łyk wiśnióweczki.

Reakcje ludzi były różne, od "no to wracamy do przedszkola" do "przez Was się spóźnię na pociąg!" - ale rozdziawione paszcze i uśmiechy też były! Odwiedziliśmy Hospodę, Namaste, Teorię i Dobrą Karmę - za gościnę dziękujemy!

Za kolynde dziękujemy
zdrowia szczęścia Wam życzymy!
Abyście się radowali, złotych godów doczekali!


Od lewej: Chopek Roztropek z Gwiazdą, Kuń, Koza, Dziad, Bocian, Cyganka, hm... Olga przebrana za... Olgę?, Górnik (z ojca i dziada), Żyd, Niedźwiedź zwany Misiem :-) 
Foto - Pietrek


środa, 2 stycznia 2013

Podobno

Nowa Płyta HEY-a. 
Muszę przyznać Nosowskiej, że tak jak uwielbiałam jej niepokorną młodość - tak uwielbiam jej głęboką dojrzałość. Teksty z płytę na płytę są lepsze. Wielość twarzy i różnorodnych emocji tej kobiety jest niesamowita. To właściwość nielicznych artystów - przekonanie o współodczuwaniu, wrażenie, że ona śpiewa o mnie, śpiewa moje emocje. 
Tym razem również. Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan. Do mnie. O mnie. Kolejna płyta zgrywa się z tym-co-płynie-we-mnie. Niesamowite.
Tu w tym utworze - krzycząca nuta starego HEYa. Genialnie. To jest to co tygrysy lubią najbardziej. 
Zupełnie nie ma się z czego śmiać. Podobno. 

I zaobserwowana mała ekspresja z autobusu dalekobieżnego... w dzisiejszym wyobcowaniu, kiedy każdy zamyka się w swoim świecie ograniczonym słuchawkami do sraj-fonów (a i to dobre, bo nie znoszę, kiedy ktoś słucha tych wynalazków głośno, ignorując współpasażerów), ekspresję muzyczną, rytm, zaangażowanie - wszystko to wyraża się za pomocą... palców. Wystukujących na kolanach i siedzeniach najróżniejsze rytmy i melodie w rytm tego co płynie w uszach. Zauważyłam to kiedy słuchając HEYa sama wystukiwałam i wzrok mój padł na inne osoby w autobusie, pogrążone w swoich wystukiwaniach... 

Enjoy
Woda