Co tu znajdziesz

poniedziałek, 30 marca 2015

Codzienności niezwykłości

Biedzę się nad innym tematem, ale zanim się wypowiem, chciałabym poruszyć tu jeszcze zupełnie coś innego. Dziś, kiedy wchodzę do domu, burczę pod nosem głosem smerfa marudy, że nie cierpię ludzi. Pfff, strasznie bywają denerwujący. Ci co ochlapią, kiedy człowiek zasuwa pod wiatr i deszcz o poranku, z którego ktoś jeszcze podle zajumał godzinę. Brrr. Ci co oburczą, natrętnie się domagają, wymagają, nie słuchają, budzą we mnie Irytka. Czyli takie małe wkurzone coś, co może ugryźć ząbkami jak igiełki, jak się będzie machało paluchem przed moim nosem. Mały diabeu tasmański, wry.

Ale teraz wróciłam zrelaksowana z Yogapolis i staram się pomyśleć o czymś pozytywnym. No i dochodzę do wniosku, że ludzie są... no muszę to przyznać. Fajni. No są, co im zrobię. A przynajmniej - spotykam też takich. Więc zaparzyłam meliskę z pigwą (dostałam, dziękuję!) i rozmyślam. W zeszłym tygodniu Lola spontanicznie zaprosiła mnie na obiad. Tak nagle, krótka piłka: głodna! To wpadaj. Poczułam się jak Sęp Studencki, ale było warto! Pampuchy (kluchy na parze) z musem truskawkowym. Wiecie co, chyba ostatnio jadłam je jak byłam jeszcze w podstawówce, robiła takie moja babcia. Pycha! Nad pampuchami nie możemy się nagadać, wychodzą nam tematy, przechodzą w inne. Dostaję packi od kota-babci, za nagabywanie. Spontanicznie, miło, fajnie!


Następnego dnia robię swój pierwszy w życiu hummus (ekhm, nie przesadzajcie z czosnkiem) i znienacka dostaję prezenty od MP Dorothy! Tak o. (Pomyślicie, że lecę na prezenty...), no dobra dostałam słoiki! Lecę na jedzeniowe prezenty heh. Cieszę się również, kiedy przychodzi doniczka, w której po zimnej zośce zamieszkają zioła, a z nią jeszcze śmieszna sowa. I piękne czarki na herbatę też przyszły. Tak o. Miło, spontanicznie, fajnie!



Ania oprócz godnej podziwu giętkości (jak pokazuje, to zawsze tak prosto wygląda...) ma też zdolne ręce, które robią np. dziergane poduchy! Fajne jest to jasne miejsce, schowane w mrocznym podwórku kamienicy, jasne miejsce ze spokojną muzyczką i rozluźnionymi ludźmi. Lubię pogaduchy joginek i to uczucie po rozciąganiu, lekkość w mięśniach. Po jodze spontanicznie wędrujemy na rurkę z kremem do Śnieżki, z dziewczynami, z którymi widujemy się tylko na macie, gdy próbujemy naprzeciwko siebie utrzymać Drzewo. Fajnie, spontanicznie, miło!


Goździk, który dostałam na dzień kobiet jeszcze stoi. Uwierzycie? Hummus i tak zjadamy, z zielonym ogórkiem (łagodzi trochę ten czosnek). Spędzamy z Mi fajny łykend, idziemy w słońcu przez "straszne" miasto na S., w którym kawa pachnie obłędnie. To tylko potwierdza, że wszędzie są ukryte fajne miejsca. Jem śniadanie o 13, na spacerze znajdujemy prawdziwą wiosnę! Koncert jest dobrze zagrany, muzycy po prostu robią swoje napieprzając w gitary i perkusje. Absurdalne piwa są smaczne, sny po nich dziwne i już dawno nie wracałam tramwajem po nocy. 
Spontanicznie, fajnie, miło!

I ostatnie MSF: nominacja od Igi! Zaskoczenie, miło mi! Dziękuję i odpowiem, pytania nie są łatwe, hihi! Dzięki Szalone Szydełko! Zerknijcie na bloga tego wulkanu pozytywnej energii i na jej dzierganą stronę BIKEandSOUL!

To co, chyba już dziś nie mogę narzekać? 
No, ale jutro, jak mnie znów te dranie ochlapią... troszkę, ok?
Poniżej prezentuję dowody na istnienie wiosny. 

środa, 25 marca 2015

II Śląski Potańc Folkowy

No i stało się! Po dłuuugiej przerwie od świetnego I Śląskiego Potańcu, wreszcie się działo! Tańcowaliśmy w Klubie Niezależnych Stowarzyszeń Twórczych MARCHOŁT w Katowicach, z czeskim piwkiem, dobrą drewnianą podłogą i z balonikami, uroczo przywodzącymi na myśl prawdziwe wiejskie potańce! Jak to powiedział jeden Pan - różne rzeczy się tu już działy, ale takich tańców to jeszcze nie widziałem. HA! Mnie to jak zawsze męczy, że akurat w naszym kraju tradycyjne tańce odeszły w zapomnienie, szkoda mi tego i cieszę się, że do tego teraz wracamy. 

Podziękowania dla Karo i Ola, żeśmy to razem popchnęli do przodu i się za to razem wzięli! Dzięki moi mili! Fajnie się z Wami dogadywało (nawet na linii Gli-Istanbuł!)! Lubię z Wami! A Ewelinie za piękny kolorowy plakat! 

Podziękowania dla niezawodnej Kapeli na Krzywych Dźwiękach, która przygrywała nam od zimy do wiosny (którą powitaliśmy punktualnie o 23:45!), uczyła nas co zrobić z nogami i rękami, żeby to jakoś wyglądało i prowadziła cały nasz potańc! Dzię - ku - je - my! (oklaski!) 

Jeszcze nigdy nie dostaliśmy tylu oklasków! - powiedzieli! I tu podziękowania dla wszystkich tańczących, śpiewających, klaszczących, dżemujących i towarzyszących, bo atmosfera była wspaniała i iście zabawowa! Dzięki za wspólne wywijanie na parkiecie! Dzięki Marta, za umiędzynarodowienie imprezy i dzielne tłumaczenie! II Śląski Potańc Folkowy uważa się za udany!

Do następnego wywijania! Śląsk Folkowy <3! 

wtorek, 17 marca 2015

Przesilenie


Najpierw po rozum czy lepiej do diabła? Wybrałabym chętnie gawrę Misia. Ale przesilenie chyba powoli mija, a raczej nawet jak nie mija, to musi, bo zrobiłam dziś listę "to do" i złapałam się za głowę. Tak to jest, jak od dłuższego czasu się przyjmuje taktykę: oesu, mam tyle do zrobienia, że chyba położę się spać. Teraz narosło, ale oczywiście ogarnę nieogary i połapię końcówki sznurków. Na dobry początek serdecznie zapraszam na II Śląską Potańcówkę Folkową w Katowicach, już w ten piąteczek, piątunio! Zaraz potem mamy plan przywitać wiosnę, ale żeby nie było, że jakiś falstart - to prezentuję Wam z przyjemnością ostatni oddech zimy. W sobotę była Narnia i udział w konkursie "najwolniejsze ślimaki niskogórskie", w niedzielę zawody kajakarskie w spływaniu ze stoku razem z roztopami. Zima pożegnana miodówką chatkowego, to teraz już może być wiosna! Zwłaszcza, że wreszcie czuję powiew nowego, czegoś co może się wydarzyć. Dziękuję tym, którzy dopingowali! I tak, Gosia ma rację, z tym plecakiem na plecach, pędząc na pociąg czuję, że wreszcie jest tak, jak trzeba. I wracając potem w mokrych butach, z siniakiem i skrzywionym kijem nadal to czuję... również dlatego, że dobrze się wraca, kiedy ktoś na cię czeka. 

 

Na dokładkę perypetie z podróży. Najpierw mały chochlik Kolei Śląskich, każe mi się przesiąść w Katowicach. Zakładam wszystko co rozebrałam i wysiadam, po to żeby... przekonać się, że ten sam pociąg jedzie dalej tam, gdzie ja. Wsiadam z powrotem. Ale było to potrzebne, żeby zaraz spotkać Tomka i przegadać z nim całą drogę. W Bielsku jak zawsze nic nie wiadomo, a pani sprzątająca oznajmia grobowo, że informacja przecież czynna do 17:00. Za to Pan Busiarz z początku wesoły obiecuje mnie zawieźć aż pod dom Roczyniaków. Co też robi, ale to ile razy po drodze myślę, że stracę życie (bo gość pobija rekord czasu przejazdu) i co o nim myślę, kiedy nie zatrzymuje się mimo deszczu na przystanku, na którymś ktoś macha... bo przecież k.wa nie będzie się na każdym zatrzymywał. Srsly? Na mój przytyk odpowiada, że każdy już chce mieć piątek Hm. Ten ktoś na przystanku pewnie też chciał. No i koniec przygód, spędzamy wieczór w pięknym, domu, z kominkiem, najmniejszym psem świata i slajdami z Krymu - w cudnie przyjemnej atmosferze. Jeśli nie możesz pojechać na Krym - Krym przyjdzie do Ciebie. Jeżeli nie możesz pojechać na Cypr - Cypr przyjdzie do Ciebie! Zejdzie z piętra wyżej z butelką słońca w ręce! Dziękuję bardzo współtowarzyszom drogi oraz A&M&D&Lucynie eS! Poniżej dowód na to, że Krym noszę w sercu, dowodu dokonał David swoją cudowną maszyną (1975?) <3 

czwartek, 12 marca 2015

Plastik fantastik czyli wezwanie do pomyślunku konsumenckiego

Zaczęłam kiedyś pisać post o tym właśnie, że: myślę o plastiku. Zrobiła się z tego taka epistoła, że w życiu byście tego nie przeczytali. No i w dodatku ileż można myśleć o plastiku? Problemy pierwszego świata. Ostatnio znów do mnie temat wrócił, jak odruchowo zwinęłam jednorazowy woreczek i włożyłam do kieszeni. Zbierasz śmieci? - zapytały ze zdziwieniem moje koleżanki. Podobno, żeby wypracować w sobie nawyk, odruch, musimy coś powtarzać codziennie przez dwa tygodnie. Tylko!!!

Porady z poradników "jak nie marnować" itp. są o zadek rozbić. Potrzebuję realnych rozwiązań na nadmiar plastiku, bo ewidentnie zużywam(y) go w nadmiarze. Wszystko jest pakowane w plastik fantastik, woda, kasza, sery i serki, nawet już coraz częściej warzywa, nawet już mąka i ryż nie w papierze. Co robić? Niewiele mogę, ale staram się po prostu mieć to na codziennej uwadze. Udaje mi się na przykład: wykorzystywać jednorazówki/foliówki przynajmniej dwukrotnie. Nosić zawsze w torebce torbę - i foliówkę też, jak trzeba zapakować cokolwiek. One naprawdę są wielorazowego użytku, nasza europejska faza na sterylność każe nam wyrzucić raz użyte i kupić łatwodostępne nowe. Staram się. Sięgam po to, co nie w plastiku, próbuję wybrać inne.W sklepie po protu sięgam do torby po foliówę, wyjmuję i pakuję buły, banany, cośtam, nothing special. Nawet jeśli pani w piekarni patrzy na mnie dziwnie, kiedy proszę o pakowanie chleba w mój woreczek, a pani w warzywniaku robi wszystko, żeby być szybsza i jednak mi w ten swój foliówek spakować. Jak mam słabszy dzień i refleks - przegrywam do cna z: już pani spakowałam! 

Ostatnio Handimania i Manuela, która dzierga z wszystkiego i wszystko podkusiła mnie wreszcie do podziergania z foliówek! Fajny materiał no i wykorzystanie, ale bardzo cienki i pracochłonny. To coś, co wygląda jak wielki dywan jest tylko małą serwetką pod doniczkę, heh. Ale jest i ma wiosenne kolorki (takie akurat były, wszystko krzyczy o wiośnie!).

Na końcu rozmyślań o plastiku powinnam o coś chyba zaapelować... Może tylko - zwróćcie uwagę, na to jak dużo tego zużywamy. Nie złoszczę się na płatne reklamówki, może dzięki temu nie dojdziemy do zakazów.Wydaje mi się, że możemy produkować tego mniej. Pomyślcie, czy np. ryż musi być w oddzielnych torebkach? Czy możecie czegoś użyć drugi raz? Np. pudełko po lodach, woreczek z bułki, który nie jest brudny, można włożyć do torby i użyć na zakupach; z plastiku  po czekoladkach wychodzą kostki lodu w fajnym kształcie. Podoba mi się idea przychodzenia do sklepów ze swoimi pojemnikami, zwrotnych butelek, drugiego życia rzeczy. Cały czas myślę o tym, ze gdyby wzorem państw skandynawskich dawano za plastikową butelkę dwa grosze w skupie, to nie mielibyśmy tyle plastiku na ulicach. Wiecie, że  w dzielnicach biedy hindusi robią z tego plastiku... wszystko? Bo tego materiał na każdym kroku jest pod dostatkiem, leży na ulicach. Wyplatają dywany, torby, meble, nawet ubrania. Tymczasem nasze codzienne woreczki leżą na wysypiskach i nie chcą się rozkładać albo włóczą się po świecie, zjadają je żółwie i inne żyjątka wodne - i umierają, plączą się w nie ptaki. Słynne biodegradowalne opakowania też nie  są lepsze - owszem, rozpadają się, ale nie z korzyścią dla gleby i wody, one też nie są nieinwazyjne dla środowiska. 


Często spotykam w mojej okolicy zgiętą w pół staruszkę w szarym prochowcu i zawsze z wielką siatą, dziarski krok i czujne oczy. Idzie ulicą i zbiera papiery, plastiki. Nie mam pojęcia czemu, po prostu to zbiera, w piecu pali, czy po prostu ma hysia na zbieranie, a może na... sprzątanie? Codziennie zbiera taką wielką torbę, pewnie tylko z kilku ulic. Nie mam odwagi jej zaczepić, czasem tylko idę chwilę za nią, kto zna ścieżki staruszek. 

To jest Ravi, dziesięcioletni hindus, który trudni się zbieraniem plasikowych toreb, których w Indiach jest wszędzie ogrom. 

Pomyśl, zanim rzucisz, pomyśl, zanim wyrzucisz. Tylko tyle.


O powstawaniu gatunków (O. Tokarczuk, Bieguni)

Jesteśmy świadkami pojawienia się na Ziemi nowych istot, które już podbiły wszystkie kontynenty i większość nisz ekologicznych. Są stadne i wiatropylne, przemieszczają się bez trudu na wielkie odległości.Teraz je widzę z okien autobusu, te powietrzne ukwiały, całe stada, koczujące na pustyni. Pojedyncze osobniki kurczowo trzymają się drobnych pustynnych roślinek i trzepoczą hałaśliwie- może to ich rodzaj komunikacji.

Specjaliści mówią, że torebki plastikowe to nowy rozdział istnienia, że wywracają na nice odwieczne nawyki natury, bo składają się tylko ze swej powierzchni, w środku są puste i ta historyczna rezygnacja z wszelkiej zawartości daje im niespodziewanie wielkie ewolucyjne korzyści. Są mobilne i lekkie; chwytne uszy pozwalają im zaczepiać się o przedmioty lub organy innych istot i w ten sposób poszerzać swój habitat. Zaczęły od miejskich przedmieść i wysypisk śmieci, i zajęło im kilka wietrznych sezonów, by dotrzeć na prowincję i na odległe pustkowia. Wzięły w posiadanie ogromne połacie Ziemi- od wielkich skrzyżowań autostrad do krętych plaż, od opustoszałych placów przed supermarketami aż do kościstych zboczy Himalajów. Na pierwszy rzut oka wydają się delikatne i słabe, ale to złudzenie- są długowieczne, prawie niezniszczalne; ich ulotne ciała rozłożą się za jakieś trzysta lat.

Nigdy nie mieliśmy do czynienia z tak agresywną formą bytu. Niektórzy w metafizycznym uniesieniu uważają, że jej naturą jest zagarnianie świata, podbój kontynentów; że jest czystą formą, która poszukuje swojej treści, lecz natychmiast nudzi się nią i na powrót rzuca się na wiatr. Że jest wędrującym okiem, przynależnym do jakiegoś nierealnego "tam", tajemniczym obserwatorem uczestniczącym w tym panoptikum. Inni, ci mocniej stojący na ziemi, twierdzą, że ewolucja promuje dziś formy ulotne, które zasiedlają świat chwilowo, lecz za to zyskują wszechobecność.

poniedziałek, 9 marca 2015

Przedwiosenna deprecha

Uwaga, aura przedwiosenna zabija! Z nagłego błękitnego nieba bez ostrzeżenia, śnieżyca, śnieg z deszczem. Zakapane okulary, woda kapiąca z nasiąkniętej kurtki. I nagle plimk! znów błękit, przecież nic się nie stało, słońce tylko na chwilę zamknęło oczy i ziewnęło. A ja stoję na ulicy i ociekam. I taka mała szara chmurka z przekleństwami nad moją głową na tym obrazku.

Męczy mnie przedwiosenna deprecha, plącze mi się wokół kostek jak opadłe gacie, przewraca mnie codziennie ta potwora na łóżko i owija kocykiem. Zmuszać się muszę do wszystkiego, żeby ją codziennie choć trochę pokonać. Czasem pomaga mi WS, przy nim jakoś lepiej mi idzie, głupio tak leżeć i marudzić jak jest obok. No idź, idź, zrób, motywuje mojego wewnętrznego marudę. W ramach pomocy w walkach zaapelowałam ostatnio do moich ziomków: napiszcie mi coś miłego! I naprawdę, mam wokół siebie fajnych ludzi! Bardzo to doceniam! Na przykład P przysłała mi taki obrazek: siedzę sobie i patrzę przez okno jak jakiś pan sika do Olzy, pomacham mu! Albo nastąpiły niespodziane odwiedziny antydepresyjne z wafelkiem w dłoni pewnej długowłosej blond! Albo kwiaty, których się zupełnie nie spodziewałam, kolorowe i piękne, nagle znalazły się u mnie w domu i się pięknią. Garść uśmiechów dostałam, tacy jesteście fajni! Staram się tego trzymać z całych sił, tych małych iskier. Rozcapierzam pazury i wczepiam się w nie z całych sił, z tą deprechą na garbie, która trzyma się mocnym chwytem dziadówka.

Pierwszy piknik okazał się być jeszcze nie zielony, trochę jesienny w kolorach, ale słoneczny i piękny! Można było pobiegać za patykami i jeść dobre rzeczy na kocyku, i burczeć na futrzaka za zaślinianie całego świata. I rozmawiać z ludźmi (posiadanie ładnego psa to zdecydowanie chwyt towarzyski!) i snuć się w słonku leniwie. Mrrrrrrr! I wiecie co? Nawet pies umie zrobić człowiekowi za plecami głupią minę!

Ciocia Pstrokata zaleca:
Powiedzcie komuś coś miłego. Idźcie na spacer! Z okazji wiosny!


focili też Dana i Morświnek