Co tu znajdziesz

wtorek, 24 grudnia 2013

Ten wieczór

"Była we mnie jakaś potrzeba dotknięcia sedna samotności.
Czy jest na to lepszy czas niż środek wigilijnej nocy?"

(z: Wysokie Obcasy, Cztery Wigilie: Wigilia Karoliny...tak...  polecam lekturę na świąteczny czas
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,15167349,Cztery_Wigilie.html)

Strojenie świąt

Sama nie świętuję BN, ale lubię dekoracje świąteczne, tak jak i kolędy i pastorałki. Zresztą, kto nie lubi zapachu choinki i piernika, pomarańczy z goździkami. Kto nie lubi, kiedy jest ładnie. Tym bardziej się cieszę, kiedy ktoś pamięta i prosi: zrobisz mi? Z przyjemnością to robię, kleję i stroję, myśląc przy tym o świętach, myślami tkam świąteczność. Nie moje te święta, ale podkradam im tą szczyptę nastroju pachnącą i czerwieniącą się. Wiecznie-zieloną jak choinka i czerwoną jak błyszczące jabłko w środku zimy, na przekór szarości bezśnieżnej.

Austryjacki, Mamy Agi jasny i ciemny, Ali, Kasi (z sztucznym śniegiem na życzenie, Ani suchy Adwentowiec, foto by K.). Z dobrymi życzeniami!

Santa Muerte

- Jak to jest być śmiercią? 
- To jak bardziej poczuć, że się żyje.


piątek, 13 grudnia 2013

Książeczka dla koteczka 2013


Po raz drugi udało się zorganizować kiermasz książek w Gliwicach! Od prostego pomysłu i chciejstwa promowania czytelnictwa i spiknięcia się z Fundacją Kocie Życie - do szeregu cyklicznych akcji! Radość! 


Po raz drugi zaskoczyły mnie pozytywnie: odzew ludzi, ilość książek. Większość działań promocyjnych przejmuje Kocie Życie - ale to też jest fajne! Gosia dociera do mediów, udziela wywiadów - i ja się mogę tylko cieszyć, że tak fajnie się to przyjmuje w miejscu, gdzie nie było jeszcze niedawno nic (uwielbiam polską mnogość zaprzeczeń, o ile rozumiecie co ja tu zaprzeczam). No i akcja się rozpanoszyła na Wrocław! Ach. Cudnie! 

W tym roku dziękuję wszystkim, którzy przyłożyli rękę do kiermaszu, Chateau Pierre, Antykwiariatowi Oli Tracz (i Kasi i Danielowi) no i Kociemu Życiu o. Gliwice i reprezentacja Wrocławia! Ogromnie dziękuję, jak zawsze jesteście wszyscy wspaniali! Praca z Wami, to czysta przyjemność! 

Dziękujemy też wszystkim, którzy coś upiekli, tym, którzy zrobili cudne koszulki, którzy przynieśli książki i przede wszystkim też tym, którzy je od nas wynieśli zostawiając puszki ciężkie i grzechoczące! Nic przyjemniejszego nad uśmiechniętego nowego właściciela książki z książką pod pachą! No i nad szcześliwe, nie-głodne i nie-chore koty, na które pójdzie cała zbiórka książkowo-słodko-grzańcowa: ponad 4 tysiące złotych! WOOOW! Przywracacie mi wiarę w społeczność lokalną Gliwic! 

D Z I Ę K U J E M Y! 
I ... miłego czytania ludziska! Meow! 
p.s. mam pewne obawy, że na ostatnim zdjęciu wywróżyłam Ksawerego...
Projekt Zaczytani






czwartek, 12 grudnia 2013

Manifest na ostatnią 2kę



Go sing, too loud
Make your voice break- Sing it out
Go scream, do shout
Make an earthquake...

You wish fire would die and turn colder
You wish, your young, could see you grow older
We should always know that we can do anything
Go drum, too proud
Make your hands ache - Play it out
Go march through a crowd
Make your day break...
You wish silence released noise in tremors
You wish, I know it, surrender to summers
We should always know that we can do everything
Go do, you'll know how to
Just let yourself, fall into landslide
Go do, you'll know how to
Just let yourself, give into low tide
Go do!
Tie strings to clouds
Make your own lake - Let it flow
Throw seeds to sprout
Make your own break - Let them grow
Let them grow (Endless summers)
Let them grow (Endless summers)
(Go do endless summers)
You will survive, will never stop wonders
You and sunrise will never fall under
You will survive, will never stop wonders
You and sunrise will never fall under
We should always know that we can do everything
Go do!

wtorek, 10 grudnia 2013

Wyjątkowe słowa

Uwielbiam takie smaczki. Wyjątkowe, nieprzetłumaczalne słowa. Tak jak Eskimosi (podobno)rozróżniają słownie różne rodzaje śniegu. Bardzo lubię też długie niemieckie terminy (filozoficzne na przykład), które jeżeli chcemy przetłumaczyć musimy do tego użyć około pięciu słów lub nawet całego opisu. Tak samo jest z estetyką Japonii i jej terminami, które wymagają całego wykładu - dla nas, z innej kultury, a tymczasem oni mówią JEDNO SŁOWO i wiedzą o co chodzi. Jedno określenie, wyjątkowe. To znaczy, że to zjawisko jest dla danej kultury tak ważne, i tak często uczestniczące w życiu społeczności, że z czystej ludzkiej wygody skrócili czas wymawiania z opisowego na słowny. Piękne zestawienie takich właśnie słów - poniżej. Zaczynam się zastanawiać, jakie mamy takie słowo polskie... Tymczasem smakuję brzmienie tych... i od razu widać, co jest dla której kultury ważne i wyjątkowe!


niedziela, 8 grudnia 2013

Czyżby Dybuk...?

- Aj Pan nadkomisarz zaczyna mówić jak Rabin!
- Tak mądrze?
- Taki zamęt prostemu Żydowi w głowie robi, że jemu potem każda odpowiedź wydaje się mądra.
- Trzeba by użyć Froim własnego rozumu.
- Może i ja bym mógł jego użyć, proszę Pana nadkomisarza, tego rozumu, ale mnie Jenta nie pozwoli tylko zaraz do Rabina wyśle. A jak Rabin nie poradzi, to trzeba będzie koniecznie do samego cadyka z Aleksandrowa.
- A jeśli cadyk nie da rady?
- Aj to już nic innego, tylko na mesjasza poczekać!

Warszawska ferajna i dintojra, przedwojenna łódź. Fabryczne dzielnice, nieco zbyt mądra żydowska dziewczynka, nieco szalony Rebe upatrujący wszędzie złowieszczej Lilith. Tajemnicze zabójstwa... i całkiem niezłe strzelaniny uliczne. Z harmoszką w tle. Dzielny i inteligentny nadkomisarz, wciągająca intryga. Dla mnie to dokonane odkrycie nowego, polskiego autora. Co więcej - świetnego! Już zacieram łapki na następne książki o nadkomisarzu. Oj tak! 

- A kim jest Bornstein z wykształcenia?
- Analfabetą, panie nadkomisarzu. 

16. Konrad T. Lewandowski Perkalowy Dybuk 
Demoniczna sprawa nadkomisarza Drwęckiego w przedwojennej Łodzi

sobota, 7 grudnia 2013

Złota rybka

Już kilka razy w życiu zdarzyło się, że zadałam to pytanie. Trochę niepewnie, trochę może bez wiary, no bo to przecież może być uznane za dziecinne. No bo to przecież śmieszne może. Tymczasem wczoraj po prostu.  
- Opowiesz mi bajkę na dobranoc? Baśń?
- Opowiem. 
Powiedziane lekko, powiedziane zwyczajnie. Bez problemu. Po prostu. Opowiem i już. 
Słowo dotrzymane. Bajka opowiedziana. O małej rybce, która jadła ryż. Trochę o ludzkiej zawiści. I o jabłonce, która łączy opowieści. I o ważnym spotkaniu dwojga ludzi, które wcale nie musi być stereotypowe. 
Taka mała, drobna rzecz. Garść słów, ton głosu. Środek nocy. Zawodzenie wiatru. Światło lampy. Prawie pół-sen. A ja zwyczajnie i po prostu, z głową na kuchennym stole - szczęśliwa. 


środa, 4 grudnia 2013

Dziadek i Ciotka


Dziadek - choć nie mój, ale nasz, rodzinny. Jego sąsiadka, ciotka (lat 78) - choć nie moja, ale tyle lat sąsiadowania przez ścianę, że właściwie też rodzina. Dziadek Paweł lat 96, zawsze uśmiechnięty i wesoło podśpiewujący pod nosem pioseneczki. A czasem i nie pod nosem, jak słonko przyświeciło! Ciotka mu przynosiła ploteczki świeże. Tak sobie tu wieczorem radośnie pogadywali o tym, co na wsi. Kto z kim się ożenił, kto w ciąży, czyja córa za kogo. 
Dziś chowali dziadunia, jutro pochowają ciotkę. Razem poszli w ostatnią drogę sąsiedzi zza ściany, może idą razem i pogadują po drodze o ploteczkach. Myślę sobie czasem, że niewielu jest chrześcijan tak wierzących w to dobre, co czeka ich po śmierci... jak ta jedna jedyna osoba, która nie po raz pierwszy cieszy się, że ktoś umarł. Nie złośliwie! Ale tak... chrześcijańsko. Nie smućcie się, oni dziś już są u Boga! Alleluja! Nie pierwszy raz zadziwia to mnie  - płaczącą i pochylającą się nad ludzkim kołem życia. 

Na smentarzu mieszkać będę a na chwilę tu pobędę
aż Pan Chrystus wszystkich ludzi głosem trąby z martwych wzbudzi
Nuż tu mieszkać i przebywać, a cichuchno będę śpiewać
pewien tego i bezpieczny, że mi dany żywot wieczny
Bracia siostry i pokrewni, bądźcie wszyscy tego pewni
Że przyjaciela Waszego macie w niebie schowanego. 
Teraz się łod was ubieram, krótki żywot swój zawieram
ciało w ziemi odpoczywa, dusza wiecznie w niebie śpiewa

Potańcówka

Niedawno dzięki Ewelinie i Rudemu Goblinowi odkryłam, że nie samym śpiewem człowiek folkowy żyje. Gdzie Basy? Muzykanci, oberka grajcie! Wspaniałe, wirujące przeżycie! Spódnicą zamiecione dokładnie! No, żeby nie było - śpiewanie też, tak tak! 


Fotki: 1.Arkadiusz Sz. 2. Pstrokata 3. Panna Tafelka 4.Michał chyba 

piątek, 29 listopada 2013

Mistrz

Jeżeli mogę powiedzieć, że czyjaś twórczość wiele razy w życiu mnie wspierała i że miała na mnie ogromny wpływ - to tylko Jego. Cytat w głowie na każdy temat - to najczęściej Jego słowa. Ja bardziej prozę lubię smakować. Ale te wiersze przeżywane po wielokroć, w nieskończoność. I wciąż od nowa. Moje tomiki z poezją wędrowały do kolejnych rąk. Ale to nieważne, mam je w głowie. W sercu. Wczoraj były jego urodziny. Kto lepiej niż on wyśpiewa epitafium, zawierając w nim rzeczy sedno. Wszystkiego najlepszego Mistrzu. Bracie spod jednej anathemy. Swoim własnym głosem i słowem. Posłuchajcie... 

Fpitafium dla frajera - Jonasz Kofta słowa i śpiew 

Żył raz Frajer
Wierzył w bajer
Potem umarł

Nad grobem cztery
Inne Frajery
Wbite w gajery
Wytarte, starte
W cholernym słońcu
Stali bez końca
Jakby po piwo
Albo ćwiarę

Aż wreszcie jeden
Niemłody Frajer
Łzę łyknął gorzką
Jak zajzajer
I w taki gorąc
O suchym gardle
Na siebie biorąc
Żałobne parle
Powiedział:

Przyjacielu
Trochę serca nam ubyło
Ile naprawdę
Jeszcze nie wiemy
Pamięć o Tobie
Poniesiemy
Zrobimy z nią
Ile umiemy
Ci co z urzędu
Wieńce kładli
Musieli odejść
Do swych spraw
Nas tak jak Ciebie
Czas nie nagli
Frajerzy zawsze
Mają czas

Bracie spod jednej anatemy
Żegnamy Cię i dziękujemy
Że Ci się chciało
Być zakałą
Gdy wystarczało
Głośno klaskać
Że Ci się chciało
Widzieć całość
Gdy wystarczała
Biała laska

Że Ci się chciało
Być tylko sobą
Zwyczajnie dobro od zła
Odróżniać
Kiedy nikogo
Nie było obok
Tylko służalcza
Szepcząca próżnia

Że Ci się chciało
Myśleć tak mało
O swoich własnych
Nielekkich losach
Że Ci godności
Wystarczało
By nie dorzucać
Drewna do stosów
Że Ci się chciało

Że Ci się chciało
Ciężki Frajerze
Przeżyć po ludzku
Swe ludzkie życie
Choć w zmartwychwstanie
Nikt z nas nie wierzył
Ni w wieczną rzeczy pamięć
W granice
Bracie spod jednej anatemy
Żegnamy Cię
I dziękujemy

Cztery frajery
Wbite w gajery
Jeszcze postały
Chwilkę na słońcu
Ptaszki ćwierkali
A oni stali
Po dobrej chwili
Poleźli w końcu

I zapomnieli dać po czerwońcu
Ja bym takiego klienta
W życiu nie wpuścił na cmentarz

wtorek, 26 listopada 2013

W studni opowieści

Opowieści. Bajania. Legendy. Baśnie. Historie. Wzruszające. Wciągające. Uśmiewające do łez. Straszne. Zastanawiające. Z morałem. Typowe romantyczne skandynawskie czyli o trollach. Z daleka. Z nie-wiadomo-kąd. Pieśni z serca Szkocji, dźwięki harfy. Drobne gesty dłoni, uniesienia brwi, przymknięcia oczu. Tembr głosu. Przestrzeń na kilka kroków i głos. Brama do innego świata. Słowa, słowa, słowa. Te, w których piersi jak granaty i te, gdzie głodne staruszki i złe rusałki. Magia. Noc opowieści. Festiwal opowieści. Od szarego, neonowego wieczora do niemalże białego, listopadowego świtu. Spełnianie marzeń in progress. 


Foto: Grupa Studnia O. Katarzyna Łukasiewicz

środa, 20 listopada 2013

Traktat o łuskaniu


Ważna książka, chodziłam wokół jej cytatów, potykałam się o nie tu i tam, aż nagle "ja ją mam, pożyczyć Ci?" TAK! I było warto, och jak było warto! Czytałam tą książkę długo, ponieważ nie jest to lekka książka do szybkiego połknięcia. To jest traktat filozoficzny, to jest rozprawa o życiu, trzeba te słowa poprzeżuwać dłużej, pomielić na żarnach myśli, te oporne popić łykiem herbaty wieczornym. Co drugie zdanie, jeśli nie każde - to cytat. Jakbym miała robić wypisy, przepisałabym całą książkę prawie... Jak teraz wybrać z niej mały tylko fragment? Niemożliwe! Ale zachęcam do zapoznania się z tym niezwykłym monologiem, który snuje się przy świetle lampy i dźwięku łuskania fasoli, trzaskających strąków. Ja jeszcze łuskanie fasoli wieczorami pamiętam, robiliśmy to u mojej Cioteczki na wsi, w domu rodzinnym Mrózków... 

Odrobiny z traktatu:

(...) ja właśnie płakałem. Nie po wierzchu. Czułem coś takiego, jakby z drugiej strony moich oczu łzy do wewnątrz mnie spływały. Doświadczył pan może takiego płaczu?

Nie ma czegoś takiego jak przypadek. Cóż to bowiem jest przypadek? To tylko usprawiedliwienie tego, czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć.

Czy zastanawiał się pan kiedyś, jak silnie związani jesteśmy z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślonej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a co jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia, a wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą. Przeszłość drogi panie nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi.

Polecam.
16. Traktat o łuskaniu fasoli, Wiesław Myśliwski

wtorek, 19 listopada 2013

Na dłoni




Mam dziś trzy serca na dłoni. Znam przyspieszone bicie każdego z nich. Znam dobrze smaki. Słodko - kwaśny. Gorzki. Słony. Trzepoty, bezdechy. Chciałabym pogłaskać je wszystkie... Każdemu zaszeptać: jeszcze będzie dobrze. 

czwartek, 14 listopada 2013

Pieśni z zaświatów

Kiedy byłam jeszcze w lyzeum zetknęłam się pierwszy raz z wielogłosem i białym głosem. Już wtedy znajomi wybrali się na takie warsztaty. Już wtedy Ewa i Olga, i Piotr śpiewali. Zazdrościłam. Ale nie miałam odwagi. Ale też tak chciałam i dłuuugo to we mnie dojrzewało, bardzo długo. Całe lata. Wtedy też dostałam od Piotrka w swoje łapki płytę z pieśniami. Piesniochorki. Kozackie. Pieśń o łazarzu Działo się to przed laty... słuchałam jej w domu i uczyłam się śpiewać te piękne niskie tony. W samotności rzecz jasna. Zawsze te niskie. Dopełniały mi harmonię, płynęły z serca. I teraz przyszedł ten czas. Czas spełniania marzeń. (Dziękuję Reni, Grzesiowi i Michałowi!). Teraz już wiem, że przesmykiwałam się tuż obok nich, obok OVO, słuchałam ich w spektaklu, nuciłam ich pieśni, ale los nas ze sobą nie spotykał. Wszystko ma swój czas.

Nie będzie zdjęć osób, bo to nie był czas, który się obserwuje z boku. Tam było się "tu i teraz", nieustannie w środku, nieustannie uważnie, nieustannie całym sobą. Próba uniknięcia rozproszeń. Wejrzenia w siebie, w swoje ciało. Śpiewanie całym/całą sobą. Tak bardzo, że teraz "od tego śpiewania mam zakwasy w udach", ha! Z wnętrza, z serca. Z tych ud nawet! 
Przede wszystkim byli tam ludzie. Opowiadanie pieśnią. O zaświatach, o nadziejach. Rozmowy o życiu i śmierci. Oswajanie smutków i lęków. Mistrzowie tacy, że kiedy zaczynają śpiewać wbija człowieka w krzesło. Mistrzowie nie tylko śpiewu... mistrzowie w znaczeniu już zapominanym, osoby, których warto słuchać aby dowiedzieć się czegoś ważnego o życiu, o świecie, o sobie. Oprócz nich cudni ludzie. Z którymi łapie się połączenie właściwie od razu, nie ma czasu na integrację, bo nie zdążymy ze sobą pobyć. Krótkie rozmowy, wspólny śpiew i milczenie. Mięta. Braterstwo Dusz. Wspólne Bycie przez duże B. Czas biegł jak szalony, ani się człowiek obejrzał, a tu już koniec. 
I kiedy zaśpiewał W. usłyszałam ten głos. Działo się to przed laty. I kiedy zaśpiewali Letieli żurawli... z TEJ płyty... i mogłam zaśpiewać z nimi... musiałam bardzo mocno się skupić i zacisnąć powieki. Żeby nie było widać. 
To był dobry czas, wróciłam bogatsza... o kilka pieśni z zaświatów, o milion uśmiechów, o błyski w oczach, o dobre słowa i śmiech. O ważne słowa. O przemyślenia swoje i innych. O kolejny puzzel, który w mojej głowie dopasował się do już długo zbieranej idei Opowieści. Uważność i Intencja. Nawet jeśli pewne niezrozumienie intencji na samym początku zgrzytnęło w kole. Ale nikt nie jest jasnowidzem... I każdy ma swój sposób interpretacji. Ale to nieistotne. 
Istotne jest to, że wracając uśmiechałam się cały czas. I dziękuję wszystkim razem i każdemu z osobna, za TEN czas. Za Waszą uważność w byciu razem i śpiewaniu. M&W z  OVO za naukę. 

Nie wolno Ci się bać
Wszystko ma swój czas 

Wschód słońca nad dolnośląskim Bałtykiem. Chmury wyciągnęły mnie z łóżka. Cudne miejsce. Cudni ludzie. Cudny czas! 

Na smętarzu mieszkać będę 
a na chwilę tu pobędę... 

piątek, 8 listopada 2013

Dziady



Chciałam zrobić taką fotografię od nie pamiętam kiedy. Pewnie od czasów jak byłam dzieckiem i w tym miejscu stawiało się same białe proste świece. Dym kopcił, całe powietrze falowało, w powietrzu pachniało intensywnie woskiem świec. Łuna światła była widoczna już z daleka. 

Potem próbowałam praktiką - ale nie wyszło, same smugi. Wtedy dopiero poznawałam czasy naświetlania, a z kliszą była to niezła zabawa. Później długo nie byłam w tym miejscu i w ten dzień. Potem nie było aparatu. Teraz było wszystko. Wreszcie. 

Mimo kolorowych i zakrytych zniczy - magia miejsca pozostała. I oświetlonych twarzy, i wpatrzonych w światło oczu i cieni przemykających na granicy światła... i nie wiadomo w ten wieczór, czy to żywi, czy zmarli przechadzają się pośród świateł cmentarza w Cieszynie... 



Hortensjowe

Czasem brak weny, czasem brak wizji. Gdyby nie prośby "zrobisz mi?" pewnie bym się nie zabrała. Ale dzięki Wam się zabrałam! I hortensję napotkałam i mogłam popróbować pracy z tym, z czym zawsze chciałam - wiankiem całym z hortensji, którą uwielbiam! Lubię jej pyszną nazwę (hydrangea brzmi gorzej). Wianki obfitość swą prezentują poniżej. Jesienny - halloweenowy i jesienny - nagrobny. 


poniedziałek, 4 listopada 2013

Wilcza Chata Jesienią

Dobrze jest mieć takie miejsce, do którego się wraca. Które się ogląda i w majówkę i w listopadówkę. Poznaje jego różne twarze, różne pogody. Gdzie można wyjść troszkę wyżej i popatrzeć jak chata dokładnie stoi pomiędzy panoramą Tatr i Trzema Koronami. Takie miejsce, gdzie proces robienia kawy, nie polega na postawieniu czajnika na gazie i odczekania 5 minut. Gdzie nie ma prądu, łazienki, za to są świece i widoki. Gdzie jest dużo ludzi, dużo uśmiechów, słońce grzeje w plecy, gdzie się ładuje baterie. Ciepłem ogniska, brzdąkaniem gitary, uśmiechami, widokami gór i chmur. Gdzie łatwiej odpiera się ataki smutku. I gdzie myśli się, że chyba tak jest lepiej, niż ostatnio. Nawet tam, gdzie Królowa Bimbrowników zaprasza autochtonów! Hłe hłe. 

Przepis na najlepszą kawę świata: 
Weź grupę przyjaciół (w tym koniecznie Agni, mistrzynię ceremonii) i pojedź z nimi do chatki na końcu świata. Musicie przeżyć wiele przygód i prób po drodze, i drogi dziurawe jak sito, i mgłę gęstą jak budyń, i drogę przy świetle księżyca. Wnieście na stromą górę na własnych grzbietach ciężkie słoiki z przyprawami, kawę i cytrynę. Agni koniecznie musi wnosić ciężką szklaną butlę kawówki, inaczej się nie będzie liczyło! Wnieś też słój miodu kupiony w ostatniej chwili, w promocji. Wstań leniwie i niespiesznie rano. Rozpal pod piecem drwa wcześniej czyjąś ręką narąbane. Samym drewnem i jedną zapałką oczywiście. Niech ktoś przyniesie wodę ze studni w wiadrze. Potem ty siedź grzecznie z boku, a Mistrzyni Ceremonii niech zagotuje wodę, doda kawę i przyprawy,  i kilka kropel cytryny - w kolejności zgodnej z pięcioma przemianami. Zapach niech się niesie aż na Przechybę i drażni powonienie turystów i dzikich zwierząt. Następnie zasiądźcie przed chatą, wystawcie do słońca plecy i kontemplujcie chwilę kawową nie myśląc źle o niczym i koniecznie zapijając myśli kawówką! Oto jest najlepszy istniejący przepis na kawę! 
A ja tam byłam i tą kawę piłam! Ha! 
Wszystkie fotografie możecie podejrzeć tu: 

Sójka i Bawół


Sójka i Bawół
Już od dawna marzył mi się krzemień pasiasty. Nasz polski kamień, piękny! 
No i na Giełdzie Minerałów udało mi się spotkać tą niezwykłą dwójkę. 
Para indiańskich przyjaciół z polskich ziem ognistych.
Smukły i milczący Sójka z orlim piórem we włosach. 
Krępy, ale silny Bawół z bawolą czaszką na czole i umalowaną w barwy wojenne twarzą. 
Moi nowi przyjaciele. Dodają animuszu i hartu ducha. Howgh!

Jesień w bukiecie

Rumieńce lata pobladły
liść złoty z wiatrem mknie
i klonom liście opadły
i mnie..

/mp-j/
złapałam jesień i związałam ją w bukiet
dla Basi!

czwartek, 31 października 2013

Dziurawce

Długo się zastanawiałam czy jednak na przemyślenia o własnym i cudzym życiu nie powinno być osobnego bloga. A jednak to moje Pstrokate życie. Pstrokacizna zakłada pełną gamę kolorów. No i nie umiem swoich stanów emocjonalnych tak zobrazować, opisać trafnie, jak robi to 365agni... Gdybym miała nazwać jakoś nowego bloga, nazywałby się właśnie tak. Dziurawce. Ludzie z dziurą w sercu. 

Chodzą ulicami ludzie, maj przechodzą, lipiec, grudzień... piją piwo w knajpach, kupują chleb, odtwarzają rytm porannych kaw. Może więcej piją wieczorami, a może nie. Może śpią więcej, a może jak ja, nie mogą długo zasnąć, gdy księżyc wędruje po kolejnych stopniach godzin. 

Mają w sercach dziury. Pustą przestrzeń. Mimo starań nie daje się zapełnić. Ta dziurę jakiś ktoś wyrwał, wyszarpał. Żeby sięgnąć czyjegoś serca, trzeba podejść bardzo blisko. Czasem wyciął skalpelem krótkim precyzyjnym cięciem. Czasem szarpał długo i po kawałku, na wylot. Wsadzał patyk, żeby poszerzyć. Wybił, a jednak nie zabił. Z tym się żyje dalej. Niestety. Z czasem organizm próbuje sobie z tą dziurą poradzić, zarasta powoli, zabliźnia się. Ale blizna jest zgrubieniem, które potrzebuje czasu, na początku to tylko cienka błona, już nie ta sama materia, już nigdy ta sama. Bardzo podatna na każdy dotyk, łatwo pęka znów. Czasem chciałoby się umrzeć z rozpaczy, przestać istnieć. Ale się nie umiera. A tu się chodzi, pracuje, uśmiecha. Pije kawy, płaci rachunki, spotyka. Czasem sprawca dziury, próbuje smarować ranę miodem, aby przyspieszyć proces gojenia. Niestety częściej posypuje solą. W sumie nie wiadomo co gorsze... 

Od kiedy sama mam dziurę w sercu, zauważam ze zdziwieniem i zgrozą ile nas jest. Dziurawców. Pokaleczone, poranieni. Oczy nagle zachodzą im łzami, jakby bez powodu. Pośpiesznie i łakomie sięgają po papierosy. Chowają swoje dziury przed ludźmi, ubierają się ładnie żeby je zamaskować. Boją się zranienia znów. Czekają. Czekają, aż się zagoi. Chodzą i czekają, uśmiechają się, ale nie oczami. Obmywają ranę wodą łez. Zaskorupiają. Ja też. 

Dlaczego nagle sobie człowiek zdaje sprawę, że Pestka i Pustka to tak podobne do siebie, łudząco bliźniacze słowa. Trzymają się za ręce, jak dzieci ubrane tak samo. Znajdź szczegóły, które je różnią. Dlaczego... Dlaczego ktoś bardzo bliski potrafi tak nas potraktować. Nagle stać się obcym. I skąd nas Dziurawców aż tyle... I jak to się dzieje. Wyczuwamy się, znajdujemy. Łączymy, wspieramy, kiedy gorszy dzień. Głos który woła i wyciągnięta ręka, gdy znów zanurzamy się pod wodę. To bardzo ważne, żeby ktoś zawołał. Widzimy inne Dziurawce... staramy się pomóc... choć nie umiemy załatać ani swoich ran, ani cudzych. To może tylko czas. A on bardzo powoli zszywa, drobnym ściegiem. 

I nie myśl źle o nikim. Wiem, że to smutna rada... ale bądźcie zawsze czujni. Jeżeli to tylko możliwe. Bo potem już tylko Pustka, której nic nie zapełnia. Ani muzyka, ani dobre jedzenie, ani piwo z przyjaciółmi, ani piękny zachód słońca, ani gładki kasztan, ani tańce, ani alkohol. Próżnia, która otacza nagle nagą Pestkę. Tą, która musi przetrwać. Ale jest nagle sama. Spustoszenie, gnije to, co jest miąższem. Pustka i Samotność dopóki nie minie czas. Dopóki nie odrobimy płacząc nad zeszytem najtrudniejszej lekcji - samotności. Bycia z sobą samym. Na piątkę. Dopóki nie przyjdzie ktoś... Żeby coś się zdarzyło, żeby mogło się zdarzyć, trzeba marzyć. Trzeba dmuchać na zimne, na gorącym się sparzyć, w szarej smutnej godzinie na swój los się odważyć. I wierzyć, mimo wszystko wierzyć, że jest się tego wartym. Mimo dziury. Mimo wszystko.



środa, 30 października 2013

Wszystkonośnik

Przez całe lato trochę się działo... zalegają mi rzeczy zrobione a - tu - nie wrzucone. 
Dziś prezentuje się uszyta w końcu (z pomocą Pani Krawcowej SKGMiP) patchwork - torba. Zwana też pospolicie worem na ziemniaki, z racji swojej objętości. Ja tam lubię duże torby, które mieszczą w sobie wszystko lub niemalże wszystko! Motylowi życzę miłego noszenia wora i smacznych ziemniaków. 


I z tej ziemniakowej okazji, zdradzę Wam moje jesienne marzenie... 

wtorek, 15 października 2013

Ksiażki, do których się wraca

Ostatnio czytam, ale nie odnotowuję tutaj... trochę się nazbierało. Powoli znów znajduję w sobie słowa... i chęć do zanotowania ich gdzie indziej niż tylko w czarnym notesie. Z okazji jesieni, przypomniałam ją sobie po raz kolejny. Tove, moja wielka miłość. I włóczykij! O czekaniu na kogoś kto odszedł, o jesiennej melancholii i pokonywaniu własnych strachów. O życiu, pięknie jak nikt, ustami małych trolli. 

"Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. Miał przed sobą sto mil ciszy."

15. Tove Jansson "Dolina Muminków w listopadzie"


poniedziałek, 14 października 2013

Popiół i złoto

Czas, który daje siłę... a ona teraz jest bardzo potrzebna. Sobota u Łucji! Przypomina mi się wpis sprzed roku, z jesiennej u niej wizyty. Tymczasem sobota grabienia, otrząsania liści z orzechów. Pokonuję kolejne swoje słabości i włażę na drabinę otrząsać jabłka, które ciężkie wiszą wysoko na gałęziach i trzymają się z całych sił. Ja - która nienawidzę drabin i chybotliwych przestrzeni! Włażę tak wysoko, że sama się sobie dziwię. Oglądam świat z góry, z chyboczących się szczebli, z gałęzi. Jabłka lecą gradem na ziemię, na psy sąsiadki, na głowy zbierających. Orzechy z dziurami po ptasich dziobach. Ból rąk nazajutrz, wiadomo, miastowa się bierze za robotę... ech. Wcale nie chcę być taka miastowa. Nie bez powodu kibicuję kampanii "Jestem ze wsi - w drugim pokoleniu, wieś mam w sercu a nie w skansenie!". Tak więc otrząsam i grabię. Myślę o tym, że moje babcie tak zapieprzały od rana do nocy. Ale też wcinam ostatnie winogrona, które nie dały się przymrozkom, zbieram żołędziowe bereciki z antenką. Spacerujemy z Gierojem, głaszczę kota. Dzień mija przyjemnie. Kawa z widokiem na zieleń i te cudne złote kolory, które teraz opanowały świat. Oddech. "Cenię sobie swoją niezależność, ale nikt nie chce być sam..." Część dnia spędzam też z M. Staram się być dzielna. Skorupa powoli twardnieje. Choć wciąż ma szczeliny, przedostają się drzazgi i kłują. 


Rano Łucja przez mgły snujące się po złotym lesie zawozi mnie do Jaszczębia, tam odbiera mnie nowa, wypiękniona Agnieszka. I niedziela snuje się leniwie, cudna. I jest tak miło, kiedy ktoś założył sukienkę, bo "wiedział, że mi się spodoba" i to w śliwkowym fiolecie! I upiekł tartę swoją popisową, pod kolor sukienki - śliwkową. I zabrał mnie na spacer po kolorach jesieni. I uparcie okiem obiektywu próbuje mnie przekonać, że moja twarz może wyglądać... hm. Ładnie chyba nie przechodzi mi przez gardło. Jeszcze. Wciąż. Rozmawiamy o wszystkim, dzień odmierzany kawami, herbatami, zapachem leśnych grzybów. Cudnie. Odpoczywam. Leczę się jej słowami. Głaszczę kota, który mnie nie widzi. Chowam się na jej przytulnej kanapie i patrzę przez najpiękniejsze okno świata. Wreszcie czarna dziura chyba gdzieś za nami, możemy się już nawet pośmiać z tego co było jeszcze niedawno. Roześmiać głośno na spacerze. Czasem zamyślić. Pomilczeć. Posmucić też. Ta ważna bliskość kogoś bliskiego. Jesteśmy dzielne. Zresztą - nie ma innego wyjścia. Potem wracam do domu i uśmiecham się. Do tego dnia, do A....do siebie. Jesień znów nabiera powoli kolorów, popiół i złoto. Skorupa twardnieje. Musi. "Słonecznik smakuje lepiej"