Co tu znajdziesz

poniedziałek, 1 września 2014

Jej 365

Właściwie próbuję zrobić podsumowanie Isl-podróży, ale dziś coś ważniejszego zostało podsumowane. Dziś Agni skończyła swojego bloga. Wzruszam się bardzo jej wpisem. Uświadamia mi to parę rzeczy, także to, że rok temu i ja byłam w emocjonalnej czarnej dupie i że nie chcę tego stanu nigdy więcej. Każda blizna czasem boli, odzywa się jak stara rana, przytłumionym bólem, który każe pamiętać, ale ten ból za chwilę przechodzi. Pamiętam, jak we wrześniu A. odwiedziła mnie po raz pierwszy i jak wtedy żarł nas robak smutku. Od tego czasu minął cały eon, dziś wszystko jest inaczej. I ... jakie to szczęście! 

foto biegaczek: ktoś

W rok, może się bardzo, bardzo dużo wydarzyć i zmienić. Odkryłam przez ten rok, z wiecznym zadziwieniem ogólnie znanymi prawdami, że mamy w sobie nieodkryte pokłady siły, a także, że problemy nie przychodzą do ludzi, którzy nie będą sobie potrafili z nimi poradzić. I bardzo mocno czuję, że nic w życiu nie jest po nic. Wybaczycie mi filozofanie o życiu zamiast pikantnych historii o wikingach, prawda? 

Zajrzyjcie do Agni. To fajna, silna kobieta. I fajnie, że znów w to wierzy. Jestem z niej dumna i cieszę się, i podziwiam! A jej blog, to jest/był naprawdę dobry, pełen emocji i ciekawie formułowanych myśli projekt. 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Kodeks prawdziwych wikingów*

Już w momencie oderwania kół samolotu od ziemi tęsknimy za wyspą. I za tym, że tam dopiero zachodzi słońce, kiedy u nas już ciemno. Pada deszcz, no przykro nam drodzy wyspiarze, dwa tygodnie słońca Wam przywiozłyśmy! Ale musimy już lecieć. 

Pierwsze wrażenie w Berlinie - śmierdzi. Powietrze jest ciężkie i śmierdzące. Dwa tygodnie w czystym powietrzu Islandii zrobiło swoje. Powrót się wlecze i mam wrażenie, że szybciej objechać Islandię dookoła niż wrócić z lotniska do domu. Wkładam rękę do kieszeni. Mapa Reykjaviku, mapa Berlina. Westchnienie. Nie lubię powrotów do rzeczywistości. Choć miłe powitanie na miejscu jest naprawdę miłe i cieszy!

Na odprężenie, z okazji przeciągającej się podrózy nasz mały podróżny kodeks: jestę wikingię! Wiem, że wynika bezpośrednio z sytuacji, które spotkały nas po drodze, ale może coś z tego i Was uśmiechnie. Postaram się z lekkim komentarzem.

Prawdziwy wiking* nie je śniadania przed wyruszeniem w drogę. (Tak było! Day by day)
Prawdziwy wiking je śniadanie na czarnej plaży. W aucie. (Bo tak wiało)
Prawdziwy wiking zawsze ma brwi. Przecież musi mieć co groźnie marszczyć. (Z obserwacji Agni poprawiającej brew w samochodowym lusterku)
Prawdziwy wiking kąpie się w rzece i ma w dupie lodowaty wiatr. Ewentualnie ubiera czapkę. (Będzie foto)
Prawdziwi wikingowie mówia flocht! z dobrym akcentem. (Już umiemy! A prawdziwi Islandczycy uczą się mówić: fajnie). Umieją też powiedzieć: Eyafjallajökull bez zająknięcia, a Bárðarbunga to bułka z masłem.
Prawdziwy wiking ćwiczy nieustannie mięśnie kegla. A zwłaszcza rano. (Sikuu! Wiecie jak trudno wyjść ze śpiwora rano. Ale wiecie, jak trudno znaleźć czasem na Islandii krzaczek? Skałeczkę? Bo drzewo nawet nie mówię!)
Prawdziwy wiking zawsze się uśmiecha - na zdjęciach. (Ukryty basen w górach. Późno i zimno, ale my nie wejdziemy, skoro już tu dotarłyśmy? Wejdziemy! Jesteśmy wikingami! Szczękanie zębami, ale na foto... Uśmiech wikinga i gorące Kanary!)
Prawdziwi wikingowie nie potrzebują karimat. Twarda islandzka ziemia jest ich matką. (Mogą je zatem gubić w drugi dzień podróży. Phi. Ani opasek. Ani kolczyków. Phi phi.)
Prawdziwy wiking idzie szlakiem, nawet jeżeli biegnie on wzdłuż drogi.
Prawdziwy wiking nigdy nie odmawia basenu ani innego zbiornika wodnego, niezależnie od warunków atmosferycznych i wybuchów wukanów.
Prawdziwy wiking nie idzie przez pole śmierdzące zgniłymi jajami na wdechu.
Prawdziwy wiking kąpie się w ukropie i pływa w lawie. Koniecznie w ciemności i z czołówką. (Jaskinia Grotagja, polecamy!)
Prawdziwy wiking zmienia tampon w krzokach. (No comment)
Prawdziwy wiking je zupkę chińską nożem. 
Prawdziwy wiking zawsze chodzi sikać z aparatem. (Bo a nuż z tej perspektywy natchnie na jakąś fajną fotę)
Prawdziwy wiking nie kupuje wody mineralnej. (Na Islandii wodę kupują tylko turyści. Pure islandik vatn. Kosztuje majątek.)

* myślę że swobodnie można zamienić prawdziwy wiking na prawdziwy bagpaker
To co, kto chce być wikingiem?



poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Cold wind, warm light


Dziś nie napiszę zbyt wiele. Myślałyśmy, że taka pogoda jak teraz, będzie na wyspie cały czas, nisko sunące ciężkie brzuchy chmur, ale bez deszczu. Chmury i wiatr. Senny dzień, mimo tęczowego islandzkiego parasola napadają mnie myśli o powrocie. Czy będę umiała utrzymać tą pozytywność, której tutaj łyknęłam? I tą tutejszą filozofię: bądź sobą i nie przejmuj się pierdołami. Chciałabym. Po prostu kocham ten kraj, gdzie ludzie nosza po dwie różne skarpetki i mają w domach tyle ciepłych świateł. Wychodzę na spacer nad wodę, na wiatr. Przewietrzam myśli. Znów wiem, że chciałabym mieszkać blisko morza. Być może oceanu. I gór. Patrzę na wodę i nachmurzone fiordy Esji, fala ciężkim, sennym uderzeniem rozbija się o falochron. Znów przypomina mi się rysunek muminka o potworze morskim, który oddychając wciąga i wypluwa morze, oddechem wywołując zmiany poziomu wody. Czas zatacza koło. Pierwszy dzień, dzień ostatni. "Żegnam się z miastem, które stało się moje." 


Niech puentę zrobi Kasia Stankiewicz. Połączyła cięzkie chmury, islandzkie pejzaże i moje imię. Nie ma lepszego podsumowania na dziś. Dzięki, że przechodziliście ze mną tą drogę!


niedziela, 24 sierpnia 2014

Menningarnót, there and back again

Bałam się tego powrotu do miasta po pustych przestrzeniach, ale niepotrzebnie. Niechętnie rozstajemy się z zielonym autkiem, które odbiera Ölafur, nas z kolei odbiera Jimi. Lubię ich tętniący gośćmi dom, pomieszanie języków, między którymi przechodzą płynnie, tęczowy parasol pod sufitem i ładną lampę, w którą często przywalam głową. Prezentuję Wam grafik odwiedzin na Ausholt 32. Śliczny nie? Chciałabym mieszkać z takimi pozytywnymi ludźmi i mieć taki otwarty dla wszystkich dom. 


Zapomniałam już jak woda w Reykjaviku wali jajami. Cały sieć wodna w R. Jest podłączona do naturalnie gorącej wody. Stoisz pod strumieniem gorącej wody, a gdzieś tam Trölle mają te swoje siarkowe wzdecia nad jeziorami lawy. Ale i tak jest bosko wyprażyć się po podróży! Zaraz potem lecimy na pchli targ. No i tam nam schodzi dzień. Uwielbiamy islandki i islandczyków. Ich luz, ich swobodne podejście do wszystkiego. Ubierają na siebie naprawdę cuda, takie jak obie lubimy. Za duże, workowate płaszczki, sukienki z ogonami, swetrzyska, parki. Cuda. Łączą to przeróżnie wszystko i noszą z niesamowitym wdziękiem. Agni jest w ubieraniu odważniejsza, swobodniejsza niż ja. Islandia to kraj ludzi, którzy naprawdę nie poddają Cię cały czas opiniom i to jest cudowne. Naprawdę! Masz ochotę na sukienke i górskie buciory? Twoja sprawa, czemu ma to mieć znaczenie? Chcesz ubrać się w sukienkę a'la buka albo mieć tęczowe włosy? To sobie miej, bo czemu nie. Uwielbiam ich. Pan sprzedawca w kinie ma paznokcie pomalowane na niebiesko, Anita zawsze ubiera dwie różne skarpetki, Jimi lubi swoją damską marynarę w szalonych kolorach i zakłada muchę kiedy wychodzimy na miasto. Ubierają się tu niesamowicie i ogromnie mi się to podoba. Dziś okrzyk "ale tu pięknie!" zastępuje: "jak ja ich lubię!"

W R. trwa noc kultury, menningarnót, od 9 rano. Pytam czemu mają noc kultury w dzień. "Well, i've never tought about that!" Po prostu, bo czemu nie. Może dlatego, że czasem u nich noc miesza się z dniem? Hm. Who cares. Rzeka ludzi płynie miastem, zamknęli ulice, prebiegają biegacze z numerami, dzieci łażą po drzewach, na każdym rogu wystawy, koncerty, muzyka, ludzie tańczą pokazowo lub spontanicznie. Wcale mnie to nie mierzi, w tym kolorowym tłumie czuję się dobrze, miasto tętni muzyką. Bosko. A no właśnie, dziś spotykamy się z naszym dobrym duchem, Karą Boską! 

Ale zanim to nastąpi, idziemy na koncert Hinsegin kórinn, queer choire from R., bo śpiewają tam nasi znajomi i nas zapraszają. To przekracza moje naprawdę wszelkie wyobrażenia o spokojnym, tolerancyjnym i ufającym sobie społeczeństwie. W chórze śpiewają osoby LGBTQ(+asy+forajnerzy). Na scenę wychodzi grupka osób ubranych na czarno z tęczowymi dodatkami i śpiewają super, z radością i dobrymi emocjami. Profesjonalnie i świetnie! Ale wiecie co jest najlepsze? Że ten koncert jest w banku. Normalnie, obok nas są stanowiska komputerowe, wszystko leży, włażą tam dzieci za biurka. Na środku stoi scena i tęczowi ludzie z uśmiechami śpiewają pieśni wszelkie, nawet brawurowo wykonują Bohemian Raphsody! Wielkie wow! 


Spotykamy się z Karą, wydaje mi się, że naprawde 100 lat temu piłyśmy piwo w Jastrzębiu i rozmawiałyśmy o podróży na Islandię. Jeszcze nie wierze, że to zrobiłyśmy, że objechałyśmy ją całą. Z naszym pozytywnym Jimim byłyśmy na wystawie w Harpie, wyświetlali pejzaże, widoki Islandii. Rozpoznajemy miejca, byłyśmy tam! Mam łzy w oczach, wiem, że Agni też. Jeszcze nie wierzę. Kara mówi, że z nas szczęściary, że pogoda, że przez wulkan ewakuacje, teraz pozamykali nieliczne drogi. Jes, we are LUCKY!!!! Osom! Spędzamy bardzo miły wieczór, pijemy w porcie, namawiamy naszego anioła, żeby odlał się do oceanu (dał się namówić), oglądamy fajerwerki (na pewno są specjalnie na nasze pożegnanie!), łazimy w ciuchach z pchlego targu, tańczymy na koncercie w knajpie. Tańczę sobie w Reykjaviku! Czuję się tu tak dobrze. Marzenie kiełkuje. "Nie wolno Ci się bać, wszystko ma swój czas."

Zguba nam się gubi. Our rescue team znajduje zgubę pod drzwiami domu. Nie mogło jej się nic stać, wyspa się nami opiekuje, jak przez cały czas w tej podróży. A poza tym, powiesiłam dziś jej imię na liściu, na pewnym specjalnym drzewie, co ma gwarantować jej opiekę dobrych sił i ochronę przed wszystkim, co złe. I jak widać gwarantuje! 

sobota, 23 sierpnia 2014

The last day!

Budzimy się gdzieś na jednym z końców świata, pomiędzy św. Górą, a miasteczkiem Stykkishólmur, które leży na samym końcu cypelka. Tam też wybieramy się zjeść śniadanie. W dodatku pan od przewodnika zachwalał, że jest urocze i miłe, coś takiego, no po prostu musimy to sprawdzić. Człowiek z nieumytymi włosami też może być szczęśliwy (nawet ja)! Ale po 3 dniach ile radości sprawia zwykly prysznic! Umyte, pachnące mydłem i powiewające puszystością włosów przechadzamy się po S., jemy śniadanko i wdrapujemy się na małą wyspę z latarenką morską ( a nie ma ich tu za wiele). Pogoda powala nas dalej, błękity i zielenie. Pod latarnią wyginamy się na powitanie słońca, to niesamowite, że znów grzeje tak, jakby nas pomyliło z jakimiś wyspami greckimi. Odkrywamy też znów, że Islandczycy nie są mistrzami wypieku pieczywa. No i zaiste miłą, portową mieścinę S. ktoś mocno skrzywdził futurystycznym kościołem. Chyba już mocno odbiłyśmy swoimi drogami z głównej trasy, bo przestałyśmy spotykać wciąż tych samych turystów w kolejnych miejscach. Fajne jest to, że na Islandii wszyscy są islandczykami. Nie można poznać skąd kto jest, wszystkie rejestracje są islandzkie. 



Bardzo staramy się to zagłuszyć, ale kolejne tabliczki informuja nas, że wracamy. Staramy się czerpać z tego dnia jak najwięcej, wydłużać chwile, ale wyskakuja z nas słowa "ostatni raz" "będzie mi brakowalo". Będzie brakowało tej przestrzeni, bardzo. Zatrzymujemy się w Borgarness, wypijamy kawę w miłym miejscu. "Waffle! Nie jadłyście waffli? Jesteście na Islandii od wczoraj?!" - mruży do nas oko dziewczyna, która prowadzi kawiarnio-kwiaciarnię. A więc wcinamy. Z bitą śmietaną i syropem, yummy! Wreszcie zgłebiamy dziś dzieje słynnego Egilla z "sagi o Egillu". Krwawe i surowe to dzieje, jak to na nordyckie i celtyckie opowieści przystało. Btw, to się wymawia Ejhitl. Yep, uwielbiam ten język, absolutnie! Umiem powiedzieć dzień dobry (sukces!). Nieustannie walczymy z wymową miejscowości. Połykanie spółgłosek na wdechu jeszcze kiepsko idzie, wydłużanie samogłosek powoli lepiej. Umiem już płynnie czytać Upplysingar (informacja turystyczna). Z wiadomości w radio wyłapujemy aż nazwy wulkanów. Jedna pani mówiła, że mają ubaw jak teraz prezenterzy w TV próbują wymówić Bárd(th)arbunga. 

Potem ruszamy do ostatniego wodospadu (z podejrzanie prostą nazwą) - Glymur. Przed wejściem mnóstwo napisów po islandzku, na pewno ważnych. Włazimy. Po drodze atrakcje się po prostu nie kończą! Islandia zaskakuje nas swoją różnorodnością do samego końca. (Na pewno te napisy o tym mówiły!) Czego jeszcze nie było? Przechodzenia przez rzekę po kłodzie, wchodzenia z linami i ślizgania się na kamieniach! Tak, to tez tu mają. Glymur jest tego wart, woda spada z 200 metrów, piękny. Dumamy na chwilę u góry, sięgamy wzrokiem po horyzont, wsłuchujemy się w szum spadającej wody, w plusk i łoskot. Potem okrążamy ostatni fiörd(th), piękny, lazurowy, uwodzący nas do samego końca. Tęsknijcie za mną, mówi, za moimi owcami i ptakami, skalnymi ścianami i łagodną zielenią trawy i mchu, za ścieżką drogi, która biegnie pod słońce. Za lazurem mojej wody i ciemnymi plażami. Za koniem potrząsającym grzywą. Będę tęsknić. 
Reykjavik 30 km. Masta, duże sklepy, dziwnie. Mijamy go pędem i jeszcze na chwilę wyjeżdżamy za niego. Pełen krąg zatoczony. 1330 km głównej drogi nr 1 plus wszystkie odbicia, nie wiem ile kilometrów. 
Ostatnie miejsce gdzieś w środku niczego, na odludziu, za miastem. Patrzymy w przestrzeń oceanu, zachodzi słońce. Daleeeko widać szczyt Snaefellsjökull. Po prawej gdzieś jest Reykjavik, z lewej migocze przyjazne światło latarni morskiej, do której już nie dojedziemy. W ogóle nie jesteśmy zmęczone jeszcze tą podróżą, spaniem w aucie, zimnymi nocami, gotowaniem w kubku, myciem się jak i gdzie się uda, połykaniem drogi, budzenie, się ciągle w nowym miejscu i bałaganem na tylnym siedzeniu. Chciałoby się jeszcze. Patrzę na porosłe kamienie dookoła. Las putas melancholicas. "Niepotrzebny na. Ten smutek, kiedy tyle pozostało w nas!" Szkoda, że towarzyszący nam przez wszystkie noce Jacek Daniel wczoraj podstępnie się skończył, dobrze nas rozgrzewał ten chłopak. 
Jutro oddajemy samochód i wracamy do miasta. Dobranoc, oceanie. 

piątek, 22 sierpnia 2014

Dziki zachód

Wiecie co było w nocy? Przymrozek. Serio serio. Spałam w windblokowym polarze (na te inne warstwy wszystkie) czapce i szaliku też. Za to rano budzi nas słońce! (I siku). Zmarzłam tak, że aż się zdenerwowałam i wylazłam z piździka i poszłam pobiegać i poskakać. Zaraz po śniadaniu zajeżdzamy do Hvammstangi, małej rybackiej miejscowości, można stamtąd wyruszać na oglądanie fok. Niestety żadna foka nie chce tam nas obejrzeć, więc snujemy się tylko leniwie w słońcu i lądujemy w kafeterii Hladan. I znów nasze miejsce, klimacik, stare przedmioty, zapach piekącego się ciasta i miła Pani w fartuchu, której się marzy niebieska ceramika z Bolesławca (!). No i kawa. No i @. Fajne to jest, że chyba nie mają o naszej nacji złego zdania, nie wiem jakim cudem się to udało, ale to fajne. 

Dziś będzie dużo o owcach! One są takie słodkie! I szalone. W następnym wcieleniu chciałabym być islandzką owcą. Na północy były takie puchate jak te puszki-dmuchawce co tu rosną. Te zachodnie mają już inną sierść, taką bardziej skundloną, jak te nasze. Agni nazywa je "romantycznymi duszami" bo odpoczywają sobie wtulone w trawy i skały zazwyczaj w miejscu, z którego rozciąga się jakiś piękny widok, np na fiord. Albo leżą na czarnych plażach, albo brodzą w wodzie. No  i mają jeszcze jeden sport - wyskakiwanie na drogi. Czają się w rowach, a jak już człowiek blisko podjeżdzą to ruszają galopem, jakby je som diobeł gonił. Czasem na łąkę, czasem pod koła. Ogólnie stoją i się gapią na nas zielony piździk z taką miną wszechwiedzącą i znudzoną albo,przezrażoną. Ale nie wiadomo co takiej wariatce strzeli zaraz do tej kudłatej głowy. Albo rogatej, jeśli to baran. Pasą się gdzie i jak chcą do 5go września, potem pasterze idą w góry i zgarniają wszystkie spotkane owce do takich okrągłych drewnianych zagród, które co jakiś czas mijamy. A potem jest ogromne święto i dzielenie owiec, które są jakoś oznaczone i wiadomo, która jest od kogo. Pewnie już tupią kopytkami i patrzą w kalendarz, gdzie ten wrzesień? Bo kurde zimno. 



Potem żegnamy pólnoc i śmig! Przez chwilę jeszcze uciekamy od kierunku Reykjavik! Na fiordy zachodnie, najdziksze podobno na Islandii. Faktycznie, piękne i dzikie. Łagodniejsze od północnych kolegów. Słońce świeci jak na jakiejś teneryfie, błękitniutkie niebo i tak niesamowity lazur wody, że nie możemy się napatrzeć! Robimy po nich tylko takie małe kółko, ale fajnie, że to się udaje! Jedziemy do Holmavik. 

Już naprawdę dawno nie widziałam tak sennej atmosfery jak w tej mieścinie. Prawie widzimy jak czas dryfuje obok nas znudzony. Słońce, cisza, nawet nagle wiatru prawie nie ma. Za to jest muzeum i restauracja. Za kasą stoi Elf. Elfy mają tu koło 40ki, czerwony fartuszek, czapeczkę z filcu i długie siwe włosy. Mówi, że akurat jest widzialny, bo za mocne dziś słońce. W restauracji zostaje Agni. Ja postanawiam zwiedzić muzeum. Wyobraźcie sobie sielankową, senną mieścinę. Port, tuż nad wodą. Pełne słońce, przyjezdni, mały sklepik z rękodziełem i ta restauracja-muzeum. Trochę wymarłe. W restauracji mają kawę i ciacha i tylko jedną zupę - rybną. Brzmi sielankowo? Pewnie! To teraz Wam powiem jakie to muzeum. Museum of sorcerers and witchcraft. Niby malo eksponatów, ale naprawdę robi wrażenie. Procesy w okolicy - z nazwiskami. Zachowane PRAWDZIWE grimoairy, czyli książeczki zaklęć. Naprawdę, ciary na plecach. Ciekawostka - czarami na Islandii zajmowali się głównie mężczyźni. I to głównie na fiordach zachodnich. Może w sumie nie tylko, ale tam też mieszkał bardzo gorliwy pogromca, stąd dobra dokumentacja. Wypijam kawę w tym dziwnie spokojnym miasteczku, to nasz najdalej wysunięty punkt fiordów. niechętnie zaczynamy wracanie. 

Fiordy zachodnie są naprawdę piękne. Mają w sobie jakąś dzikość odczuwalną nawet na takim krótkim odcinku, nawet w takim dotknięciu lekkim. Bezludność, te ich sporadyczne farmy na odludziu (jak tu dzieci chodzą do szkoły?) mnóstwo ptaków. Na zachodnich pierwszy raz widzimy stosy zbielałego drewna, wyrzuconego przez ocean. I niestety plastikowych śmieci. 



Przy okazji drewna chwilę o wspólnej podróży. Bardzo się z Agni zżyłam, właściwie razem jemy, śpimy, myjemy się, robimy zdjęcia. Wcześniej już wiadome pokrewieństwo dusz, tutaj zacieśnia się jeszcze i uwydatnia. Wracamy z krótkiego wyjścia na plaże i w tym samym momencie pokazujemy sobie: zobacz co znalazłam! I obie mamy kawałek białego drewna w rękach. To tylko jeden przykład. I jest naprawdę dobrym towarzyszem podróży, wczoraj zaśmiewamy się tak, że łzy mi płyną (a prowadzę)! Bardzo ufamy tu naszej intuicji i nas nie zawodzi. To nie znaczy, że jesteśmy identyczne, ale naprawdę dobrze się zgrywamy.

Agni znajduje coś na mapie i uciekamy jeszcze raz z kierunku na R. Skręcamy w półwysep Snaefells, na św górę Helgafell. Dostaję szkołę na 60 km dziur. O dziwo ten półwysep ma bardziej dzikie miejsca i gorsze drogi od zachodnich fiordów. Ale może taki odcinek. Przejżdzamy przez mokradła z mnóstwem gadających ptków. Może właśnie mają przeloty? Na świętą górę musisz się wdrapać w milczeniu, stanąć twarzą na wschód i pomyśleć 3 życzenia. Idziemy w milczeniu, pięknie zachodzi słońce, nie ma wiatru. Stajemy twarzą do mokradeł, gadają ptaki. Wierzę, że nasze życzenia się spełnią. 
Po dwóch godzinach o 23 nadal zachodzi słońce. Właściwie nie widziałam tu gwiezdnego nieba, zasypiamy jak jest jasno.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Islandzka północ

Tutaj naprawdę nie trzeba szukać atrakcji, one tu po prostu są, co kilka kroków coś nowego. Budzimy się przy grocie, w której kąpałyśmy jak córki pramatki Ewy i... górnika. Ruszamy oczywiście przed śniadaniem - do... Dimmuborgir! Kto ma jakąś mroczną muzyczną przeszłość zrozumie moją uciechę, hehe. To aż pięć kilometrów. Trochę pada, ale przestaje IDEALNIE po śniadaniu i idziemy na spacer do skalnego kościoła. Naprawdę rozumiem to skojarzenie, iście gotyckie sklepienie, koncerty tam (a odbywają się) muszą być niesamowite. Owce patrzą na nas z góry, łypią na nas francuzi. Umieram ze śmiechu, kiedy Agni wylicza jakie przeszkody musiałby pokonać ktoś, kto zachciałby nas dziś poderwać. Wygląd buki (śliczne mamy pelerynki), nieczęste mycie, nadmierne owłosienie, w tym na głowie dobrze naoliwione i 6 warst ubrań... "To musiałaby być miłość!" Francuzi ewidentnie jednak się nie zakochali. Pogapili się i pojechali. Cieniasy. Z DB jeszcze dwa momenty:radości - bo ktoś opisał te wszystkie islandzkie kolory!!! Aaaach! Mamy je! Artctic grass green, meadow green, horizon-line blue, midday sky grey. Kocham je WSZYSTKIE! Nawet gay pride pink, bo też tu jest. Cudna paleta islandzkich barw. Znów SEDNO uchwycone (przez kogoś i też przez nas). Drugi moment grozy, kiedy mój aparat wyświetla "karta niesformatowana", hesus maria alberto, serce mi zjechało do kolan. Ale jest ok. Uffff. Chmury rozstępują się i oglądamy jezioro Myvatn i pseudokratery (cóż za piękne określenie) przy dobrej aurze. I śmigamy dalej. 
Co do określeń to nie wytrzymam, muszę o tym przewodniku. Mastercard pascal z 2010. Jestem naprawdę bardzo wdzięczna osobie, która nam go pożyczyła (choć jej osobiście nie znam!). Ale chyba korektor spała, redaktor miała gorączkę albo okres, a autor został tu przysłany za karę. Jak będę się nudzić na lotnisku to policzę, ile razy zostało użyte słowo "nieciekawe". Naprawdę, jakbym to przeczytała w domu, to chyba by mi się nie chciało na tą Islandię. Nudna trasa, ponure krajobrazy, nieciekawe miasta, brzydkie budynki, nic interesującego. OMG, serio??? Na Odyna, na szczęście to nieprawda.
Co do bogów odwiedzamy też wodospad Godafoss, gdzie dzielny wódz wezucił posągi starych bóstw, gdy przyjmowali chrześcijaństwo. To i inne tym podobne akty wiary znajdujemy potem na witrażach w Akureyri, stolicy północy. Pamiętacie ten szałowy kosciół z Reykjaviku? Ten sam architekt, polecam wyklikać. 
Akureyri też ma być nieciekawe, na szczęście nasza intuicja wie lepiej. Najpierw jej nie słuchamy, ale wszystko jest po coś. Trafiamy do cudownego sklepiku o nazwie Florá. Chciałabym w takim pracować, mieszkać, żyć. Idealna muzyka, śliczne ubrania, dizajnerskie przedmioty, organic food, lopapeysy, gadżety, płyty, wełna, torby, czapki z rogami fauna, second hand, kartki takie, jak uwielbiam, książki. Czuję się jakbym weszła do Narni. Miła dziewczyna, która tam pracuje poleca nam kawiarnię. I tak, stałyśmy pod tą kawiarnią wcześniej, ale nie weszłyśmy. Mówimy jej jeszcze, że chcemy u niej zostać. Śmieje się i mówi, że ma wygodną sofę i jakieś koce. Niech nam tego nie powtarza drugi raz. Teraz wchodzimy do kawiarni Ilmar, najtańsza kawa i pyszne owsiane ciastko, mała przyjemność! No i net, można Wam to wrzucić w eter, co piszemy wieczorami. Za oknem zamglona stolica północy i najdłuższy fiord. Wokół nas ludzie piją kawy i klikają w urządzenia, ktoś czyta książkę, jest ubrany w ładny lopi. Lubię to, że oni wszyscy łażą w tych swetrach. Z Polski wieści, że może wulkan (wiadomości po islandzku nadal jak z Marsa). Kara pisze: zawsze obiecują (sic!) a nic nie wybucha. Ewa mówiła, że Artur ma cały foto sprzęt gotowy na erupcję. Co ma być, to będzie! 
Jemy obiad po drodze w ślicznym miejscu i jedziemy. Agni zasypia, świeci słońce. Ja wcale nie sądzę, żebym w Polsce umiała prowadzić potem auto. No, chyba że będzie droga po horyzont, pusta przede mną i za mną, będę mogła wcisnąć te 90 i gnać. Góry, fiordy. Zjeżdżamy z księżyca w morze złotych traw, przypominam sobie, że na ziemi jest sierpień. Pojawiają się znaki na Reykjavik, ok 400 km. To znaczy, że 1000 już za nami! To znaczy, że wracamy. Robi mi się trochę smutno. Choć wiem wiem, to jeszcze wcale nie koniec!
Przed snem kościółek z kamienia, stado zaciekawionych koni (jakie one mają puszyste grzywy i mocne mięśnie od hasania non stop po tych przestrzeniach i wietrze!) i grzane piwo na noc (z cukrem i goździkami, na wypasie). Żeby przeżyć tą zimną nockę jeszcze. Bry. 

Najfajniejszy dizajn- sklep na Islandii! Must see w Akureyri!