
Wolno mi szło, bo cholernie trudne były miłości i związki żon polarników. Trudne dla tych nielicznych kobiet, które razem z mężem odkrywcą wyruszyły na wyprawę. Trudne też dla tych, które popłynęły na własną rękę - bo były wyklęte i uznane za rozpustne wariatki w tamtych czasach. Ale najtrudniejsze dla tych, które zostały, czekały, słały listy, wychowywały dzieci, załatwiały sponsorów, bywały na balach i czekały, czekały, czekały. Na początku byłam zła, że takie te relacje są wybielone. Każda żona najwierniejsza, każdy maż najbardziej wyczekany, wspierany, wspierający, tęskniący, bohaterski. No właśnie, aż do mnie dotarło, że to jest opowieść nie o ludziach, ale o bohaterach. I tak, byli bohaterami - i wtedy, gdy tłumy wiwatowały na pożegnanie i powrót i nawet teraz, mogą tak istnieć. Tak więc po kilku rozdziałach przestałam się wściekać na córkę polarnika za styl pisania tej opowieści i przyjęłam, że to mit heroiczny. I naprawdę ich wszystkich podziwiam. A potem zaczęłam wzdychać i myśleć sobie - no gdzie Ci faceci! Gdzie te czasy, kiedy mężczyzna niestrudzenie zabiegał o kobietę pół, a nawet półtora roku! (Tak tak, dusza romantyczki... bleh, fuj, wiem wiem...) Zapraszał, zabierał, zabawiał, udowadniał. Rwał włosy z głowy, padał na kolana, zapewniał, że kocha. Czy nasz świat nie biegnie dziś za szybko? Jakbym odrzucała dziś czyjeś awanse nie przez miesiąc nawet, a przez tydzień, to by wstał, otrzepał pyłek zauroczenia i poszedł w stronę... następnej. A może jesteśmy zbyt chętne i dostępne? 24h pod smsem, fejsem, telefonem, pociagiem, zawsze można się skomunikować i przedyskutować wszystko, nawrzucać sobie, pogadać o wszystkim. Czy to ułatwia czy to utrudnia komunikację, czy mamy czas na tęsknotę? No i znów przywołuję się do porządku - pamiętać, że to opowieść heroiczna o bohaterach. Pamiętać...

A no właśnie komunikacja. Listy. To jest to, co nadało tej bohaterskiej opowieści rys prawdziwości. Cytaty z listów. Pisały listy, przepisywały w iluś egzemplarzach i słały je statkami. Za ileś miesięcy może któryś odnalazł adresata. Docierał list o narodzinach, a dziecko mogło już nie żyć. Pisali o uczuciach. Te ich zapisane świstki urzekły mnie najbardziej w tej opowieści. Pisali, że tęsknią, pisali że już nigdy więcej nie opuszczą, że ich istnienie trzyma ich przy życiu. Tej formy zazdroszczę. Zazdroszczę papieru, wyczekanego, wytęsknionego, w którym szukało się nuty zapachu domu. I w książce te dzienniki i listy są prawdziwe. Na zdjęciu Kathleen Scott i Capitan Scott, i jego list pożegnalny pisany przed śmiercią "do mojej wdowy", kiedy leżał w zamarzającym namiocie, pośród burzy śnieżnej, swojej ostatniej, wokół mając towarzyszy, którzy już zasnęli na wieki zimowym snem północy. Mimo to (a może właśnie dlatego?) dumna żona nakazała wygrawerować na swoim nagrobku: "No happier woman ever lived'. I niech to będzie świadectwo tamtego czasu, romantycznych dusz i ich odwagi, i tej silnej, kobiecej woli życia.

No happier woman ever lived. Lady Kathleen Scott