Co tu znajdziesz

środa, 4 września 2013

Ormiańska


Święty Odonie * dusz zmarłych patronie * idziemy tłumnie * my zmarli przy twej trumnie
Najpiękniejsza cerkiew i niesamowite freski Rozena w Ormiańskiej Katedrze we Lwowie

wtorek, 3 września 2013

Jesień idzie...

Jesień idzie... nie ma na to rady...
już nawłocie i wrotycz nadają światu kolor późnego lata... wczesnej jesieni...
tymczasem w ogrodzie... 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Miasto Kotów


Wiatr od słonego morza i całe aleje cienia rzucanego przez ogromne platany - cudowne dwa lekarstwa na upał! Koty wszędzie, koty na podwórkach, koty na ulicach, koty w knajpach, samotne lub stadne, małe i duże, senne i rozbrykane. Niewzruszone głaskaniem, nie bojące się człowieka, nawet nas - pachnących obczyzną. Ludzie w czapkach marynarskich i pasiastych bluzkach, mówiący do nas po rosyjsku (sic!). Schody z Pancernika Potiomkina, które lepsze wrażenie robią z dołu, niż z góry. Hotel aż do nieba. Smocze łby dźwigów. Parzący piasek i słonizna Czarnomoria. Kolejne litry ukraińskiego piwka na zapijane kawą. Duszne noce. Adiessa.

wtorek, 30 lipca 2013

Rajzefiber

Przed urlopowo! Uwielbiam oglądać mapy... Droga wije się choć jeszcze się nie zaczęła! 
I... W drogę!!! 
Płaska jak stół,
na którym położona.
Nic się pod nią nie rusza
i miejsca nie zmienia.
Nad nią - mój ludzki oddech
nie tworzy wirów powietrza
i nic nie mąci jej czystych kolorów.
Nawet morza są zawsze przyjaźnie błękitne
przy rozdzieranych brzegach.
Wszystko tu małe, dostępne i bliskie.
Mogę końcem paznokcia przyciskać wulkany,
bieguny głaskać bez grubych rękawic,
(...)
Granice krajów są ledwo widoczne.
jakby wahały się - czy być czy nie być.
Lubię mapy, bo kłamią
Bo nie dają dostępu napastliwej prawdzie.
Bo wielkodusznie z poczciwym humorem
rozpościerają mi na stole świat
nie z tego świata.
("Mapa", Wystarczy, 2012)

Wszystkie kolory Ostrawy

Po pierwsze razem!
Czyli nasza boska ekipa do zadań specjalnych - muzycznych i nie tylko (bombas parade!):
 

Po drugie muzyka!
W NIESAMOWITEJ przestrzeni ogrom świetnej muzyki! Cztery dni pełne snucia się, popijania i sączenia w rytmach przeróżnych! Ciekawe są koncerty muzyki, której człowiek właściwie nie słucha, a okazuje się nagle, że świetnie się można do niej bawić! (Allez --> merci!) Są też te koncerty wyczekane, wydreptane, trzy razy podkreślone długopisem w ulotce z line-upem i wreszcie TEN MOMENT i człowiek chłonie i tańczy i jest super! (Tutaj - Balkan Beat Box! Mimo że wokalista ma przerost testosteronu) Są takie, których się nie zna w ogóle i idzie ot tak, bo w sumie są - i nagle objawienie totalne! (Tutaj największy wykop festiwalu - Tomahawk!) Są takie, które przyjemnie zaskakują, choć człowiek nie spodziewa się za wiele (Jezus Mario Peszek, dobrze było! Róbte kraval!) i wreszcie te, na które się czeka, przedreptuje, a w końcu... rozczarowanie. Niestety tutaj - The Knife (i ten czarodziej w złotych getrach... koszmar) i Devendra Banhart (zupełnie bez pazura :-/, choć fanki piszczały). Cztery dni dobrej muzyki w świetnym klimacie i w czeskim luzie - świetny festiwal! Nakarmionam, napasionam muzycznie. Do syta. Choć... zawsze chciałoby się jeszcze więcej! (Fotky udzielala Aga)

Po trzecie Ostrava, czyli bez perypetii się nie da!

Czy kogoś to jeszcze dziwi? ;-) No cóż, nie mogę przemilczeć odwiecznych perypetii z przemieszczaniem się, haha!  Próba wydostania się z stravy zakończyła się fiaskiem. Trzy minuty na przesiadkę z pociągu do pociągu, przesiadłyśmy się pytając jakiegoś Czecha, który też wsiadał z nami - czy dobry ten pociąg do czCieszyna, on odpowiedział że tak i wsiadłyśmy. Wtedy to okazało się że... pociąg ruszył w złą stronę i to nawet nie na główną ostravę tylko jakaś inną. Tak więc z Ostrawy kunczice znalazłyśmy się w Ostrawie vitkowice, następnie tramwajem objechałyśmy całą Ostrawę chyba z 30 przystanków żeby znaleźć się znów na stacji początkowej, stamtąd tramwajem na dworzec główny następne 7 przystanków, 2,5 h czekania na pociąg na dworcu głównym (czy muszę dodawać, że Adze kawoautomat zjadł pieniądze i ze miałyśmy bilet na inną trasę niż ta? ;-) i że jak kupiła Gosia wodę, ta okazała się być czymś sprajtopodobnym...) I w końcu wracanie z uroczymi Słowakami zapijającymi ciepłą wódkę piwem. Świt złapał nas po drodze, zostało czasu na śniadanie, prysznic i do pracy... normalnie, Ostrawa nocą jest zła, nie zwiedzajcie jej w ten sposób! Poniżej urocza ilustracja naszego ostrawskiego zapętlenia! A teraz co najlepsze - z punktu a do B dojechałyśmy pociągiem. potem z B do C (źle) a potem tramwajem jechałyśmy od C do G i wreszcie następnie do H. Św. gogle mówi że to jest ok 27 km + - ; tymczasem z Ostravy do Cieszyna jest... 36 ! Jestem z nas dumna! Oby nigdy więcej zapętlenia przestrzeni i uwięzienia w Ostravie!

piątek, 26 lipca 2013

Folkowisko!

Perypetie podróżne
Na Folkowisko okazało się, że pojadę sama. Fejsbuk dopomógł i znalazł ludziów, którzy mogli mnie zabrać samochodem. Ale jako że znalazłam bezpośredni, jeden jedyny autobus na Przemyśl, i to sensowny, postanowiłam nim pojechać. Czwartek, północ, czekamy na dworcu in-the-middle-of-nowhere, 3 osoby do jechania. Przyjeżdża spóźniony pół godziny. Szanowny Pan otwiera drzwi i oświadcza, że niestety nie zabierze nikogo, miejsca brak. Na stojąco i siedząco też nie, nawet do Katowic (bo przecież ktoś wysiądzie) nie bo nie. Zostajemy w środku nocy na pustym i ciemny dworcu z nosami na kwintę. 
Wracam do domu i kładziemy się na chwilę spać. Wstaję z i MŻA zjeżdżam do centrum, bo przecież jakiś pociąg pojedzie o 7 rano, godziny pracy w końcu. Przyjeżdżam. Pojechało. 3 minuty temu. Następny... za godzinę. No to już czekam półtora, na pierwszy autobus. Pffffff. 
Kraków, szybka kawa i gazeta, zgarnia mnie wesoła ekipa. Na dobry początek wracamy po zapomniane piwko! Ruszamy. Po drodze zwiedzamy jako tajemniczy klienci tarnowskie stacje benzynowe shella, a do tego poznaję bardzo sympatyczną Mamę Kasi, jej kota i psy i pyszności, które mama tworzy. Nadprogramowa koleżnka-w-podróży pożera z apetytem i błogosławiąc domowe sery dżemy i chleby!  (Z drogi powrotnej pozdrawiam pekińczyka Konrada i dziękuję jego mamie za kawkę, a Kasi za książki!). Połykamy kilometry (no, z małą przerwą na gradobicie, które zmusiło kierowców do zatrzymania pojazdów). 5 km przed miejscem docelowym po niecałych 500 km, na ostatnim zakręcie do Gorajca łapią nas gumisie, dają punkty za dobre sprawowanie i jeszcze każą zapłacić za to, że mają taką fajną suszarkę. Pfffffff. 

Chutor Gorajec 
Wreszcie Gorajec. Rudy Warkocz Joasi idealnie o czasie wyłączenia silnika wychodzi nam na spotkanie. I teraz... jak opisać te kilka dni? Już parę osób przede mną próbowało! Zdecydowanie jest to jeden z końców świata (bo każdy świat ma wiele końców) i TO miejsce na ziemi, gdzie bardzo będzie się chciało wracać. Pejzaż? Dla mnie płaski! Dziewczyna z gór. Zawsze się dziwię jak może być aż tak płasko na horyzoncie. Ale miła odmienność dla oka, zwłaszcza te złote łany tuż po wychyleniu łba z namiotu. 
Sympatyczna rodzina Piotrowskich ściąga co roku (dotąd 3 razy) na ten swój koniec świata znajomków i nieznajomków, rodzinkę obfitą, podróżników, czytaczy, literatów, ludzi z całej Polski ale też z Ukrainy - a może i innych zagranic, wariatów i szaleńców, pieśniarzy i tancerzy, ludzi kochających muzykę (ludową i nie tylko), a w tymże roku również - pasjonatów wsi. Bo w tym roku Folkowisko było ze wsi, chłopskie! "Jestem ze wsi! - w drugim pokoleniu" i "wiem gdzie są moje korzenie - wieś mam w sercu nie w skansenie" to hasła wywoławcze Folkowiska 2013. 


Się działo!
A potem się działo. Chłopi z R.U.T.Y. wzywali do powstań z mikrofonem w ręku zamiast wideł, baby zamiatały kolorowymi spódnicami, bluzkami haftowanymi i kurtkami przeciwdeszczowymi, publiczność szalała i wywijała hołubce. Dobrze żeśmy żadnego xindza pana nie mieli na folkowisku, oj bo byłoby z nim krucho! Obcasy (no, chyba że ktoś miał buty górskie bez obcasów jak ja lub sandały bez obcasów) wystukiwały rytmy, które bębniły ręce bębniarzy z Studia Instrumentów Etnicznych.  A jako że wiadomo, bębny bębnią na porę deszczową - to kapało i kapało i kapać nie przestawało, raz ino mocniej jak z konewki, raz słabiej jakby tak chmura się nie mogła zdecydować, czy już siknęła, czy jeszcze jednak nie. A rano w niedzielę to leżąc w namiocie miałam wrażenie że nawet z wiadra ktoś polewał. Były i dyskusje ogniste podlewane napitkami (z Koła Gospodyń Wiejskich, jeszcze dziś mam ślinotok), i przyjaźnie zawiązywane (czasem pomimo barier językowych), i trawa żubrowa Dziadka Olka (o jesusie słodki, już zrobiłam, cudna ta żubrówka!). I opowieści całe godziny, i żarty, i wspomnienia, i historie rodzinne, i uszy nie nadążały ze słuchaniem wszystkiego! Chciałabym mieć taką pamięć, aby móc zanotować sobie wszystkie opowieści jakie usłyszałam podczas tych kilku dni. Ale niestety moja głowa jest jak sito... tu wpadnie tam wypadnie. Coś się tam szeląta. Coś tam się mieli i przemyśliwuje do dziś.Strojone śpiewały pieśni naszych dziadów i babć, głównie o ciężkim losie wiejskich dziewcząt, a Fizyk-w-podróży ubawił mnie swoją opowieścią o bliskich sąsiadach. Zdążyłam też powycinać żydowskie wycinanki, uwić magiczną lalkę ukraińską i pozwiedzać Gorajską Cerkiewkę. Za rok NA PEWNO kajaki, które Konrad uprawiał w stylu "na łódź podwodną" i rajd ekstremalny, który ludzi z butów wyjmuje - jak Roberta. 

Uściski dłoni i podziękowania
Ogromne dzięki dla MŻ Agnieszki, która mnie wspierała w trudach wyjazdowych; Joasi Rudowłosej Carycy, która mnie zaprosiła na tą cudną imprezę; Magdzie, Kasi i Konradowi i Mariuszowi, którzy mnie przywieźli, odwieźli, w dom wzięli i nakarmili; Agnieszce, Joasi, Robertowi i Maniasowi za nocne polaków rozmowy i dobre polaków napitki; Dziadkowi Olkowi za trawę z żubra; Monice z kuchni za to, że tak z zaangażowaniem dbała o moje bezmięsne jedzenie (było pycha!); Kołu Gospodyń Wiejskich za ciacha i bimberek i żurawinówkę; wszystkim muzykom za chłopski wykop; no i wszystkim, którzy wymyślili, z zapałem przygotowali i stworzyli całą tą imprezę za niepowtarzalny, naprawdę bardzo ciepły klimat! Do zobaczenia za rok w Chutorze Gorajec! 
Alem się rozpisała. Ale jak mam opisać to wszystko w jednym zdaniu, które nie zabrzmi banalnie jak te wszystkie "było super"? No jak???? 
Zacytuję wieszczem: I wy, o których zapomniałem, Lub pominąłem was przez litość, Albo dlatego, że się bałem, Albo, że taka was obfitość - Nie gniewajcie się i do zobaczenia za rok!

czwartek, 25 lipca 2013

W taką noc

W jakiś niewyjaśniony sposób ta noc jest dla mnie szczególna. Mój szósty zmysł czuje jej wyjątkowość. Nie bez powodu świętowano ją w różnych religiach, kulturach i miejscach świata, słowianie, germanie, ugrofinowie, celtowie, bałtowie... Większość w podobny sposób. Dlatego w taki dzień i ja zwracam twarz do księżyca, chcę palić ogień (niestety w mieście jest to utrudnione) i szukam wody, żeby łączyć żywioły. 
Dużo spędziłam czasu z tym świętem podczas moich studiów i uważam, że rytuały, które łączą żywioły ognia i wody są życiodajne i najważniejsze. To klucz do całego systemu symbolicznego w światach wywodzących się z indoeuropejskiego universum, czy też na nim nabudowanych (innych wierzeń i rytów). Noc kupalna, sobótka, beltaine (inna data, podobny charakter święta), ligo (Łotwa), noc świętego Jana (późniejszy synkretyzm), kupalinka... najdłuższy dzień, najkrótsza noc. Ta najważniejsza noc płodności, która napełnia życiem i mocą cały świat. 

Tego roku, w tę noc: snująco spacerowałyśmy, żegnałyśmy słońce które zachodziło niechętnie, w końcu dziś królowało niepodzielnie... zbierałyśmy zioła, szukałyśmy wody, a patrząca na nas luna miała taką piękną twarz...  Pełnia lata. 

Śląskie demonice w Chudowie świętowały z nami w ten wieczór 
południca, zmora, wiedźma i meluzyna