Nie mogąc odmówić uroku temu stwierdzeniu szukam źródła. Szukając źródła tego cytatu znajduję coraz to inne usta, które miały go wypowiedzieć źródłowo...
Co ciekawe, film ten mi się nie podobał... o ironio! ;-)
Zaczytani wychodzą z fejsbóga w prawdziwą rzeczywistość!
Pstrokato - Zaczytani wraz z Fundacją Kocie Życie i przyjaznym miejscem Chateau Pierre w Gliwicach zapraszają wszystkich, którzy chcą przełamać opinie obiegowe:
- ludzie już nie czytają
- ludzie w głębokim poważaniu mają książki i akcje lokalne
- ludzie nie chcą pomagać zwierzętom
- ludzie w ogóle tylko siedzo przed telewizorem i pijo piwsko
na KIERMASZ i wymianę KSIĄŻEK, z którego dochód całkowicie i absolutnie zostanie przeznaczony na działalność Fundacji Kocie Życie !!!
Książki w dłoń, koty za płoty! Poczytamy - zobaczymy!
W ramach kiermaszu zostało poniższym obrazkiem oplakatowane pół Gliwic oraz nawet zainteresowało się nami radio CCM. Nie jest źle! Zaczytani wychodzą z szafy!
Już jakiś czas temu w głowie Pstrokatej ( i na fejsruku) uknuł się projekt Zaczytani.
Zaczęło się od przypadkowych spotkań i zdjęć ludzi, którzy coś czytają, podczytują to tu, to tam.
Np:
Upolowani zaczytani pod Łabskim Szczytem w Karkonoszach
Dwoje tradycyjnie, jeden czytnik (panie, na kalkulatorze czytajo...)
Nieustannie słychać, że wielu ludzi nic nie czyta - i pewnie faktycznie jest to prawda. Ale ja mam jednak wciąż inną nadzieję. Podobno czytelnik to gatunek wymierający. Jako sprzeciw, na zachętę i na pocieszenie - obserwacja z biodra czytających w pociągu do Lublina. Każdy miał swoją książkę, gazetę, coś. I to wszystko papierowo!!!
Z tych zdjęć zrodził się pomysł małej akcji "Zaczytani" czyli fotografowanie osób czytających to tu to tam.
Zapraszam na stronę (niestety fb tylko) --> Zaczytani
Jeżeli widzisz kogoś kto czyta - nie bądź bierny! Reaguj! Zrób mu zdjęcie! :-)
Udowodnij, że czytają!
Ja się staram udowadniać...
Jak opisać w kilku słowach tysiąc kłębiących się myśli? Jak w grupie dziewcząt dostrzec jedną boginię... patrzącą miłościwie i z odległości na koło czasu, koło życia i śmierci, na cały nasz ludzki maluczki gatunek, w którym każdej małej mrówce wydaje się, że jest najważniejsza na świecie...
Ron Fricke film "Samsara". Czuję, że nie mogę go tak zostawić, kłębią mi się myśli, buzuje jak pod fajerkami. Muszę je zebrać i opowiedzieć. Już dawno żaden film nie zrobił na mnie tak mocnego wrażenia.
Zacznę jednak od innego filmu Rona Fricke - Baraki (1992). Naprawdę warto obejrzeć oba filmy razem lub w niewielkim odstępie czasu, a nawet w odwrotnej kolejności. Te same miejsca, ale w innej epoce. Koło czasu. Baraka to medytacja nad błogosławieństwem (Baraka arab. "błogosławieństwo"), które nasz gatunek otrzymał od boga/bogów. Przeplatające się obrazy religii i rytuałów, od aborygenów, przez Polinezję do ściany płaczu. Mimo, że już powoli zaczyna zahaczać o naszą współczesną cywilizację, kpiąc z niej lekko i porównując nasz codzienny bieg i pęd, do fermy kurcząt, które los niesie w kierunku nieuniknionego przeznaczenia, mimo że każde stara się krzyczeć jak najgłośniej - Baraka jest dla mnie filmem pozytywnym. To zachwyt nad człowiekiem i jego wiarą. Nad tym w jak różny sposób wyraża swoje przeczucie o istnieniu czegoś więcej, czegoś ponad. Zachwyt nad naturą i tymi rytami ludzkości, które poszukują w świecie mistycznego pierwiastka, błogosławieni - czy to derwisze, czy chasydzi, masajowie czy polinezyjczycy. Obrazy są pozytywne, nawet chłopiec puszczający w slumsach latawiec sprawia, że myślę o nadziei, czuję ciepło w sercu. (* - kto zauważył, że w filmie The Fall (polski straszny tytuł Magia Uczuć) wykorzystano tematy z Baraki?)
Samsara jest inna. Koło życia i śmierci naszego gatunku coraz bardziej się zapętla. Moja towarzyszka Obywatelka po wyjściu z kina powiedziała: "strasznie mnie ten film zasmucił". Czy istnieje piękno, które budzi smutek? Czy istnieje smutek, który da się pokazać pięknie?
Myśląc o tym filmie, myślę parami przymiotników.
Zachwycający i smutny. Piękny i straszny. Jesteśmy koroną stworzenia. Jesteśmy autodestrukcją i własnym upadkiem.
Nie wstydzę się przyznać, że na tym filmie płynęły mi łzy. Płakałam razem z gejszą nad malowanymi lalkami Japonii. Płakałam razem z Lisą Gerard nad maszynami do produkcji żywności, w jakie zamieniły się zwierzęta. Płakałam nad losem matki, która karmi swoje dzieci, nie mogąc na nie spojrzeć. Ludzie patrzący wprost w kamerę, w milczeniu, na mnie. Niesamowity chwyt reżysera. Przenikający mnie do rdzenia kości. Migdałowe oczy małych buddyjskich mnichów, oczy Japonki w fabryce, jedyne co widać spod jej kombinezonu. Kobiety w burkach tuż przy plakacie młodych mężczyzn w slipkach. Kobieta niosąca na głowie ciężkie worki, za swoim mężczyzną który niesie w ręce reklamówkę. Kobieta - strażniczka więzienna chłodno obserwująca synchroniczną gimnastykę więźniów w Korei. Niesamowite zderzenia obrazów. Życie i śmierć splecione w wiecznym uścisku. Prostymi środkami ten człowiek mówi o wszystkim. Mami pięknem wojny, błyszczącymi nabojami, pięknymi defiladami i jednym obrazem ludzkiej twarzy stawia widza do pionu. Już się zachwyciłeś? Piękne prawda? To teraz spójrz. Spójrz w oczy tym, którzy znają ciemną stronę tego piękna. Zobacz jacy jesteśmy piękni i straszni zarazem. Wszyscy tacy sami, a tak różnie przez czas i miejsce porozmieszczani, poustawiani w rozkładzie sił.
Wiele tematów Samsary pochodzi z Baraki. To tylko dwadzieścia lat, krótka dwukrotna dekada, cóż to w porównaniu z wiecznością. Widzimy to samo tokijskie metro, to samo największe skrzyżowanie. Ruch uliczny - jednak już inny niż wtenczas, inni ludzie, inne fryzury. Za to taka sama ilość ludzi żyjących na wysypiskach śmieci. Wciąż, mimo upływu lat, Koło czasu, mimo zmian. Wciąż mali chłopcy puszczają latawce w slumsach. Wciąż kobiety o twarzach lalek oferują swoje smukłe ciała i smutne oczy. Wciąż przebiegamy ulice tysiącami małych dróg, w pędzie, nie wiadomo dokąd i po co. Wciąż buddyjscy mnisi wysoko nad nami modlą się za pokój i harmonię świata i rozsyłają swoje modlitwy na wiatr. Wciąż pielgrzymi wirują wokół Kaaby, axis mundi, oś podtrzymująca świat. Wciąż istniejemy a jednak... gdzie dziś jest sens w tym naszym istnieniu? Czy aborygeni nie mieli go więcej, nie czuli życia pełniej we wszystkich jego przejawach...? Jak bardzo determinuje nas miejsce, w którym się urodziliśmy i jaki to ma wpływ na nasze odczuwanie życia? Ludzie wszystkich kultur tulący swoje dzieci odpowiadają mi sami...
Nieustannie tłukło mi się w głowie pytanie - w jaką stronę zmierzamy, my ludzie, jako gatunek? Kim jesteśmy? Po co zapętlamy się w to wszystko? Co stało się z naszym pięknem? Tym które dostrzegaliśmy przez wieki w świecie wokół siebie, z tym które nosimy w sobie... Jaki sens ma to, że żyjemy? Po co rodzimy się i umieramy nieustannie? Jak to się stało, że życie przestaje mieć wartość? Życie ludzi, życie zwierząt. Czuję smutek, jakby wszystkie rytuały z Baraki nie dały nic i tak coraz bardziej odchodzimy od mądrości, którą niosły nam dawne religie. Od świata, od natury, od siebie nawzajem. Zostają tylko martwe rysunki na skałach i obojętne gwiazdy, które niezależnie od tego co ten śmieszny dwunogi gatunek wyprawia tam na dole - i tak płyną nad nami swoim odwiecznym rytmem. Słońce wschodzi i zachodzi, przypływy i odpływy, przyroda budzi się i zasypia. Często na filmach postapokaliptycznych zastanawiam się, jak szybko przyroda odzyskałaby swoje królestwo, gdybyśmy zniknęli. Zasypane piachem mieszkania odpowiadają mi na to pytanie...
Po tym filmie nie mam optymistycznych przemyśleń. Cywilizacja betonowych klocków już stoi u bram piramid. W końcu wchłonie całą mądrość jaką mieliśmy. Być może.
Cenię sobie twórczość, która zmusza ludzi do myślenia, stawia przed obrazami, których nie da się łatwo zapomnieć. I dlatego każdemu polecę ten film. Te dwa filmy. Zobaczcie, zastanówcie się, pomyślcie. Teraz nasze życie, nasz czas. Każda mała rzecz jest ważna. sami tkamy swoją codzienność, swoją jakość życia.
Ron Fricke. Baraka. 1992
Ron Fricke. Samsara. 2012
Na koniec końców nie mogę nie wspomnieć o niesamowitych, wypieszczonych kadrach zdjęć w tym filmie. Każde na ścianę. Ron Fricke to mistrz spojrzenia. Długiego i przeciągłego i tego zatrzymanego na kilka sekund. Do tego przejmujący głos Lisy Gerard... która lamentuje nad losem człowieka... Często w kinie macie dreszcze? ...
Kiedy wracamy do domu, nasz kot pieczołowicie i z dużą starannością obwąchuje brzegi nogawek moich spodni. Są tam zapachy wszystkich dróg, które przejechałam, przespacerowałam, przeszłam w podróży...
Jestem przekonana, że w ten sposób poznaje naszą drogę, że samym tylko czułym nosem widzi obrazy naszej drogi...
...widzi nosem pociąg CD wiozący nas z Czeskiego Cieszyna do Prahy, jego ciche wnętrze i widok zza okna na czyste perony i wolno przesuwające się obrazy. (Z rozczuleniem wspominam pierwszą podróż czeskimi pociągami, na Arsenał do Warszawy, z drużyną harcerską, wtedy ten czysty pociąg, wygodne siedzenia i przeszklenia wydawały nam się innym światem...)
Wciąga praskie powietrze, zapach osadza my się na wąsach... bada zapach hostelu w którym spałyśmy (nie da się ukryć - dość specyficzną mieszaninę zapachu ludzi i dezodorantów i czeskiej chemii), a następnie podniecający zapach niesamowitości, zapach oczekiwania na coś długo wyczekiwanego - sali kongresowej, w której wysłuchałyśmy koncertu na dwa głosy - Mistrza Życia i Pani Śmierci.
Uważnie bada kurz z wszystkich praskich uliczek, widzi każdego kota, przy którym się na chwilę zatrzymałam okiem lub dłonią. Poznaje nosem każdą knajpkę w której nam przyszło coś zjeść lub wypić (tu oblizuje ze smakiem wąsy). Również tą lokalną, w której podglądałyśmy zabawę Czechów w średnim wieku i podsłuchiwałyśmy niespodziewanie ich czeskich wielogłosowych śpiewów. A pachniała tym, czym u nas knajpy już nie pachną - dymnym zapachem papierosów! (Aż dziw bierze jak się od tego odzwyczaiłam...)
Potem zbiera zapachy polskiego dusznego pociągu i mokrych liści w kłodzku nocą, kałuż na starym bruku i knajpki na rynku. A potem przebiega z nami w myślach drogę na Kukułkę wśród pozłoconych traw i panoramy wszystkich gór dolnego śląska. Potem jeszcze tylko zapach dzieciaków i kawy z Madagaskaru i już ciężki zapach autobusu. Ścieżka do domu i już już, dociera jak po sznurku do fotela na którym przewiesiłam spodnie.
Koniec ścieżki, kot już skończył podróż w tych kilku mgnieniach oka, którymi go obserwowałam. Wzrusza ogonem i idzie dalej, nie ma się czym fascynować, podróż jak podróż. A w ogóle to przecież już wróciłyście. Więc o co ten szum? Miau?
Najpierw Kiermasz Żywności Zdrowej i Ekologicznej w Gliwicach, który dał fioletową jak bakłażan paprykę, jarmuż wspaniały, miody (nawet ze spadzi iglastej choć jej w tym roku mało maleńko), pszczele pyłki, dżemki, warzywa. Potem odwiedziny u Lucyny Łucji, które zaowocowały słoneczną dynią, sokiem z pigwy i ogórkami naburmuszonymi w słoikach. A następnie odwiedziny u Ojców które przyniosły rwane na drabinie jabłka zimowe, rzodkiewki w trzech kolorach i kukurydzę podebraną sąsiadowi, hihi! A teraz tylko nie umrzeć z przejedzenia i zmarnować jak najmniej z tych cudowności! A grzybki tu widoczne zebrane jeszcze w górach, potknęłam się dosłownie - ja chyba tylko tak zobaczę grzyba, jak mnie podgryzie w stopę, za to, że na kapelusz nastąpnęłam.
Dlatego wczoraj: Mamut z jarmużem na czosneczku i kaszą gryczaną z soczewicą :-) Dziś ogórkowa z Łucjowych ogórków. Sezonowo, ogródkowo - tak najlepiej!
Uwielbiam jeść jesień!!!
Smacznego!!!