Co tu znajdziesz

piątek, 28 sierpnia 2015

Ucieczka

Wiem, że teraz miało być dalej o podróżach. Ale nie mogę tego przemilczeć, czuję się w obowiązku wyrazić inne zdanie, niż te wszystkie rzygające nienawiścią komentarze. Będzie o podróżach, ale innych.
Nie zawsze jest tak, że możemy wybrać drogę, czasem coś nas do niej zmusza, wcale nie chcemy wyruszać. Ale przychodzi to najstraszniejsze, czas, kiedy boimy się o swoje życie, o życie swoich bliskich. I ruszamy w drogę wierząc, że przeznaczeniu można uciec, że zmiana przestrzeni przyniesie spokój i lepsze życie. Ile już takich exodusów było w historii?Kto nie chce lepszego życia dla siebie i swoich dzieci? 

Znów zatonęło 200 uchodźców. Już nie mogę o tym czytać, serce boli. 
Myślę o głośnym strachu przed terroryzmem i przed pijawkami pobierającymi zasiłek. Myślę o Polakach za granicą, o naszych kierunkach szukania lepszego. O tym, jak nas za granicami kochają. 
ALE. Inna jest emigracja ekonomiczna, inna kiedy chcesz uratować życie.

Gdyby teraz przyszła, skłamałbym, że wyszłaś, że na świat nie przyszłaś. Kłamałbym jak popadnie choć kłamać córeńko nieładnie. (Lao Che)
Współczucie, gdzie jesteś? Dobrobyt nie współczuje, dobrobyt nie ratuje żyć. Dobrobyt analizuje ekonomię. Dobrobyt buduje mury zamiast znaleźć sposób pomocy.

"Wyobraź sobie, jak budzisz rano swoje dzieci. Karmisz je, ubierasz, związujesz włosy córki w kitkę, kłócisz się z synem o to, jakie ma założyć buty. Teraz wyobraź sobie, że robiąc to, wiesz, że później założysz na ich kruche ciałka kamizelki ratunkowe, potem razem wsiądziecie do gumowej łodzi. Pomyśl, co będziesz im mówił, by się nie stresowały, jak będziesz starał się je rozbawić. Jak będziesz musiał się do nich uśmiechać, ukrywając swój strach. I jak się poczujesz, kiedy po twoich przejściach, szalonej ucieczce przed wojną media z grubsza oznaczą ciebie i twoją rodzinę jako imigrantów" (źródło, artykuł)

Traktuj każdego tak, jak sam chciałbyś być potraktowany. A bliźniego swego jak siebie samego. Tylko, aż tyle. 

środa, 26 sierpnia 2015

Małe przygody

Po tak długiej podróży mamy trochę do opowiadania! Za to zastanawiam się dużo nad tym, czy lubicie długaśne wpisy, jak te z Izraela, czy jednak jak trynd mówi: czytanie długich tekstów nie jest ulubionym zajęciem internautów. 
No to dziś zamiast przydługich moich wynurzeń, krótka przygoda z przydrożnym winkiem. Mmmmm domaće wino, takie kupowane od ludzi, którzy stoją przy drodze - mówili KG, musicie spróbować. Faktycznie, sprzedawcy stali przy drodze często, z miodami, przetworami i... butelkami! Długo nas namawiać nie było trzeba, zakupiłam wielką flaszę crnego vina o nazwie Vranac(bo mają crne a nie czerwone, mają też fajne zlepki głosek, językołamaczy), rubinowego w wielkiej zielonej flaszy. Ten dzień kiedy miałyśmy ją wypić był długi i jak zwykle długo wieczorem szukałyśmy miejsca na nocleg, właściwie rozstawiłyśmy namiot już po ciemku, na dziko i mmmm napijemy się zaraz winka. Miejsce było piękne, my zmęczone, milion gwiazd nad nami. O ile nie mylę nocy (bo trochę mi się mieszają) za nami był pięknie oświetlony monaster Đurđevi Stupovi (uwielbiam to ich Đ - coś pomiędzy dź i dż), dookoła grająca świerszczami łąka. Mościmy się w namiotku, miękka trawka, gwiazdy. Wyciągamy wino i papierosy goździkowe "na specjalne okazje". Życie jest piękne. No ale czy mamy zapałki? Są, są, mam zapsy, mam. Tylko... jakosi ciula je włożyła do apteczki, a tam coś się wzięło i wylało... no i nie mamy zapałek, zamokły. Nie będzie dymku idącego do gwiazd. No trudno, wzdych. Aleeeee... mamy wino! Odkorkowuję plastikowy, wielorazowy korek i bierzemy po pierwszym łyku. Mmm... pyszny! Pyszny... syrop truskawkowy. Najlepszy. Och mniami.  Śmiać się czy płakać...? Pozostaje się śmiać z tego, że miła sprzedawczyni się pomyliła, pamiłuj jej Gospodi. Życie i zdrowie psychiczne ratuje nam Ukraina, ostatnią butelką ciepłego Obołonia skitranego w samochodzie. 

Chętnych zapraszam na testy syropku, mmm pycha! Najlepszy! Bałkański! Mam dużą butlę. 


(Są takie miejsca, w których warto się obudzić i odkryć widoki, których się nie widziało rozbijając namiot po ciemku. Okolice monasteru Đurđevi Stupovi, Serbia)

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Czy powrotność to potworność?

Nie mogłam wczoraj zasnąć, potem męczyły mnie sny. We śnie robię to, co przez trzy tygodnie było motywem przewodnim każdego dnia - szukam kawy parzonej "naturalnie" (kawa jako wizualizacja moich pragnień... no comment!). Ludzie odsyłają mnie, spławiają, wskazują jakąś drogę, trop prowadzi mnie do mrocznego zakamarka, speluny, gdzie już nikt nie zagląda, mrocznego zaułku. Gonię za swoimi pragnieniami i nagle stoję w dziwnym miejscu, w półmroku, czuję się zagrożona, serce bije mi jak szalone, trzepocze żarówka. Patrzę na drzwi prowadzące do miejsca, do którego wszyscy mnie kierowali, za którymi miało być to, czego pragnę. Są zamknięte na głucho za grubą, spawaną kratą.

Wracanie (z podróży) do dziwne poplątanie pragnień. Z jednej strony samo w sobie nie jest złe, wraca się przecież do siebie, do swoich ustalonych torów i rytmów, do oswojonego. Coś się kończy - to naturalne. A jednak wracanie zawsze wzbudza we mnie niepokój, żeby nie powiedzieć - panikę. Strach przed nieznośną powtarzalnością rytmów, której tak się obawiam. Na co dzień staram się powtarzalność przełamywać- ładnie podanym śniadaniem, kawą parzoną inaczej, nieco inną ścieżką do pracy. Przecież wiem, wiem!, że każdy dzień inny, że każdy poranek różni się od kolejnego, przecież swoje utarte trasy i rytmy to nic złego. A jednak w podróży czuję kontrast do codzienności, czuję wolność, każdy dzień to dla mnie pajęczyna zaskoczeń, w którą skaczę na główkę z trampoliny poranka. Lubię w podróży to pytanie: co przyniesie dzień? Gdzie będziemy spać, co jeść, jak poprowadzi nas droga? Uwielbiam nawet wyzwania problemów i tę ulgę, kiedy się z nimi człowiek upora. Dlatego wracanie w kierat odmierzania nudnych godzin w pracy, przymusowego "muszę iść spać, bo rano nie wstanę", uciekających w pędzie dni, spędzanych na sprawach, które się musi załatwić... przeraża mnie. Chciałabym dalej biec przed siebie i nie pamiętać o wszystkich zwykłościach i problemach, które tu czekają. Z drugiej strony przychodzą wiadomości, "tęsknimy", "brakuje tu Ciebie", "małpo, kiedy wracasz". I wiem, że też czeka mnie coś dobrego, przecież to moja przestrzeń, mój świat.

"Ty to byś mogła tak podróżować i pisać, i znów podróżować" mówi Mi. Mogłabym. Myślę, że chciałabym. Ale to nie jest takie proste. Mogę pisać oczywiście, ale ważniejsze jest - kto to będzie czytał? A już w ogóle czy ktoś za to zapłaci oczywiście, heh. Ale tak, myślę, że mogłabym. Zawsze w drodze się zastanawiam, kiedy bym się zmęczyła. Tymi niewiadomymi, szybkimi przepierkami, które nie spierają plam do końca, natłokiem nowości, przygodnymi rozmowami, zmianami pejzażu, przydrożnym jedzeniem. Nie pisałam z drogi na bieżąco, ta droga była zbyt intensywna, nie chciałam szarpać myśli. Pisałam na papierze, dopiero teraz nad nim przysiądę, poukładam jakoś. Próbuję się ogarnąć i powrócić. Obiecuję sobie solennie znajdować czas dla siebie, na przykład na pisanie, na leżenie, na myślenie, nie biegać znów jak w kołowrotku. Ja, mhm.


Wczoraj po powrocie zawzięcie sprzątałam. To zabawne, jak szybko pająki mogą zasnuć pajęczyną mieszkanie podczas nieobecności, przepędzam z kąta w kąt rozbestwione wielonogi, straszę je odkurzaczem. Może to pozwala mi mniej myśleć, może to jakiś ablucyjny ryt przejścia, może to zaczynanie czegoś od nowa, od czysta, może to zmywanie z siebie drogi. Po trzech tygodniach spędzonych non-stop z kimś muszę się na nowo oswoić z byciem sama-z-sobą, nałożyć swoje maski i ochronne warstwy na powrót. Kiedy już wszystko wypucowane, poukładane, kurz drogi wyprany - zasiadam uroczyście w fotelu, z książką i bosnianską kafą (parzoną po sarajewsku). Dopieszczam się przywiezioną konfiturą poziomkową, kładę dziwnie czyste, niezakurzone stopy na kanapie, patrzę na opalone paski od sandałów. I już lepiej... a jednak sufit czasem tak bardzo ogranicza widoczność tego co przede mną. Niełatwo tak się znów wpasować, umościć w koleinach codzienności. Wzdych. Powrotność. Potworrrrrność.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Kilka przygód w Serbii

Czas i przestrzeń w Serbii
O tym jak one płyną tutaj uczą nas Branko i MIlica. Branko przygarnia nas w Belgradzie, (ale na noc idzie do kolegi, Igora, mistrza ciętej riposty). Przyjdę rano - mówi. Rano sennie pijemy kawę, kiedy w drzwiach staje.... opalona, drobna Serbka, krótkowłosa, długonoga, trochę zakolczykowana, wypowiadająca sto słow na minutę, właśnie z wielką walizą wróciła z Grecji. Oto Milica, wulkan energii... i to jest początek dnia przygód! "Uwierzyłyście mu jak mówił, że zaraz przyjdzie?" Śmieje się z nas i z kuzyna. A potem ruszamy z nią w miasto i to jest czysta przygoda. "Tu nikt nie płaci za bilety, jakby co zostwcie mówienie na mojej głowie! Jakby co w torebce mam gaz." Mówi drobna, krótkowłosa, opalona dziewczyna. I potem przez cały dzień poznajemy serbskie pojęcie czasu i przestrzeni. "Branko zaraz tu będzie", na przykład. No i głowne zdanie "to niedaleko!" może oznaczać, że jedziemy rowerami 50 min, albo że bankomat jest za rogiem... Tylko trzeba podjechać jeden przystanek. Z nimi zwiedzamy Belgrad na rowerach i jest wspaniale, inna strona miasta, doki, rzeka, która wygląda jak kurort nad morzem, dzielnica artystów w starych budynkach, lemoniada cytrynowa w fortecy. Wyjeżdżamy od nich też po serbsku, znaczy za każdym razem jak mówimy: no to lecimy, Branko zaczyna znów grać na akordeonie a Milica śpiewać. Chciałabym Wam pokazać ten duet, ale zrobię to dopiero z domu niestety. 

Kółko
Po muzycznej i roztrąbionej Gucy ruszamy na dzień wyciszenia i chcemy zwiedzać monastery koło Nowego Pazaru. Bies nam staje na drodze i podrzuca metalowe cosik pod kółko. Jeb ciul dup guma. Wywalamy rzeczy z auta i okopujemy sie na pozycjach. W pobliskim domu bardzo miła Pani mówi do nas po serbsku i mimo że idzie nam coraz lepiej to ni huhu. I naprawdę, MINUTĘ później podjeżdża nasz wybawca na czerwonym skuterze, Aleksander, miły student zarzadzania i administracji, który mówi nam nieco łamanym angielskim, że dla niego to pestka. Ale że mamy ciulaty lewarek pestka idzie tak sobie, za to podjeżdża do nas fachowiec, jak sie okazuje sąsiad wulkanizator i brat miłej pani. W 3 min kólko zmienione i lądujemy w pięknym ogrodzie przy stoliku, dostajemy kawę i wodę z domowym sokiem, i ciasto i konfiturę domową z poziomek! No i kółko naprawione w domu obok za pare groszy. Mrrrrr, sprytnie to wymyśliło autko czy ten bies, żeby ta guma w tym miejscu. Mamy nadzieję, że limit flaków wyczerpany na tę podróż. I że nie jest to limit na kraj! Bo jeszcze kilka przed nami.


Po serbsku
Monastery cudne, schowane w górach, spokojne, dosyć zniszczone niestety. W Studenicy bizantyjska modrość (za każde kilo lapis lazuli płaciło się taką samą wagę w złocie), w Dżurdżewi naprawdę święty spokój. I tak cudna zielona murawa i widok na góry, że nie możemy się oprzeć i nie położyć na murawce pod cerkwią. Mnich wychodzi i patrzy groźnie, robimy skruszone miny... Śmieje się, grozi palcem i idzie sobie. Spanie w monasterze męskim zabronione, ale któryś z nich mowi: przecież w mieście jest hostel, dla Was z Polski 30 euro to przecież niedrogo. No tak, przecież. No i " w serbii wszyscy mówią po angielsku". Mhm. Ciekawe czy ojciec tam kiedyś był w takim razie. Efekt jest taki, że śpimy pod gwiazdami z widokiem na monaster, a rano jeden z tych mówiących Serbów daje mi tosta z szynką ( po serbsku też nie rozumieją, bo powiedziałam mu po serbsku, że bez mięsa). Ale wybaczamy mu, kiedy przynosi nam najpiękniejszą kawę z rachatłukum.


P.s. Lubię to słowo. Rachatłukum. A w ogóle to piszę do Was "wstecz" już z Czarnogóry. Po 7 dniach dotarłyśmy do Adriatyku, do Ulćinja, do końca drogi. Pierwszy nocleg w luksusach od 7 dni! I pijemy zdrowie kogoś, kto ma dziś urodziny domaczym winem Vranac. Żiveli Mi! A teraz muszę iść spać. Czemu człowieki muszą spać? 

środa, 5 sierpnia 2015

Dobar dan! (Serbia)


Na początku podróży chciałam napisać tylko: życie jest piękne! Droga pod kołami i pola słoneczników. I tak było! Aż do korka na granicy. W 3h zostałam mistrzem sprzęgła i wciskania się, nasze tajne kryptonimy to Kopytko i Pazurek. Kiedy znajdujemy miejsce na nocleg nad jeziorem w Paliću zdaję sobie sprawę, że po prostu to zrobiłyśmy, wsiadłyśmy w auto i przejechałyśmy do Serbii. Ogólna impresja po 3 dniach, dwóch korkach i autostradzie: mamy fajne drogi i nie mamy korków! Ale pokaże Wam coś, nad Dunajem spotkałyśmy superbohatera! 


Pierwsza domaczna kafa smakuje wybornie. Wieczorem docieramy do Belgradu i zaczynają się przygody. Jest ciepło, przyjaźnie i pięknie, i jakoś tak... Słowiańsko. Często ratuje nas Polski i podobne wyrazy. Belgrad zwiedzamy niezwyczajnie, na rowerach, z pełną energii Milićą i Brankiem, to był szalony dzięń. Zakończył się siedzeniem w kuchni w suterenie z akordeonem i śpiewaniem przez pół nocy, z najlepszymi hostami świata! I długimi pożegnaniami, są na świecie dobre spotkania i niezwykli ludzie. Opowiem Wam o szalonym Belgradzie później, teraz właśnie siedzę w Guczy na festiwalu bałkańskiej muzyki, z każdej strony słychać trąbki, a zwłaszcza EVozore, Evozore, milion razy! Gucza jest w środku gór i jechałyśmy tu z Belgradu pół nocy serpentynami. Dzięki temu obejrzałyśmy wschód słonca nad pustą jeszcze Guczą, teraz już tętni muzyką, moczymy nogi w rzece, słuchamy trąbek i poznajemy piwo stari dobri jelen. To się nazywa wakacje!!! Może dość ogólny skrót... Ale wifi tu nieczęsto. O przygodach opowiem później!

czwartek, 30 lipca 2015

Na progu

Stoję już na progu, tym magicznym kawałku przestrzeni, gdzie głową już jestem na zewnątrz, a sercem zostaję w środku. Nie-na-zewnątrz-i-nie-w-środku, jeszcze nie w drodze, choć moje myśli już biegną do przodu, palce biegną po mapie. Jeszcze trzymam Mi mocno za rękę i trochę się boję ją puścić na tak długo. Wiruje tysiąc pytań... czy mam wszystko? Czy o czymś ważnym nie zapomniałam? Co się wydarzy? Co czeka na mnie po powrocie? Jaka wrócę?

Stoję na progu. Przekraczam go inna, wrócę też odmieniona, trochę może opalona, trochę osmagana wiatrem. Każda droga trochę mnie zmienia, czegoś uczy, otwiera jakiś horyzont. Zdarzą się sytuacje, które czegoś mnie nauczą. Będą momenty piękne i przygody, które dobrze się opowiada później, ale ciężko przeżywa w trakcie.

Dużo wcześniej chciałam napisać o notatnikach. O tym, jakie są ważne, o całym tłumie już zapisanych. Ja mam natręctwo notowania, notuję cytaty, zapisuję myśli, wypisuję emocje i uczucia, kiedy od nich za bardzo puchnę. Mam też kartki zapisane dobrymi i ciepłymi słowami, które ktoś do mnie kiedyś wysłał. Trzymam moje stare notesy i nie mogę ich wyrzucić, to jakbym wyrzucała dawną siebie, która przecież stale gdzieś w środku mnie mieszka, przypomnienie o sobie samej. Zakurzona i schowana w skrzyni, ale jednak jest tam i mogę po nią sięgnąć, kiedy chcę sobie coś przypomnieć. Karteluszka, zasuszony kwiatek, liść, bilet z filmu czy koncertu, karteczka od mamy, które kiedyś zostawiałyśmy sobie komunikacyjnie na stole, kiedy jeszcze nie pisało się smsów.

Bardzo lubię czytać pamiętniki i dzienniki, codzienne zapiski, lapidaria. Czasem się zastanawiam, czy kiedy ludzie prowadzili pamiętniki to czy jakoś lepiej układały im się myśli w głowach. Kiedy się je zapisze i poogląda, widać je inaczej. A może też nie mieli takich uzewnętrzniających słowotoków jak mają teraz. Coraz trudniej o słuchaczy, coraz trudniej o papierowy list... moja ostatnie już (z wielu...) papierowe połączenie  z M. niestety zanika. Wymiana myśli na papierze, to zupełnie coś innego, trzeba ułożyć siebie i to co się myśli tak, żeby ktoś to zrozumiał.

W liceum z Igą projektowałyśmy zeszytom okładki z gazetowych wycinków. Mój Brat też miał fajne pomysły na zeszyty i sam też dużo notował (nie ograniczał się, nosił segregator na notatki). Nie lubię zmian starego na nowy, wszystko ważne zazwyczaj jest w tym starym. Trzeba przepisać, komu się pożyczyło książki (bo mam sklerozę), odłożyć na bok te już zapisane słowa, które jeszcze wczoraj były bardzo ważne, a tak szybko przemijają. 


Rzadko dostawałam notatnik, ale dostać dobry notatnik - to jest coś!  Nie jest łatwo. Czasem ktoś robi coś nieświadomie. Na początku naszych bliskich znajomości, Mi z wyjazdu przywiózł mi... ideał. Moje pismo robi co chce, zmienia trajektorie biegu, nie mieści się w kratkach, więc szukam takich, które są niekraciaste w środku, nie za ciężkich, no i cieszących oko - takich... idealnych, no. Ten był nieciężki, bialuśki w środku, folkowy na zewnątrz. Idealny, zakochałam się, po prostu, podbił moje serce od razu! Było mi smutno się z nim rozstawać, marudziłam Mi, że się kończy (pisz mniejsze literki!). No i obrodziło dobrobytem, teraz mam dwa. Pierwszy cudak nie jest w kratkę. Widzieliście kiedyś notatnik w... kropki? A pamiętacie taką zabawę w łączenie kropek, żeby obrazek się pokazał? Ja uwielbiałam. Teraz łączę kropki słowami, żeby budować obrazy.

I potem Mi podarował mi jeszcze jedno cudeńko notatnikowe. A Ania i Rafał zrobili mi też ogromną przyjemność, wyczuli co lubię, podarowali mi wyjątkowe, ciemnokartkie, uśmiechnięte zeszyty. Trzeba będzie w nich pisać czymś specjalnym i jasnym, te będą na coś specjalnego! W podróży trzeba notować na bieżąco, wszystko umyka, przychodzą kolejne odczucia i przygody. Kiedyś pisałam dziennik w jednej podróży, miał tylko 32 kartki bo musiałam go nosić na plecach i notowałam w nim drobnym maczkiem. Potem już kiedy na Islandii Agni wieczorami drobiła literki ja macałam tablet, pisząc na bieżąco o podróży. W tym roku w sierpniu wrócę do papieru.


Stoję na progu, myślę o pustym zeszycie, obgryzam ołówek. Patrzę na spakowany plecak i na pochylonego Mi na kanapie, na moją podekscytowaną towarzyszkę drogi. Potencjalność podróży, horyzont zdarzeń, wymarzone od jakiegoś czasu południe przed nami (kto pamięta wpis o N. Bouvier?). Drum bun, góða ferð, cрећан пут! Ruszamy. 

P.s. Będę tu czasem coś opowiadać z drogi. 

czwartek, 23 lipca 2015

Wielka Wędrówka - Folkowisko 2015


Wielka Wędrówka Festiwal Folkowisko 2015

Wyruszamy radosną ekipą i po drodze oczywiście słuchamy Joryja Kłoca (ale też układamy limeryki, wiecie jak trudno znaleźć rym do: Gorajec?) i ścigamy się - ba! wygrywamy!- z Krakowem, a nawet z Gdańskiem! Wyskakujemy z autka prosto w objęcia Chutorzan, diobeł stoi u wrót i kusi nas bimberkiem z prawej i lewej, więc lepiej jest szybko rozbić namiot, żeby potem mieć do czego trafić. Ognisko i śpiewy, i gwiaździsta noc nad nami, i to poczucie, że następne dni będą piękne. Łooj i były! Troszkę żal, kiedy dzieje się kilka rzeczy na raz i zawsze się coś traci, nie da się być w kilku miejscach i nie da się porozmawiać ze wszystkimi... ale robiliśmy, co się dało! Będzie to relacja z mojego Folkowiska, trochę przesiedzianego pod drzewem, a trochę za cerkwią... które upłynęło mi pod hasłami: ludzie, muzyka... szydełko! Zacznę od końca :-) (Limłyk by Iza)


Raz pewien turysta z Gorajca
W Pieninach uciął se jajca! 
Zamówił z Lichenia 
urnę z kamienia 
i rzucił się do Dunajca! 

Szydło, wędrówki dookoła drzewa
Umówiliśmy się na wędrówki szydłem dookoła drzewa i ubieranie go kolorową włóczką. Dobre ludzie obdarowały mnie resztkami włóczki (dzięki Gabi, Marzena i Maciek!), nowe bambusowe szydła przypłynęły z CHRL (dzięki Monika!). No i pierwsze dnia zasiedliśmy na kocyku, żeby zacząć, a wtedy... Łu, ale ja nie umiem, pokażesz mi jak? No i tak zostałam instruktorką szydła dla dużych, małych i... gości zza granicy! Okazało się, że po angolsku też się da wytłumaczyć co się robi z szydłem. Na szczęście byli też tacy, co umieli, a potem nawet dołączyli do nas specjaliści od dziergania! Było to bardzo miłe, kiedy spotykałam to tu to tam dziergających. "Siedzę sobie i widzę, ktoś szydełkuje. O, fajnie, dawno nie szydełkowałam, też bym chciała. Za chwilę patrzę, następna osoba. Potem trzecia. O coś musi chodzić!" Jak patrzę na zdjęcia, to myślę sobie, że szydełkowanie daje szczęście! Rozłożyła mnie na łopatki Halka, dziergająca podczas potańcówki, pod latarnią, w nocy. Nie tańczysz? "Muszę skończyć ten rządek!" i jeszcze Gosia z rozmarzeniem w głosie: "jak jechałam na rowerze to tak sobie myślałam o tym, jak wrócę, jaką włóczkę wezmę i jak poszydełkuję..." haha! Radooość! Proszę państwa, oto Chutorski Przytulak! Tadaaaa! Dziergany dniem, nocą, w słońcu i w deszczu! Ciutkę mi tylko szkoda, że przez dzierganie odpuściłam kilka innych punktów programu, ale jak już pisałam, nie da się wszystkiego (a szkoda!). Za to zasypię Was zdjęciami - zdjęciami uśmiechniętych ludzików! A jak się dzierga przy drzewie, na którym wisi hamak, na którym co chwilę ktoś zasiada, to można bardzo ciekawe rozmowy odbyć! Oj bardzo! Pozdrowienia dla rozmówców!



Ludziki
Znów będę za nimi przez rok tęsknić... za familią Piotrowskich&friends, za bandą zwariowanych z całej Polski - i nie tylko. Za tych, co się cieszą z tego, że mogą podskoczyć w rzeczce, która sięga do kostek, co tańczą, śpiewają, przytupują, za czeszkami, które tańczą w strugach deszczu flamenco o poranku, za Nozumi, skaczącą w ludowym stroju polskim, w worku na ziemniaki, za Marcinowym hip!hip! (odzew zawsze i wszędzie z każdej strony: gromkie Hurra!), za przysiadaniem gdzie bądź i rozmowami na tematy wszelkie. Za spontanicznym śpiewaniem i za nalewkami Koła Gospodyń Wiejskich (chyba mi zadek urósł od ilości zjedzonych ciast... i trzech wegańskich obiadów dziennie). 

Temat główny - Wielka Wędrówka. Wędrówkę ludzie mają w sobie, (być może nie wszyscy), ale zasiedlanie nowych terenów stoi u podstaw naszego gatunku. Jak długo jeszcze? Smutne wieści teraz z Chin. Nie przestaniemy się nigdy przemieszczać, ale jaki będzie świat bez tradycyjnych nomadów, niosących towary i opowieści, uciekających od osiadłego życia? Wiem, że są też "nowi nomadzi", ale jednak... czy ten świat musi zniknąć? Tymczasem znów w Gorajcu zbiegły się nasze liczne drogi, włóczykijów, podróżników, pracujących za granicą, powracających z podróży lub będących w trasie. Zastanawiamy się nad wędrowaniem, pochodzeniem, zastanawiamy się nad korzeniem. Zastanawiamy się też nad nową grupą społeczną "nowych wieśniaków" czyli ludzi nie-ze-wsi, którzy teraz na wieś się przeprowadzają, ale np. pracują w mieście. Co myśli o nich "stara wieś", jak nowi to swoje miejsce traktują? Przychodzi do nas wieczorem jeden z nielicznych już mieszkańców Gorajca (kiedyś naprawdę było tu sporo mieszkańców...) i zauważamy, że mimo wszystko, mimo całej do niego sympatii, mimo deklaracji miłości do wiejskości... traktujemy go inaczej. Wykręcamy się od tańca, trochę uciekamy... nie chcę wysnuwać zbyt mocnych wniosków, a jednak myśli i pytania same się meldują. Już dawno L-S pisał o naturalnej ludzkiej skłonności do dzielenia świata na my-oni. Ci inni, Ci obcy. Czy jesteśmy w stanie to przeskoczyć na kolejnych stopniach cywilizacyjnego wtajemniczenia?
Nurtowała mnie smagła ciemnooka uroda KB, nie wytrzymuję i podpytuję. Masz jakiegoś południowego przodka? Nic o tym w rodzinie nie wiedzą. Ale jej uroda, jej ciemne sprężynki na głowie mają swoją własną opowieść, może o ślicznej ciemnookiej dziewczynie, którą przywędrowała z wędrownym ludem i z miłości osiadła w jakiejś wiosce. A może o przystojnym ciemnookim żołnierzu. A może o czyimś pachołku, a może o spotkaniu kultur i fascynacji czarnymi kędziorami... czyż to nie jest ciekawe, jakie tajemnice i jakie opowieści kryją nasze rodzinne sagi?
Chutor Gorajec, Folkowisko - banda wariatów, którzy są w stanie dokonać każdego szaleństwa. Na przykład adoptować rzeczkę Gnojnik i skakać w wodzie po kostki w eleganckich ciuszkach, drąc się przez megafon HiHip-Hurra! Żeby rozruszać towarzystwo w deszczowy dzień tańczyć flamenco w strugach deszczu, zachęcając do spożywania zielonych ogórków. Spotykać ludzi z Japonii z polską kulturą ludową (Nozomi, nigdzie czegoś takiego nie przeżyjesz!), uczyć tańców cygańskich albo szaleć do estońskich inkantacji. Tylko tutaj, tylko z NIMI, niech moje, niech nasze drogi zawsze mają tam punkt zbiegu! 


Muzyka
Lubię odkrywać fajny zespół na koncercie. Nie przesłuchiwałam wcześniej gwiazd Folkowiska, za to prawie mi kończyny odpadły od skakania i mam zakwasy w udach. Auuuuu! Największe wrażenie zrobił na mnie Trad.Attack z Estonii (poniżej, odkrycie roku!), bardzo Wam polecam! Ale i Bohemian Batyars (Węgrzy), i nasza rodzima Hańba po prostu rozbili system na kawałki, nie wiem jakim cudem utrzymaliśmy tempo skakania! Było bosssko! Muszę też napisać o wspaniałej pracy z Natalią, o śpiewaniu za cerkwią (to pachnące drewno...) i o rozluźnieniu, zespoleniu głosów i wyciszeniu... Natalia wycięła mnie na cały jeden dzień z Folkowiska i przeniosła w inny świat. Czułam się tam po prostu doskonale - to zasługa prowadzącej i wszystkich współśpiewaczy. A w ostatni wieczór potańcówka tradycyjna (jak zawsze uwielbiam), a w ogóle to... wiecie co... już odliczam do FF 2016! Choć kto wie, gdzie wtedy wszyscy będziemy...


A tutaj szał, cały ogrom zdjęć Wujaszka, polecam! Tylko jeden jest taki fotograf, który w środek młynu pod scenę wciąga drabinę i balansuje, żeby mieć TAKIE ujęcia! Hip hip!....hurra!
Kiedy wróciliśmy z festiwalu był nów, w nowiu mam dziwne sny i zauważam różne znaki (które nie zawsze umiem odczytać). Ale ten, który chcę opisać był jednoznaczny - kiedy rano wstajemy po powrocie z Folkowiska w Trójce grają utwór, naprawdę mało popularny, który trzy dni wcześniej coverowały Janki na Festiwalu Folkowisko! Przez cały dzień jeszcze jestem odpłynięta, bo powrót do rzeczywistości po tych kilku dniach jest baaaardzo trudny. Po braku telefonu, Internetu, po dobrym jedzonku, snuciu się po trawie i wśród zbóż, śpiewaniu za cerkwią, spaniu w namiocie i słuchaniu wiatru, po koncertach, na których macha się wszystkimi kończynami aż do zakwasów, po tych wszystkich uśmiechach dookoła siebie, po kolorowej spódnicy i szydełkowaniu po kątach... W tym roku motto Folkowiska brzmiało "w wielkiej wędrówce szukając samego siebie zawsze wracamy w to samo miejsce". Oby tak właśnie było. Chutor Gorajec i myy, niespokojne duchy i wieczne wędrowniczki - z Joasią w roku 2014 (Damian Sz.) i 2015 (by Goś i z miszczem 2go planu Michem). "Obyśmy miały takie co roku!"