Co tu znajdziesz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isl-dreamland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isl-dreamland. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 marca 2016

Bunt owiec


Cały czas zerkam na Islandię jednym okiem, jednym uchem. Przez profile znajomych, przez zdjęcia tych, którzy tam. Razem z przyjaciółkami przeżywam ich wyjazd na wyspę. Zwłaszcza, że ja zostaję tu. (Powyżej design z sklepiku w Akureyri). 

Ostatnio wszystkie znaki wskazują na owce. Zapamiętałam je jako puchate kulki o kiepskim wzroku, które zmykały w popłochu, kiedy zbliżałyśmy się do nich samochodem, jakby nagle ujrzały ducha. Albo wroga. Tak zmykały, że prawie gubiły kopytka. Tak właściwie, to prawdziwe kolonistki wyspy - to nie tak, że były tam od zawsze, przywieźli je wikingowie.  Te miłe puchate, żarłoczne stworki, a właściwie ich przodki, po części odpowiadają za to, że na wyspie flora jest bardzo ubożuchna. Zostały opisane już w islandzkich sagach, a obecnie szacunkowo jest ich cztery razy więcej niż ludzi.


Widzieliście już film Barany (Rams lub też Hrútar)? W tym filmie pięknie widać koegzystencję ludzi i owiec, to nie jest tylko układ nadistota-podistota, to właściwie specyficzna przyjaźń, z dozą obopólnej korzyści. Niestety bohaterom filmu owce zaczynają chorować. Jako odizolowana wyspa Islandia nie może sobie pozwolić na epidemię, wkraczają więc do akcji czyściciele (lub też ratownicy, zależy z której strony patrzeć, ale w tym wpisie bądźmy wszyscy owcami). Ludzie, którzy od pokoleń hodują owce nagle zostają w pustce. Ogromnie mi podczas oglądania tego filmu było smutno. To film o nagle napadającej nas samotności. 

Owczy cykl roku na Islandii jest taki, że na okres letni są one wypuszczane i łażą sobie wolno. Na jesień odbywa się wielkie islandzkie święto rettir, odpowiednik naszego redyku czyli spędzanie owiec do specjalnych, tradycyjnych zagród (Miniiceland, czy to nie Wasze zdjęcie, to drugie?). Jest ogłaszana lista miejsc i daty, w których kolejno odbywają się spędy. Dzięki oznaczeniom (nacięcia na uszach, teraz już chyba kolczyki) gospodarze odnajdują swoje stadka i na zimę owce wracają do zagród. Jak się domyślacie - święto oprócz wytężonej pracy posiada też elementy spożywcze, kulturalne typu: muzyka & śpiew i wspólna zabawa. Czy trzeba dodawać więcej, żeby powiedzieć, że owczość to element życia społecznego i spoiwa kulturalnego wyspy? O rozpoznawalnych na całym świecie swetrach z wełny lopi tym razem już nawet nie wspomnę! Owcą wyspa stoi! Niby mają jakąś część wolności, a jednak mus to mus, trzeba wrócić i żyć z człowiekiem na jego warunkach, żeby przetrwać ciężką zimę. Pozorna wolność, ale w ściśle określonych granicach, takie to owcze życie.

Ale nie tych owiec, o których chcę dziś opowiedzieć.
Te owce nie wróciły.


Owce, o których mam ochotę opowiedzieć złapały wiatr od morza w nozdrza i wybrały inną drogę. Może nie miały ochotę na ubój, który oczywiście towarzyszy zimie. Może dużo dyskutowały o prawach zwierząt, o ludziach obcinających kotom łapki i wiążących psy do drzew, może tak jak ja miały już tego dość i zastanawiały się, co się stało z tym popapranym światem. Może po prostu ich instynkt powiedział: wracamy do natury, koleżaneczki, nasi przodkowie przybyli tu z wikingami! Baran-przywódca nazywany jest forystufé, prowadzi stado przez przeszkody i podczas złej pogody. Może ten akurat miał dość ostatnich femistycznych zrywów i manif, i chciał ochronić swój dogorywający mały patriarchat. Może wreszcie dotarły do kresu swojej wytrzymałości bo nie mogły już słuchać Klubu Trójki, nieutulone w żalu za red. S., jak ja. W każdym razie - nastąpił bunt, na Islandii jest mało ulic, na które mogły wyjść protestować, a poza tym pewnie by podzielono liczbę protestujących kopyt przez dwa i powiedziano, że sfiksowały bo są wegetariankami. Bunt zaprowadził je na niedostępny klif Tálkni na fiordach zachodnich Islandii. Przedostały się tam i założyły Samozwańczą Owczą Kolonię (SOK). Wiedziały, że ich koleżanki udowodniły, że są w stanie przeżyć 45 dni pod pokrywą śniegu (! tru story bro!). Podjęły to wyzwanie. I udało im się, przezimowały na wyspie. Niestety, takie sielanki nie trwają wiecznie, nie tak łatwo uciec od systemu - wypatrzyło je tam ludzkie oko. Czasem mam wrażenie, że w ludzkim dążeniu do uporządkowania świata, najbardziej szczypią i kłują w oczy układ małe zbiorowości, w których panuje wolność. Przecież w naszych ludzkich wielkich systemach nie ma zgody na myślących i żyjących inaczej. Dążymy do uogólnień. I pozornego homogenicznego porządku.


Kartka z Islandii by Kasia D., która to opowiedziała mi całą historię owiec, narysowała i wysłała prawdziwą pocztą z islandzkim znaczkiem! Obawiam się, że zamierzenie mogłam opowieść nieco ubogacić.

Uznano, że owce prawdopodobnie są chore. No bo jak inaczej wytłumaczyć pęd kopyt do wolności, do zerwania obowiązujących norm, jak nie zaburzeniem, jak nie tajemniczym wirusem. To nie może się rozprzestrzenić. Zapadł wyrok. Wpierw próbowano je ustrzelić z powietrza. Rebeliantki, ale i to jakoś przeżyły, może się tego spodziewały? Musiano dopłynąć i rozprawić się z nimi oko w oko. Co czuli potomkowie twardych wikingów, zabijając dzielnego fortystufe? Czy miał w oku taki błysk, jak William Wallace? Czy zabeczał na koniec: frelsi!? Czy tylko z tą swoją owczą powagą na włochatym pyszczku spojrzał im smutno w oczy i pomyślał: warto było zwiać choć na chwilę od Waszej zbyt ułożonej normalności i codzienności. 

Zbadano je później pod kątem epidemii. Owce były zdrowe.

Teraz na Islandii powstają o rebeliantkach i krwawym tłumieniu buntu wystawy. 

Jeżeli myślicie, że to też wymyśliłam, zobaczcie tutaj: http://snaebjornsdottirwilson.com/art-becoming-and-erasure/ autorką tej wystawy jest Bryndis Snæbjörnsdóttir i jej mąż Mark Wilson. Mnie chyba najbardziej zaskoczył element wystawy, podpisany jako relikwia (ang. relic), owcza kość i srebro. Może powstaną też o tym wiersze i legendy. Może właśnie jedną z nich przeczytałeś/łaś.  


I tak sobie życzeniowo myślę, żebyśmy nie poszli tą drogą w naszym małym krajowym światku. Drogą dążenia do jednorodności za wszelką cenę. To się jeszcze nigdy nie udało, a zawsze zbierało obfite żniwo istnień. Niestety w tym przypadku ludzkość ma problemy z wyciąganiem wniosków, uczeniem się na błędach i niepowtarzaniem historii. Tego się nieustająco boję.

czwartek, 26 lutego 2015

Kruczy kamień


Jeżeli myśleliście, że nasza Island Trip się skończyła i już nie myślę o tym kawałku świata - błąd. Myślę, wracam, szperam, sentymentalnie zerkam, mam w głowie jak wykrzyknik. Sięgam też wciąż po muzykę, ale dziś muzyka będzie tylko środkiem, do ekspresji ich innej wkrętki, hysia. Któremu ja w ogóle się nie dziwię, jest dla mnie zrozumiały. Roślinność na Islandii nie jest obfita, drewna praktycznie nie ma, za to są tam przeróżne, niesamowite formy skalne, skały i kamienie. Oczywiście pochodzenia wulkanicznego, jak się od razu domyśliliście, bo kto nie zna Bartharbungi, Eyafjallajoukutla, Katli i Hekli i innych, które mimo że Islandia taka mała i gdzieś z boczku mapy Europy - co jakiś czas pomrukują i grożą, i zwracają uwagę wszystkich na siebie.


Zachwycały nas tam kamienie i skały, ich kolory i kształty i dziwne formy. Kamyki w koszyczku, kamienna kolekcja poukładana na stoliku, ewidentnie lubią te swoje kamerdolce. Zresztą, kto nie lubił znaleźć ładnego kamyka, jak był mały? Ja zawsze znad morza przywoziłam cały słoik i byłam bardzo zawiedziona, gdy po wysuszeniu traciły swoje kolory. Zresztą, nie myślcie sobie, z Islandii też przywiozłam... Zielony z drogi do Hof, czarny z plaży w Vik, pumeksowy z plaży w Reykjaviku, żółty z siarkowych pól Hverendi. Chyba największe wrażenie zrobił na mnie widok księżycowego pola wulkanicznego na północy oraz pola, które powstało po wybuchu wulkanu Laki i zalało spory obszar na południu wyspy, a teraz obrosły go cudne, kosmiczne, zielone porosty. Ten wybuch to była niesamowita katastrofa na Islandii, a był on w 1783/4! Zobaczcie jak wolno się regeneruje taki obszar... 

foto: Artur, dzierganie: Ewa, zerknijcie na: kuacja.blogspot.com, jeśli chcecie więcej! 

Jedną noc spędziłyśmy w małym miasteczku na wschodnim koniuszku Islandii. Tuż przy kupie kamyków, na które ktoś nakleił... Oczy. Pilnowały nas w nocy. Ja się też nie dziwię ich opowieściom o ukrytym ludku i trollach, a wiadomo, że trolle to związane ze skałami stworzenia. Wcale bym się nie zdziwiła, jakby połowa głazów dookoła była drzemiącymi trollami. Znane są trollice, które próbowały odłamać kawałek Islandii, ale zaskoczył je świt i skamieniały stojąc w wodzie. Ich świat jest kamienny, nie drewniany. Do tego jeszcze duża cześć tych skał dymi, pluje wodą, śmierdzi i ewidentnie - żyje. Wiele czytałam o "nudnym krajobrazie kamiennym", tymczasem Agni trafiła w sedno pisząc: widzisz tylko te kamienie i nagle rozumiesz, że nie potrzebujesz widzieć nic więcej. Foti: Agni &Łu


Szperam też w Islandzkiej muzyce, pewne treści odkrywam na nowo, coś rozumiem już lepiej, niż wcześniej. Ostatnio A pyta mnie: jak był kruk po islandzku? Tak się tym jarałaś. No, nie pamiętam, damit. Sprawdzam poźniej, wujek gogel mówi, że krákan, krákan sigur krá, krá, krá. Nie, nie, to nie to słowo. Szperactwo wreszcie pokonuje moją amnezję: hrafn. Od razu otwiera mi się klapka, z utworem Sigur Rosa, Hrafntinna. Kruczy Kamień, a inaczej... obsydian. Czarny, nieprzezroczysty kamień z samego serca lawy, nie pierwszy raz się przewija przez moje żyćko, zresztą mam go dwa kroki od łóżka. I jaka piękna dla niego krucza nazwa. Cała ta płyta Sigur Rosa jest inna niż jego płyty wcześniej, ciężka, krąży wokół lawy, ciężkości ziemi, wulkanów i lodowców (Isjaki) i kamieni. Obsydian. Obsesja ziemi.


* Niebo płonie * Ogień i siarka wylewają się zewsząd * Skamieniałe serca stają się zimniejsze * Ciemność spowija ziemię * Chmury szarej wieży znajdują się nade mną * Czarny jak smoła diabeł gasi wszystko * Przełamując promień światła * Obsydian

I wisienka na torcie, inna Islandzka płyta, która kręci się wokół... kamieni! Domyślilibyście się? Kręci się, błyska i migocze. Nie no, trochę przesadzam, jest o przestrzeni kosmicznej, przestrzeni natury i przestrzeni biologicznej naszego organizmu, o życiu które tętni w rożnych formach. Nie po raz pierwszy mam wrażenie, że dźwięki islandzkiej muzyki albo wynurzają się z wnętrza, albo unoszą się zawieszone w przestrzeni, pomiędzy skałami a niebem. 


* Underneath our feet * Crystals grow like plants * Listen how they grow * I'm blinded by the lights * Listen how they grow * In the core of the Earth * Listen how they grow * (Biophilia)

poniedziałek, 15 grudnia 2014

A głowa na wyspie

No i stało się, pokazałyśmy, opowiedziałyśmy, przyszliście tłumnie! Na szczęście nie robiłyśmy przerwy, nie mieliście jak uciec, wytrzymaliście do końca ogromu zdjęć, uff! Dziękuję bardzo, że byliście z nami! Z wszelkich stron, celowo albo przypadkiem, z południa czy wschodu, z daleka i bliska! Fajnie było Wam to pokazać, choć wiecie że... musicie to po prostu zobaczyć sami! 
Dziękujemy za wysłuchanie Agni & Łu Iceland Trip Story! Antykwariatowi/księgarni & Winiarni CHP za przygarnięcie, Ewie za ekran (i Domelowi, i Leszkowi), Pierrowi za rzutnik!

I ode mnie dla Agni specialnie za cudną niespodziankę, którą możecie obejrzeć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=LcpvEwyLKA0
Popłakane dopiero w domu, heh! Ze szczęscia, rzecz jasna!

Miss u Island! Thank You Friendsy!
(foto: Mario)

środa, 10 grudnia 2014

Halda fingurna yfir!

Tak to czasem jest, że się dużo weźmie na głowę, a potem próbuje ogarnąć. Bynajmniej nie chodzi tu o kociokwik świąteczny, bo ten mnie nie dotyczy, dzięki... hm, bogom nie pasuje, może gwiazdom i rozgwiazdom. Są też czasem takie dni jak wczoraj, kiedy się usiłuje sprzątaniem zabić natręctwo myśli. Słuchajcie, uprałam zasłonki kuchenne. Źle ze mną. I kiedy wczoraj skończyłam szorować wannę o godzinie 23:40 i nadal nic to nie dało w dziedzinie emocji... no cóż. 

Nie wiem dlaczego, z wiekiem (moim, nie XXI) coraz bardziej się obawiam wystąpień publicznych, zżera mnie stres. Kiedyś tak nie było, teraz ściska mi się gardło i drżą mi ręce. Robię to mimo to, bo trzeba siebie opanowywać, ale dużo mnie to kosztuje. Dziwi mnie to, dziwią mnie te reakcje mojego organizmu. Obserwuję, notuję, walczę. 

Kiedy mi naprawdę źle wracam tam, na księżyc na wyspie. Wiem, że tam teraz śnieg i wulkaniczny pył. Ciemno (ale zorze!). Ale stoję tam, na tym czarnym pustkowiu, przewiewa mnie wiatr. Za mną stoi zielony samochód, to symbol tych, którzy są mi bliscy i są blisko - a jednak za szybą, nie mogą dotknąć moich emocji, nie mogą być ze mną w środku mnie. 

Może nie o tym, ale o innych doświadczeniach NASZEJ wyspy opowiemy już w sobotę. Czekam na to, jaram się. Obawiam się, denerwuję. Wybieram zdjęcia, odświeżam nazwy, które szybko uleciały z głowicy. Szukam w sobie tamtego spokoju. Apeluję do wszystkich Trodli i Hidden Ludzików - trzymajcie kciuki! Halda fingurna yfir! W sobotę o 15:00 należy je trzymać. Dla tych co nie będą, a tu zerkną - kilka wisienek z torciku. 
May the Island be with us!

<chora na przestrzeń>

poniedziałek, 27 października 2014

Come on and rest your head

(Post pisany wczoraj, więc wybaczcie formę dzisiejszą.)

Zostaję dziś sama w nieswoim mieszkaniu. Budzę się leniwie. A potem chodzę po mieszkaniu i tańczę. Za oknem słońce, a ja przygotowuję zdjęcia z Islandii. Wracam tam w myślach i obrazkach, myślę, co i jak chciałabym o niej opowiedzieć. Zawieszam się na nich co chwilę, patrzę to za okno, to na kolejne uśmiechy Agni. Bo ona naprawdę, non stop się na tych zdjęciach uśmiecha. Wcześniej też mi to samo mówiła o mnie, na jej zdjęciach. No zobaczcie! Pogoda czy niepogoda. Cały czas wyszczerz.


Ubieram dla niej dziś miękką śliwkową sukienkę z ogonami, którą ona z kolei kupiła na mój do niej pierwszy przyjazd, już ponad rok temu. Obieg rzeczy. I spraw. Dobrych spraw. coraz lepszych. Dziś wieczorem Agni debiutuje w spektaklu "Wypływamy" Teatru Przychodnia. 

I mimo że nie jestem u siebie, i mimo że kiedy oglądam zdjęcia tęsknię za wyspą, jest mi w środku jakoś tak spokojnie. Nawet kiedy za bardzo napachniam obiadem, no cóż, najwyżej będzie bura, jak wróci Pan i władca przestrzeni. Myślę też o tym, że w tylu mieszkaniach już mieszkałam, tak często byłam u kogoś, że bardzo szybko oswajam przestrzeń. Nie chodzi o to, że czuję się od razu jak u siebie, ale nie czuję się tu źle. Inna wanna, w kuchni wszystko w innych mieszka schowkach, nie mogę znaleźć kawy i nie ma liścia laurowego, który akurat by się przydał. Ale co tam. 

W liceum non stop u kogoś zostawałam na noc. Na ul. Lipowej u Marty i Psyśka był mój drugi dom, dom artystów, z zapachem farby, sztalugami i szerokim parapetem, na którym Marta w szerokiej spódnicy lubiła palić papierosy. Albo i trzeci, bo miałam dom u taty i nasz Dom, mój i mamy. Potem były studia, milion przeprowadzek, kolejne mieszkania studenckie, po studiach to samo. Nauczyłam się szybko adaptować do nowej przestrzeni, zwykle działa to tak, że po prostu rozkładam wokół siebie mój pierdolnik wszystkich rzeczy. Naklejam obrazki na ścianach, wieszam lampki. Podobno szybko uprzytulniam przestrzeń, sama uważam, że nieco zagracam, ale może to synonimy tego samego. Nie lubię pustych, sterylnych przestrzeni.  Rośnie mi rząd słoików na parapecie i stos na wpół przeczytanych gazet "do dokończenia" na stole, pełno mnie w przestrzeni, mój prywatny pozorny chaos, bo jednak ma swoje reguły. Ale mało jest takich miejsc, gdzie czuję się naprawdę "u siebie", chyba nawet faktycznie "u siebie" rzadko osiągam ten stan. Człowiek bez korzenia. Wszędzie tymczasem, nawet jeśli długo.

Jest taki film Pusty Dom (ang. Free Iron) Kim Ki Duka. Główny bohater włamuje się do domów obcych ludzi pod ich nieobecność i przez jeden wieczór mieszka tam jak u siebie. Robi sobie kolację, ogląda tv, śpi w łóżku, w ich szlafrokach i papciach. Potem zaciera ślady i odchodzi, nawet nie będą wiedzieć, że tam był. Duch. Który będąc, nie zostawia swojego śladu obecności. A jednak jest. 

Ale może też dlatego, że mieszkałam już i tu, i tam, może dlatego dziś, nie u siebie, wcale nie czuję się źle. Partrzę w oczy lustru. A potem krzątam się po kuchni i tańczę, i nucę, i bezczelnie wyjadam migdały z salaterki. Leniwa niedziela, słońce, muzyka.  Rozładowany telefon. Małe schowanie przed światem. Dobry czas.



Patrzę na zdjęcia z Islandii. Ile jeszcze miejsc przede mną? Kto wie...
Odzywa się domofon. I tak, to też jest przyjemne, biec otworzyć drzwi komuś, kto wraca. 

czwartek, 4 września 2014

Agni i Łu ÍSLAND TRIP

Zachciało mi się podjąć próbę podsumowania... ale nie jest to łatwe! Emocji już było tu mnóstwo, ochy i achy znacie, przydałyby się jakieś liczby... żeby dodać powagi sytuacji. Niestety, nie przeliczyłam mijanych owiec, ani kamyków na księżycu. Nie zliczę spotykanych skamieniałych trolli ani nazw (ulic, knajp, miejscowości, wszystkiego!), które zawierają w sobie imię Egilla, bohatera z Sag. Nie umiem powiedzieć, ile razy wypowiedziałyśmy słowa: o jak tu pięknie! Ani ile pięknych pejzaży zobaczyłyśmy. Ale na fotach nie będzie tylko pejzaży, choć wiem, że to sedno Islandii, ale tak, jak już pisałam - trudno oddać przestrzeń na małym prostokącie. Czy gdyby zielonego piździka nie było na zdjęciu, zrozumielibyście, że to nie tylko czarna kupa kamieni, ale PRZESTRZEŃ została sfotografowana? Czy może byłaby to tylko nudna, szaro-bura fotografia...?


Laguna Jökulsárlón, fiodory zachodnie i drzewo wyrzucane przez ocean, owieczki z głupią miną i i piździk na księżycu. Dymiące i śmierdzące niesamowite pole w Hverond i trochę nadwodospadowych kolorków meszku i wody.  

Bilans zysków i strat
Było tak, że ja coś gubiłam, Agni coś znajdowała. Zaginione w podróży: opaska, kari-mata i kolczyk. Może to taki okup, zostawiłam kawałek siebie TAM, żeby wyspa o mnie nie zapomniała. Znalezione: szal, czapka, moneta. Zabrane kamyki, drewienka, zasuszone puszki. I my zabrałyśmy okruchy wyspy ze sobą. Pod koniec plecak był lżejszy o kilka ciuchów (już zużytych, zabranych specjalnie w celu porzucenia) i trampki, które nie przetrwały podróży. Cięższy o kilka ubrań z pchlego targu i pelerynę-bukę. O łupy: kardemumma dropar (olejek kardamonowy), trochę lopi (owczej wełny) w kolorze meadow green, dobrą kawę. Przeżyłysmy na lotnisku mały moment stresu, że przekroczyłyśmy wagę, ale mówimy sobie jeszcze w stojąc w kolejce, tak po islandzku: po co się martwić, na pewno będzie dobrze! Kładziemy plecak na wadze - waży idealnie tyle ile wynosi limit, 20,00 kh. I tak było tam cały czas. Przywiozłam milion zrobionych zdjęć - niestety nie wszystkie takie jakby się chciało, westchnienie, kiedyś wreszcie się nauczę. Biedniej mi na koncie (nie jest na wyspie tanio, ale nie ma dramatu), bogaciej mi na duszy w emocje, piękne widoki, znajomości i przygody. No i mam nadzieję, że zyskałam jako wiking zahartowanie (ciała i ducha) i dobrą odporność! Straciłam za to poczucie, że nie poradzę sobie nigdzie daleko, że nie radzę sobie za kółkiem samochodu (ten moment kiedy ja prowadzę w słońcu, a Agni zasypia, to poczucie: ja i samochód, mmm ), a także po raz kolejny straciłam pewność, że chcę mieszkać w Polsce. I to wcale nie jest bilans na zero!

   

Kika (knajpa), skwerek do chodzenia po trawie (to dla mnie obraz skandynawskiej duszy , wolność - w granicach, ale tak skonstruowanych, że nie rodzą buntu), citaslow i nazwa IT, którą prawie się nauczyłam wymawiać, zdjęcie tabliczki  z miłego miasteczka z pozdrowieniami dla pana w Upplysinga Djupavogur! i latarenka morska z łyczkiem islandzkiego, o którym będzie niżej. 

Droga
Droga przed sobą, w nicość śniąca się droga, inne planety, kiedy teraz jestem zmęczona zamykam oczy i jestem znowu tam. Serio, odpoczęły mi oczy, odpoczął mi umysł. Może komuś byłoby nudno, ale na ten mój chaos w środku mnie ta prosta droga, wiatr i przestrzeń - to było to! Wiem, brzmi tak dość... spokojnie, taka wyspa, a tu bez opowieści o huraganach, potworach, wybuchach itp. No cóż, po prostu tam było BŁOGO. Udało nam się zrobić całą pętlę jedynką wokół wyspy (1335 km) oraz różne dodatkowe zakamarki, zahaczyć zachodnie fiordy, Snaefellsnes penisula, Hafnafjordur i inne. Nie jestem w stanie policzyć wszystkich małych dróżek i zawirowań, ale jak tak liczę to z św.Goglem to wychodzi mi 1944 km. Duma! Najdalej wysunięte punkty, na które udało nam się dotrzeć, to: Vik (S), Seydisfjordur (E), Holmavik (N), i nie licząc lotniska to bliżej nieokreślony punkt za Hafnafjordur (W). Jako że islandzkie dni są naprawdę długie i jasne, a drogi (w zdecydowanej większości) świetne, mogłyśmy podróżować długo i dużo więcej zobaczyć. Nie doliczam tu pieszych, głównie górskich tras, które prawie codziennie nam się przytrafiały, a to do gorącej rzeki, a to do wodospadu, a to do kościółka (ekhm... zamkniętego). Korzystałyśmy z opisu trasy, który na swoim blogu zrobiła Kara Boska, z wskazówek Ewy (z miniisland) oraz też trochę z bloga paragon z podróży, jeżeli się wybieracie na Islandię to polecam wszystkie ich podpowiedzi! Przewodnik zabrany ze sobą - no more comment! Kilku rzeczy nie zobaczyłyśmy, nie szukałyśmy wraku samolotu, choć Agni chciała, nie oglądałyśmy wielorybów, choć ja chciałam. No cóż... jest po co tam wrócić!!!


Vik (dla Viki), selfie z koniem - tak, przez okno też robiłam focie, nie zawsze było się jak zatrzymać, poza tym nie mogłyśmy się zatrzymywać cały czas! Święta góra, z której vikingowie mają odchodzić do Valhalli.
- Byłyśmy na świętej górze Helgafell! 
Milica: - Wiesz ile oni tych Helgafelli mają?
- Hm. czyli to po prostu znaczy: święta góra? ;-)

Wodny świat
Woda, woda, dookoła, wszędzie na wyspie, w różnych postaciach. Wodospady, całe mnóstwo wodospadów! Najwyższy (200m!), najszerszy, najpiękniejszy, najbardziej tęczowy, największy, najtrudniej dostępny, z pięknymi czerwonymi pręgami, z heksagonalnymi formami skalnymi z zastygłej lawy, oblewający wodą, hipnotyzujący, groźny albo delikatnie rozwiewany w mgiełkę, spadający albo spływający kaskadą. I do tego jeszcze mnóstwo małych, które widzimy tylko z samochodu, wodą sączy się z każdej szczeliny. Śnieg lodowców spływa tysiącem rzek i rzeczek powoli do oceanu, kry topią się leniwie w Jokusalrion. Inna woda gotuje się tuż pod skorupą, groźnie strzela parą z kopców Hverarond, bulgoce w siarkowych oczkach, wystrzela gejzerem Stokkur, czai się w ukrytej jaskini Stauragji, podstępnie zaparowuje mi okulary w Grotagji. Naprawdę dawno tyle nie pływałam, moczyłam się, pluskałam, i to w ciepłej wodzie. Kąpałyśmy się w gorącej rzece w górach, w gorących źródłach w Reykjaviku. W wodzie o zapachu jajek, która (jak się okazało na przykładzie mojego pierścionka) zmienia kolor srebra na złoty. Wsadziłyśmy stopy do oceanu. Pływałyśmy w najstarszym basenie Reykjaviku i w przyjemnym otwartym basenie w Kirkuberjaklaustur, z widokiem na wodospad. Pływałyśmy wieczorem we wcale nie takim ciepłym ukrytym basenie Seljavallalaug (łowcy basenów!). Moczyłyśmy się w jaskini z ukropem, wodospad oblał nas wodą jak z wiadra, przez jeden dzień deszcz sobie na nas używał. Woda z góry, woda z dołu, trochę dłużej i chyba wyrosłyby mi płetwy.


Tęczowy wodospad (nie zliczę ile razy na Isl. widziałyśmy tęczę) pod którym suszy się Agni, czarna plaża w Vik, gdzie mieszkają maskonury (!!!), geysir Stokkur w deszczu, gorąca rzeka i ukryty basen (jak widać płetw jeszcze nie ma), którego zdjęcie musicie mi wybaczyć,  bo strasznie zmaściłam.

(Moje) prawdy i mity (obalone)
Na Islandii cały czas pada i zmarzniecie! Miałyśmy prawie dwa tygodnie słońca i wróciłam opalona jak nigdy! Były ze dwa dni pochmurne - ale to też było fajne, bo te chmury tam bardzo pasują, jeden w totalnym deszczu. W dzień czasem ukrop, czasem chłodny wiatr, na północy zimne noce. Jeden przymrozek zaliczony. Ale nie, to nieprawda że na Islandii jest cały czas zimno i pada. I powoli to: to co, zmarzłaś tam? zaczyna mnie irytować! Nieprawdą jest, że tego języka nie da się zrozumieć ani nauczyć - da się, trzeba tylko chcieć skupić się na ich dźwiękach! Po dwóch tygodniach szło nam zdecydowanie lepiej. Jest śpiewny, melodyjny i piękny! I już wiemy jak wymawiać nazwy wulkanów, Björk, mówić dzień dobry i dobranoc. A że mają długie słowa... no, nie chciałabym grać z nimi w scrabble, ale po za tym wszystko ok! Poza tym nawet pijaczkowie, dzieci i staruszki zasuwają po angielsku. Lepiej ode mnie!
Nie wybuchają tutaj gejzery co krok na ulicach, ludzie nie są zestresowani wulkanami, tylko pozytywnie nastawieni do życia i nieprzejmujący się niczym (lub niemalże niczym). Nie wszystko jest okropnie drogie, o dziwo tanie jest paliwo, a także organiczne jedzenie, które mają tu nawet w marketach i jest tańsze od zwykłego! Potwierdziło się, że tu wszędzie można płacić kartą - ale znalazłyśmy jedno miejsce, gdzie to niemożliwe! Pchli targ w Reykjaviku. Niestety faktycznie zdarzyło się, że jakaś stacja benzynowa albo bankomat odmówiły współpracy z naszą kartą. Aha, no i jeszcze jedno, nie wierzcie, że na Islandii nie ma drzew. Po pierwsze kiedyś były, po drugie znów powoli są, bo ponownie jest zalesiana. Czasem. Gdzieniegdzie. Nawet spotkałyśmy najwyższe drzewo na Islandii! (No i wiecie - ciągle rośnie!!!)


Od niby takiej groźnej przyrody nie czułam wcale zagrożenia (Ej dziewczyny, czułyście wstrząsy dziś w nocy? Nie, spałyśmy jak zabite!). Poza tym spotykali nas fajni ludzie i dobre przygody. Naprawdę nie wiem, czy gdzieś na ziemi czułam się tak dobrze i spokojnie (tak w środku, w Łucji). Tak tak, Ci groźni wikingowie. Trochę ich tam było, ale czy tacy byli groźni...? No jedno się potwierdziło, na Islandii nie mieszkają sami delikatni Sigur Rosi. Ale raczej myślę o naszych przyjaznych i uśmiechniętych gospodarzach w mieście, uśmiechniętych i pomocnych ludziach spotykanych po drodze. Mimo pewnego skandynawskiego dystansu, kiedy ich zagadać - bardzo mili i pomocni, w rozmowie ciepli. I z tak szeroką definicją normalności! Chciałabym tam wyrastać jako dziecko. Mamo, mogę pobiegać po mieście w niebieskim kombinezonie? A czemu nie kochanie, idź polataj. Islandzki luz, don't worry, be happy!


Wydaje mi się, że każdy znajdzie tam coś dla siebie, i wędkarze i zwolennicy plaż, traperzy i górołazy i jaskiniowcy i moczydupy. I tacy, którzy lubią to uczucie dzikości natury i bycia marnym prochem w obliczu ogromu wodospadu i wielbiciele pustki (w tym buddyści) i tęczowi ludzie i odszczepieńcy wszelkiej maści (byle nie naruszali skandynawskich porządków, bo Islandia ma duszę skandynawską). I chrześcijanie, i czciciele starych wikińskich bogów, i wrażliwi na naturę, i osoby-medium, które będą mogły porozmawiać z ukrytym ludkiem. Gdybyście mieli mało historii o ukrytym ludku Islandii to polecam: http://grapevine.is/mag/articles/2014/08/15/hidden-people-theyre-just-like-us-kind-of/ (no i te graficzki od Hugleikura Dagssona!)! Kocham ich styl, ich dizajn, który bardzo czerpie z  przyrody i mitologii, wierzę, że są z tym tajemniczym ludkiem w jakiejś łączności, a na pewno kiedyś byli - i mają tego jeszcze dużo w sobie. No i wiecie... TE kolory... na punkcie ich kolorów to ewidentnie dostałam fisia. Widać je na wszystkich zdjeciach, choć nie wiem czy dobrze je uchwyciłam. Ale to tylko znaczy, że powinniście tam pojechać i sprawdzić to sami. Kolory na własne oczy, wiatr na własnej skórze, własne poczucie za-gorącej wody i pustej przestrzeni. Koniec już, bo ja bym tak mogła jeszcze dłuuugo! Ale nie obiecuję, że ten temat nie wróci na blogu! Fiś to fiś, koniec i bomba, a kto nie pojedzie ten trąba! Ja chcę jeszcze raz i znów. 


Sklepik z rzeczami z mgły i foczej skóry Djupavougur (mówiłam, że ich elfy są nieco drapieżne...), czapka fauna, a może barana(?) w Florze w Akureyri , dzwoneczki, które dzwonią w skalnym kościele elfów w Djupavougur i lopi (niezwykła owcza wełna).