Co tu znajdziesz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmozofia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 maja 2016

Zwierzenia śląskiej kinomanki


fot. Kino Patria 

Zaczęło się od kina PATRIA w Rudzie Śląskiej, kina z 1937 roku. Ktoś nam już dawno polecał, wreszcie się wybraliśmy. Na początek miłe zaskoczenie - kupując bilet rzuciliśmy kostką, ceną biletu była liczba wyrzuconych oczek! Jest tam też miła kawiarnia, z napojami można wejść na salę (niestety z szeleszczącymi czipsami też... moja wielka bolączka kinowa... choć w sumie, kiedyś jeszcze się paliło papierochy, coś za coś!). Pod ścianą stoją wygodne kanapy, jest to piękna sala kinowa w starym stylu, choć może dawno nie odnawiana. Obejrzeliśmy tam Przypadek K. Kieślowskiego, z młodziuchnym Lindą, stary, doskonały film! Pomyślałam sobie z otuchą, że jeszcze można mieć fajny pomysł na stare kino, zachęcić, przyciągnąć, połechtać widza. Sala nie była pusta, pełen przekrój wiekowy. Przyjemny wieczór. 

Zwiedzając dalej stare śląskie kina wybraliśmy się wczoraj do zabrzańskiego kina ROMA (1912 rok!). Przepiękny stary budynek, czerwony neon nad wejściem, maleńka kasa, czerwona tabliczka z napisem "widownia". Na ścianach ręczne szkice architektoniczne budynku i jego historia. Za to byliśmy jedynymi widzami na wieczorny seans. "Dla naszej dwójki tylko wyświetlacie?" "Zwykle dla tylu gramy..." - odpowiada szpakowaty Pan. Oglądamy. W połowie filmu niespodzianka, film się "zrywa" (!) choć już nie jest odtwarzany z taśmy. Mimo wszystko nie jestem zła, tylko rozbawiona, gdy idę szukać operatora. Dwaj Panowie bardzo przepraszają i z okazji przerwy w projekcji zaczynają opowiadać. Że taśmy też już się rwały, ze starości, bo wysuszone. Kierownik sam ze swoich pieniędzy projektor kupił, żeby wyświetlać. Ściany też pomalowali sami w tej pięknej, wielkiej sali, bo pieniędzy nie było. Miasto nie dotuje, kino umiera. Udaje się uruchomić film i już do końca oglądamy. "Dobry film, prawda? Zapraszamy znowu!" - Pan żegna nas cały w ukłonach i przeprosinach. Robi mi się strasznie żal tego miejsca i tych, którzy wciąż jeszcze starają się go utrzymać. Okazuje się, że moi znajomi mają dużo dobrych wspomnień z tym miejscem, czy to randki, czy to zimowe kameralne seanse przy choince... Żal by mi było, gdyby kolejne takie miejsce zniknęło z mapy Śląska. 


W myślach próbuję ostatnio odpowiedzieć na pytanie "a co byś chciała robić?" - w sensie zawodowym. Na listę wciągam pracę w takim miejscu, ożywienie go jakoś, tchnięcie nowego kinowego ducha. Na przekór smrodowi popcornu, którego nie znoszę, na przekór półgodzinnym reklamom i super modnym repertuarom. Było sobie kiedyś w Łodzi kino Cytryna, w którym był katalog zniżek: żółte ubranie - minus 2 złote, masz ze sobą cytrynę - minus 1 zł od ceny. Wspominam je z sentymentem do dziś. Można zrobić takie miejsce przyjaznym, można działać, można... próbować. Ale czy komuś się jeszcze chce i czy komuś "z góry" jeszcze na tym zależy... by takie miejsce mieć?

W Gliwicach chodziłam do naszego jedynego studyjnego kina zwykle w poniedziałki - bo były tanie bilety w ten dzień, ale też - bo czas tak się układał. Niedawno włodarze postanowili, że jak każda instytucja kultury kino studyjne będzie w poniedziałki nieczynne. Ja rozumiem duże muzea i instytucje w wielkich miastach europejskich... ale Gliwice? Kino studyjne? Gdzie frekwencja chyba i tak nie powala na kolana? Naprawdę? Szkoda. Ostatnio na seansie za niemalże 20 zł w tymże kinie, na dużej sali (bo jest duża i mała) byłam... sama. Sama jedna. Tak więc za te 18 zł pracowała pani w kasie, bileter, pan ochroniarz i wyświetlony został film. W św. p. tanie poniedziałki trzeba było przyjść wcześniej, bo kolejka kończyła się przed kinem. Może jednak magia taniego biletu przyciąga widzów? Trzech za dyszkę to i tak więcej niż te moje 18... Dodam jeszcze tylko, że bardzo mię denerwuje, iż w okresie letnim owe kino jest nieczynne, kiedy ja właśnie w lecie lubię pójść do kina w ciepły wieczór albo w deszczowy dzień. Nie, nie jestem specjalistą od marketingu filmowego i działalności kina, ale to takie moje obserwacje z poziomu widza, który chciałby więcej i lepiej. I nie jest zainteresowany drogimi transmisjami z światowych oper (choć nie ma też nic przeciwko nim).


A może to po prostu brak konkurencji? Wiem, gdzie w Gliwicach wisi jeszcze ciągle ten stary neon, pozostałość po kinie Jutrzenka, które się tam mieściło. Obecnie w Gliwicach, jest JEDNO kino studyjne. A wiecie ile było? Dźgnęłam temat i zdębiałam. W przypływie fascynacji chciałam je opisać po kolei, ale ktoś już to zrobił ("co krok było tu kino"). Ale za to je wymienię: 

- Kino „Mikrus”przy ul. Dworcowej (podobno rząd dziesięciu krzeseł, ale tanie bilety!) 
- Kino Teatr X przy ul. Strzody (od 1890 roku, pierwotnie była tu gospoda ze stajnią! Czynne do 2009) 
- Kino Jutrzenka ul. Zygmunta Starego 34, jego neon wisi na budynku do dziś, można sprawdzić
- Kino Grażyna na rogu ul. Jana Śliwki i Szobiszowickiej (do lat 90tych)
- Nieistniejący budynek na placu Mickiewicza: „Schuetzengarten” (XIX wiek) „Stadtgarten”(1919) „Deulig - Palast” (do 1930) „Capitol” (do 1945, kiedy został zniszczony)
- Kino Apollo (dziś Biedronka...) róg ulic Wieczorka i Kozielskiej
- Kino Zryw ul. Dubois (lata 70te) przy Fabryce Drutu.
- Kino Casino, od roku 1975 i Kino Jowisz (dawne kasyno oficerskie, 1959 - ?) na rogu ulic Sowińskiego i Mieszka "Bywałem tam często. Zabawne, ale czasami wpadał na salę kinową dyżurny i wywoływał żołnierzy na jakieś zbiórki czy alarmy. Oglądałem tam np. drugą część Rockiego"
- Kino „Ustronie” przy ul. Wincentego Pola 11. (lata 70te) 
- kino funkcjonowało też w jednostce wojskowej przy ulicy Daszyńskiego, mała, kameralna sala do projekcji filmów. 
- Kino Montochemu "Szarotka" przy pętli tramwajowej na Trynku
- Kino Zorza - ul. Metalowców, dzielnica Łabędy
- Kino Panorama, (lub Kino Metalowiec) stare mdk Łabędy (Jedyna w tamtych czasach scena obrotowa, "zarówno ona i cała sceniczna infrastruktura chyba jest tam do dzisiaj, bo to zostało zamurowane, odcięte – mówił Andrzej Kaczmarek, dawny pracownik nieistniejącego już kina"
- Kino Bajka (funkcjonujące do dziś jako Kino Amok - Scena Bajka)
- Kino Wyzwolenie (niestety nic o nim nie znalazłam) 

Trzynaście lub czternaście kin. Przewinęła mi się też liczba 16 ale nie umiem jej potwierdzić. 
Ale nawet - trzynaście. Nawet jeśli w jednym czasie "tylko" 7 z nich działało. 
Dziś tylko jedno. 
Jak to możliwe... 
Wiem, że wiele czynników na to musi wpływać, że mamy kina domowe, że multipleksy zabijają, że się nie chce chodzić bo przecież telewizor jest powszechny, a bilety drogie. Ale naprawdę... aż tak bardzo... przestaliśmy je cenić? Chyba znów mam to poczucie, że urodziłam się "za późno" jeśli chodzi o epokę. Kina studyjne, wróćcie! You made me feel alive, but something died I fear. SOS. Z filmu High-rise, niezwykły cover. 


Cytaty pochodzą z forów internetowych oraz artykułu "Magazyn w kinie". 
Zdjęcie Romy pochodzi z artykułu, do którego link jest w nazwie kina. 

piątek, 18 marca 2016

Bunt owiec


Cały czas zerkam na Islandię jednym okiem, jednym uchem. Przez profile znajomych, przez zdjęcia tych, którzy tam. Razem z przyjaciółkami przeżywam ich wyjazd na wyspę. Zwłaszcza, że ja zostaję tu. (Powyżej design z sklepiku w Akureyri). 

Ostatnio wszystkie znaki wskazują na owce. Zapamiętałam je jako puchate kulki o kiepskim wzroku, które zmykały w popłochu, kiedy zbliżałyśmy się do nich samochodem, jakby nagle ujrzały ducha. Albo wroga. Tak zmykały, że prawie gubiły kopytka. Tak właściwie, to prawdziwe kolonistki wyspy - to nie tak, że były tam od zawsze, przywieźli je wikingowie.  Te miłe puchate, żarłoczne stworki, a właściwie ich przodki, po części odpowiadają za to, że na wyspie flora jest bardzo ubożuchna. Zostały opisane już w islandzkich sagach, a obecnie szacunkowo jest ich cztery razy więcej niż ludzi.


Widzieliście już film Barany (Rams lub też Hrútar)? W tym filmie pięknie widać koegzystencję ludzi i owiec, to nie jest tylko układ nadistota-podistota, to właściwie specyficzna przyjaźń, z dozą obopólnej korzyści. Niestety bohaterom filmu owce zaczynają chorować. Jako odizolowana wyspa Islandia nie może sobie pozwolić na epidemię, wkraczają więc do akcji czyściciele (lub też ratownicy, zależy z której strony patrzeć, ale w tym wpisie bądźmy wszyscy owcami). Ludzie, którzy od pokoleń hodują owce nagle zostają w pustce. Ogromnie mi podczas oglądania tego filmu było smutno. To film o nagle napadającej nas samotności. 

Owczy cykl roku na Islandii jest taki, że na okres letni są one wypuszczane i łażą sobie wolno. Na jesień odbywa się wielkie islandzkie święto rettir, odpowiednik naszego redyku czyli spędzanie owiec do specjalnych, tradycyjnych zagród (Miniiceland, czy to nie Wasze zdjęcie, to drugie?). Jest ogłaszana lista miejsc i daty, w których kolejno odbywają się spędy. Dzięki oznaczeniom (nacięcia na uszach, teraz już chyba kolczyki) gospodarze odnajdują swoje stadka i na zimę owce wracają do zagród. Jak się domyślacie - święto oprócz wytężonej pracy posiada też elementy spożywcze, kulturalne typu: muzyka & śpiew i wspólna zabawa. Czy trzeba dodawać więcej, żeby powiedzieć, że owczość to element życia społecznego i spoiwa kulturalnego wyspy? O rozpoznawalnych na całym świecie swetrach z wełny lopi tym razem już nawet nie wspomnę! Owcą wyspa stoi! Niby mają jakąś część wolności, a jednak mus to mus, trzeba wrócić i żyć z człowiekiem na jego warunkach, żeby przetrwać ciężką zimę. Pozorna wolność, ale w ściśle określonych granicach, takie to owcze życie.

Ale nie tych owiec, o których chcę dziś opowiedzieć.
Te owce nie wróciły.


Owce, o których mam ochotę opowiedzieć złapały wiatr od morza w nozdrza i wybrały inną drogę. Może nie miały ochotę na ubój, który oczywiście towarzyszy zimie. Może dużo dyskutowały o prawach zwierząt, o ludziach obcinających kotom łapki i wiążących psy do drzew, może tak jak ja miały już tego dość i zastanawiały się, co się stało z tym popapranym światem. Może po prostu ich instynkt powiedział: wracamy do natury, koleżaneczki, nasi przodkowie przybyli tu z wikingami! Baran-przywódca nazywany jest forystufé, prowadzi stado przez przeszkody i podczas złej pogody. Może ten akurat miał dość ostatnich femistycznych zrywów i manif, i chciał ochronić swój dogorywający mały patriarchat. Może wreszcie dotarły do kresu swojej wytrzymałości bo nie mogły już słuchać Klubu Trójki, nieutulone w żalu za red. S., jak ja. W każdym razie - nastąpił bunt, na Islandii jest mało ulic, na które mogły wyjść protestować, a poza tym pewnie by podzielono liczbę protestujących kopyt przez dwa i powiedziano, że sfiksowały bo są wegetariankami. Bunt zaprowadził je na niedostępny klif Tálkni na fiordach zachodnich Islandii. Przedostały się tam i założyły Samozwańczą Owczą Kolonię (SOK). Wiedziały, że ich koleżanki udowodniły, że są w stanie przeżyć 45 dni pod pokrywą śniegu (! tru story bro!). Podjęły to wyzwanie. I udało im się, przezimowały na wyspie. Niestety, takie sielanki nie trwają wiecznie, nie tak łatwo uciec od systemu - wypatrzyło je tam ludzkie oko. Czasem mam wrażenie, że w ludzkim dążeniu do uporządkowania świata, najbardziej szczypią i kłują w oczy układ małe zbiorowości, w których panuje wolność. Przecież w naszych ludzkich wielkich systemach nie ma zgody na myślących i żyjących inaczej. Dążymy do uogólnień. I pozornego homogenicznego porządku.


Kartka z Islandii by Kasia D., która to opowiedziała mi całą historię owiec, narysowała i wysłała prawdziwą pocztą z islandzkim znaczkiem! Obawiam się, że zamierzenie mogłam opowieść nieco ubogacić.

Uznano, że owce prawdopodobnie są chore. No bo jak inaczej wytłumaczyć pęd kopyt do wolności, do zerwania obowiązujących norm, jak nie zaburzeniem, jak nie tajemniczym wirusem. To nie może się rozprzestrzenić. Zapadł wyrok. Wpierw próbowano je ustrzelić z powietrza. Rebeliantki, ale i to jakoś przeżyły, może się tego spodziewały? Musiano dopłynąć i rozprawić się z nimi oko w oko. Co czuli potomkowie twardych wikingów, zabijając dzielnego fortystufe? Czy miał w oku taki błysk, jak William Wallace? Czy zabeczał na koniec: frelsi!? Czy tylko z tą swoją owczą powagą na włochatym pyszczku spojrzał im smutno w oczy i pomyślał: warto było zwiać choć na chwilę od Waszej zbyt ułożonej normalności i codzienności. 

Zbadano je później pod kątem epidemii. Owce były zdrowe.

Teraz na Islandii powstają o rebeliantkach i krwawym tłumieniu buntu wystawy. 

Jeżeli myślicie, że to też wymyśliłam, zobaczcie tutaj: http://snaebjornsdottirwilson.com/art-becoming-and-erasure/ autorką tej wystawy jest Bryndis Snæbjörnsdóttir i jej mąż Mark Wilson. Mnie chyba najbardziej zaskoczył element wystawy, podpisany jako relikwia (ang. relic), owcza kość i srebro. Może powstaną też o tym wiersze i legendy. Może właśnie jedną z nich przeczytałeś/łaś.  


I tak sobie życzeniowo myślę, żebyśmy nie poszli tą drogą w naszym małym krajowym światku. Drogą dążenia do jednorodności za wszelką cenę. To się jeszcze nigdy nie udało, a zawsze zbierało obfite żniwo istnień. Niestety w tym przypadku ludzkość ma problemy z wyciąganiem wniosków, uczeniem się na błędach i niepowtarzaniem historii. Tego się nieustająco boję.

środa, 1 października 2014

Miasto Umarłych

Jako harcerka wychowałam się od małego na Chłopcach ze Starówki, Kamieniach na Szaniec, Zośkę i Parasol umiałam na wyrywki. Moje egzemplarze mają kartki pomarszczone od wilgoci, bo wypłakałam nad nimi może łez. Chodziliśmy z dzieciakami na herbatę do druhny Władzi, która przeżyła wojnę i obóz k. w Ravensbruck, i opowiadała nam o przedwojennym harcerstwie. Wiecie... jak dobrze nam zdobywać góry i pełną piersią chłonąć wiatr. Była cudowną, uśmiechniętą staruszką, nigdy nie opowiadała nam o tym złym czasie. Ale można przeczytać jej wspomnienia. Ile takich staruszek z wspomnieniami zmiętolonymi po kieszeniach mija mnie co dzień na ulicy...? Jeszcze... Już coraz ich mniej... Jeździliśmy też do Warszawy na Rajd Arsenał, podczas jednego z nich spotkaliśmy się z siostrą Zośki, to było dla mnie dużym przeżyciem. Innego razu z przyjaciółką, w liceum, prowadziłyśmy lekcję o Szarych Szeregach. Stałam w mundurze harcerskim przed całą klasą i kiedy opowiadałam o torturowaniu Rudego, tak łamał mi się głos, że ledwie to opowiedziałam do końca. Stałam na wartach przy grobach i pomnikach, a na głos werbli Apelu Poległych do dziś przechodzą mnie ciarki. Bardzo to przeżywałam, tę naszą historię. Ostatnio zwróciłam na to uwagę w podróży, gdzieś za granicą... brak tablic i pomników upamiętniających ofiary i poległych. U nas na co drugim domu. Miasta podźwignięte z gruzów, stolica poległych.

Wczoraj w kinie nieraz płynęły mi łzy. Czasem ze złości, czasem z żalu.
W tym filmie każdy zobaczy to, co chce zobaczyć. Ten kto chce zobaczyć w nim bohaterów - znajdzie ich. Są tam oczywiście, rzucają się pod kule, ratują innych albo siebie, podają ręce albo zaciskają w nich granaty. Mrą. Są w tym momencie, kiedy nie mają już wyjścia, kiedy wiatr historii sypie im piaskiem w oczy i jednocześnie pcha do przodu. Muszą iść. Byliście kiedyś w muzeum Powstania Warszawskiego? Idźcie koniecznie będąc w Warszawie. Ja chciałabym to wszystkim pokazać - jako przestrogę. 


Kto się nie boi wojny, jest głupi. Ale - nie boi się jej ten, kto jej nie zna. Umierają świadkowie, lękam się pokoleń, które nie mają pamięci. Nigdy nie wiadomo, jacy byśmy byli, jakie mamy w sobie instynkty, co się z nas wyzwoli, kiedy dadzą Ci karabin, każą prosto stać, potem każą przeładować, potem oddać strzał. Mam ochotę natłuc wszystkim, którzy udając hojraków śpiewają sobie przy ogniskach tą pioseneczkę. Rozkaz, rozkaz idziemy ze śpiewem. Wojna, ale frajda. Czy przeżyłabym tych wszystkich szkopów i fritzów żeby opowiedzieć potem świadectwo? Jak wielka wola życia jest w każdym z nas...? A może jednak po prostu zjadłabym tłuczone szkło...? Nie wie tego nikt. Pewnie dlatego bardzo mnie irytuje to: powinni, ja też bym, na pewno, tak trzeba. Film też doskonale pokazuje... marzenie o życiu. I traumę, po której nie wiadomo, jak dalej żyć. Jak oni żyli? Żyją...?

Ja widziałam w tym filmie dzieci. Podlotków. Dziewiętnastolatków, których rozpiera energia życia. Ten wiek, kiedy człowiek nie boi się niczego. A przynajmniej tak mu się wydaje. I wtedy chyba łzy płyną mi najbardziej. Również łzy złości. Chciałabym jak matka jednego z nich natrzaskać im po prostu i wykrzyczeć: nie widzicie, co robicie? Ale mogę tylko patrzeć, jak cali podnieceni składają przysięgę w środku lasu. Jest wieczór, napinają pierś przed dziewczynami, wilgotnieją im oczy. Jest magicznie, jest tajemnica, jest radość. Jest też nadzieja, za którą nie mogę ich winić. A potem już tylko patrzę powoli, jak porywa ich wir zdarzeń, jak przerasta ich cała ta sytuacja. Jak przestaje być zabawnie, kiedy ginie pierwszy przyjaciel. Jak chcą kochać i chcą żyć mimo wszystko. A tylko idą unosząc się na fali gruzów, tamując rany i zostawiając kolejnych za sobą. I strasznie mi się chce płakać nad tym, że te dzieciaki umarły zamiast żyć. Nie chciałabym tego dla tych małych harcerzy w mundurkach. 

Szanuję swój harcerski mundur. A jednak tak mnie uczono i zawsze to podkreślałam i podkreślam - harcerstwo nie jest organizacją paramilitarną. Jest organizacją wychowawczą. Kto uważa inaczej i chce się z dziećmi bawić w wojnę, powinien zabrać zabawki i iść na swoje podwórko. Np na paintballa, rozładować się. Skauting i w tym ZHP obecnie ma wychowywać społeczeństwo obywatelskie, świadome historii - i wagi życia. I obyśmy tacy byli. 

Mało powiedziałam o samym filmie? Jest dobry. Świetna ścieżka dźwiękowa, w odróżnieniu od innych naszych filmów w tej tematyce - film akcji, idealny scenograficznie, naprawdę dobrze nakręcony i zagrany. Mnie się podobały te wstawki z spowolnionym ruchem i muzyką. Nie będę się wstydzić, kiedy pokażą go za granicą. Melodramat? Tak. Ale czy w tamtych czasach były szczęśliwe historie miłosne...?

środa, 4 czerwca 2014

Finding Vivian M.

Przede wszystkim była kobietą z aparatem. Tym zachwycającym aparatem, który pozwala zrobić zdjęcie rozmówcy nie patrząc mu w oczy obiektywem. Idealne maskowanie, które pozwala podejść blisko ofiary. Jej kadry, jej reporterskie spojrzenie na świat... są idealne po prostu. Nie mogę się napatrzeć. Mistrzyni kwadratowego okienka. Wszystko w nim rozgrywa się tak, jak trzeba. Zatrzymane w nim twarze, zdarzenia, widoki. Idealne. Przypadek sprawia, że całe pudła z kliszami kupuje młody chłopak i zdziwiony tym, jakie są dobre - zaczyna szukać autora. 

Uwielbiam sploty przypadków i historie, które pozornie są takie proste, natomiast, gdy podejmie się trud i poszpera w nich... odkrywa się perłę. Perła nazywała się Vivian Mayer. Była nianią, a żyjąc cały czas u boku różnych rodzin - żadnej nie stała się częścią. To w niej smutne. Była oryginalna, ekscentryczna, chodziła własnymi drogami. Uczyła tego dzieci. To w niej fascynujące. Na starość zdziwaczała, ale to mnie nie dziwi... wiele rysów charakteru, nadających fascynującą indywidualność gdy jesteśmy młodzi, może zdeformować się na starość i zapanować nad nami. Taki los ekscentryków, że są na to bardziej narażeni. 

Kobieta idealna - ponieważ każdy ideał zawiera w sobie skazę, jakąś nieregularność, mroczną tajemnicę. To pociąga, to sprawia, że młody chłopak zaczyna szperać w jej historii. To jak dotykanie blizny... każdy z nas w pewien sposób lubi to robić... jest to przedziwne znamię naszej ludzkiej natury. 

Wspaniałe fotgrafie. Niezwykła osoba. Trudna historia. Zobaczcie ten film. (Tytuł "Finding" to nie do końca to samo co"szukając"... ) A już koniecznie zobaczcie kadry Vivian Maier. I jej cudowne autoportrety. 

VM1954W02936-11-MC

poniedziałek, 26 maja 2014

Filmozaur - part 2

A więc dokonało się. Dziś po 10 (!!!) dniach - pierwszy dzień odwyku od kina... hm. Leżę bezsilnie, gapię się w sufit i myślę co by tu obejrzeć... normalnie deprecha pofestiwalowa. Oglądanie kiepskogatunkowych filmów w pojedynkę jest zbyt miażdżące psychikę, więc poczekam na lepszą okazję, nawet jeśli film Zardos wydaje mi się bardzo kuszący. Organizm protestuje i bardzo domaga się snu po tym tygodniu. Ale tak, to był wspaniały tydzień, pełen niszowego, frikowego albo cudnie-złego kina! Świetnie zorganizowany festiwal, naprawdę brawa za ogarnięcie szału projekcji na kilka kin, rozrzuconych po całym mieście i wielkiego zombie walk-u. Za fajnych gości z klasą, ciekawe wprowadzenia, dobre ustawienie przerw, rewelacyjną atmosferę! Świetny wybór wersji językowych i tłumaczeń i vhs-lektorów. I dzięki bogowie, za lektora na żywo podczas projekcji filmu Coffy! Niech mu się za to piwo leje strumieniami, tak jak nam łzy śmiechu ciekły po policzkach! I jeszcze za radosną gromadę hejterów - komentatorów, dzięki nim filmy zyskiwały inną, lepszą perspektywę! 

Z drugiej połowy festiwalu należy wpomnieć:
- Cripozoidów z cyklu VSH Hell (okazało się, że to mój ulubiony cykl festiwalowy, a myślałam, że będzie nim studio ghibli) gdzie złowieszcze kartony, zmutowane szczury i wielkie robale dręczą ludzkość (nie wiemy co tu robimy, ale robimy to z wielkim zaangażowaniem) na przestrzeni dwóch pokoi i jednego korytarza
- Czas Przemocy (Eda Wooda) z doskonałą sceną demolowania szkoły przez GENG zbuntowanych nastolatek (nienawidzę Cię tablico!)
- Wspomniany już Coffy, który dzięki doskonałemu lektorowi na żywo zyskał nowy wymiar oglądania! Trudno powtórzyć tu to, co ten gość tam wyprawiał, ale było to doskonałe!
- Cry Baby - ach co za obsada! to było doskonałe zakończenie oglądania! Ed z Alaski, Młody Johnny D., Iggy Pop, Willem Dafoe, ramoneski, loki na brylantynie, zbuntowana młodzież i dobra muzyczka!


I wszystko świetnie, tylko spuście niebiosa plagi egipskie na Tommyego Wiseau. To jest SERIO najgorszy film świata i uzyskuje w moim rankingu zaszczytne pierwsze miejce. I to nie taki fajny, śmieszny zły film, tylko ZŁY ZŁY. Tak zły, że mi się zęby prostują i włosy rosną szybciej na nogach z rozpaczy. I niech mi ktoś wytłumaczy to, że on jest nadal normalnie w stanach wyświetlany i bije rekordy popularności... WHYYYYYY.... O tym jak jest zły doskonale opowiada: Krytyk. Sorry, że od drugiej części, ale TA scena... wiecie, że ten popapraniec, ten sam, którego widzicie na ekranie (bo to jest Tommy W.) kręcił dubla tej sceny (I did not! Oh hi Mark!) 32 razy??? Serio. Chcecie zniszczyć swoją młodą psychikę? Proszę bardzo! Have fun!
Jeśli obejrzycie ten filmik do końca - zgadujcie, jakiej to narodowości jest Tommy W... tak. pomoże Wam to, że piją w filmie wódkę: Sobiesky. Damn...!

piątek, 23 maja 2014

Dziwoląg pasjonat


Pacz stary, jaki dziwoląg, frik, dziwok. Myśli sobie człowieczyna, że taki jest dziwny. Że go jakieś dziwne filmy kręcą, które ani to fabuły nie mają, ani znanych nazwisk, ani budżetu jak trzeba, ani efektów wypierdzistych w 3D. Po co Ty oglądasz te głupoty? O Zombich? O nie, tandeta. Martwe trupy, marnowanie czasu. Gumowe potwory, gołe dupy, poziom zerowy, dno. Westchnienie. Czasem łażenie po domu w stareńkiej koszulce ze starłorsów. Niszowe przeglądy z kilkoma znajomymi dawno temu, bo teraz to raczej domowe zacisze i słuchawki. Wspominki rzewne wypożyczania kaset wideo na nocne przeglądy - domówki z przyjaciółmi i oglądania do bladego świtu (żywych trupów). I Old Starsowe LARPy na Jurze K-C gdzie wszyscy wyglądaliśmy jak z tych filmów - ale dialogi to mieliśmy lepsze! 

Na szczęście potem człowieczyna kupuje sobie karnet na festiwal i nagle siada na małej sali pełnej takich własnie zakręconych i już człowieku nagle nie jesteś aż taki dziwny! I więcej ludzi ma dziwne koszulki albo ma w dupie to, jakie on i wszyscy obok niego mają koszulki. I więcej nas śmiejących się w tych samych głupich momentach na filmach bez fabuł! I nawet niektórzy się w tym specjalizują, żeby te VHSy stare dla ludzkości uratować i zachować i pokazywać tym, co nie znają (VHS Hell). No czad! I takie to fajne, że zaraz po pracy, gdziem biurwą pospolitą wybiegam z biura i teleportuję się w pomroczność kina i kompanię frików, i oglądam aż do zmęczenia musku, i dobrze się bawię! Dziwność oswojona. Ugłaskana i podrapkana pod brodą. A potem kiedy szlajam się w przerwach między seansami po mieście to orientuję się, że zerkam ludziom na nadgarstki i czuję, że ten frik jest taki fajny, pozytywny! Tatusiu, czy ja jestem dziwny? Nie kochanie, Ty jesteś... oryginalny! 

W kinie, patrząc na przebrane i upudrowane szablozębe wampiry, które wpuszczają nas na seans, ktoś komentuje z wyższością: pfff, ciekawe ile im za to zapłacili! A jakby temu komuś powiedzieć, że nie zapłacili, że to za darmo, a nawet ba - że oni tak sami, bo to LUBIĄ?? Lubią się przebrać, wyglądać dziwnie, rzucać teksty z dziwnych filmów? Lubią przyjść na marsz zombich, pooblewać się sztuczną krwią i pocharczeć na ludzi? Ha! Taką nienormalność, dziwolążność to ja bardzo lubię. Oj bardzo. A wiecie, że słowo freak znaczy też pasjonat? Dziwoląg pasjonat, hell yeah! A czy wiecie, że w sobotę w Katowicach będzie marsz zombich? I co, zieleniejesz i gonisz, czy uciekasz jako przerażone mięsko? Wybór należy do Ciebie. Mwaahahahhahah! 

środa, 21 maja 2014

Love Cropp Kultowe!

Najpierw wpadam spóźniona na film i na schodach kina dosłownie potykam się o bandę zombiasów. Mówię grzecznie "dzień dobry", odprowadzają mnie tępo wzrokiem, kiedy skaczę po dwa stopnie do sali na górze. Czekają grzecznie na porcję świeżego mięska gdy na ekranie w środku dnia "noc żywych trupów". Wczoraj zastanawialiśmy się czy są wege-zombie i czy jedzą świeżyznę, czy wręcz przeciwnie, same zgniłki i pleśniowe serki. Wychodzę z ciemności kina w ostre słońce. Mrużę oczy jak wąpierz.

A potem siadam i piję kawę w ogródku przy głównej ulicy miasta i obserwuję jak w bramie tuż obok, na granicy słońca, czai się grupa zakapturzonych wampirów z niepewnymi minami. Grupa bladych postaci w pelerynach i kapturach. Stoją i patrzą w słońce. Obserwuję ludzi, którzy przechodzą obok, mijając ich. Zauważają kątem oka i wzdrygają się, cofają albo tylko robią minę "czy ja coś widziałem dziwnego?" Cudne. Ostre słońce i granica ciemności bramy. I to COŚ hidden in a daylight. 
Wreszcie i ja muszę się przez nich przedrzeć, bo seans mnie wzywa. Pytam grzecznie jak typowy troll czy mogę im zrobić fotę. Tapam, pacam, czy jak się to tam nazywa, za milczącym nieprotestowaniem, mówiąc: najwyżej nie wyjdzie albo klisza pęknie (mając na myśli ich wampirze zdolności). I??? Nie wyszło!!! Nie ma!!! Stoję już przed kinem i sprawdzam na telefonie raz po raz. NIE MA tego zdjęcia. Cóż za realizm i profesjonalizm! Czad! Love CroppKultowe!
A potem już tylko wzdycham i przeżywam. Są filmy naprawdę KULTOWE. I takie, które znam na pamięć. By heart. 

- Podobno odpowiedzi nie istnieją. 
- Zadawałeś złe pytania.

Filmozaur się jara - part 1

Już od piątku wysiedzuję zadek na rozmaitych siedziskach kinowych. Czasem miękkie i wygodne w  kolorze ciężkiej teatralnej czerwieni, czasem mniej komfortowe, czasem wręcz twarde jak stołki. Na tych ostatnich, po pół godzinie, szukając wygodnej pozycji próbuję zapleść nogi dookoła siebie albo położyć je na głowie kogoś przede mną. Oto w Katowicach znów spełniam punkt programu od dawna marzony - (17) Festiwal Filmowy Cropp Kultowe. I och, jaram się tym siedzeniem w kinach i na salach, tą opaską na ręce którą dumnie obnoszę w pracy (Szef: - Co Pani to ma na ręce? All inclusive? - Hm. Poniekąd!) i tymi próbami zdążenia na wszystko i nawet wkurzaniem się, że zachodzą na siebie te filmy, że nie dam rady wszystkiego (auuuuuu!), że nie da się teleportować do CSF Kosmos albo że ostatni pociąg odchodzi przed końcem tego czy tamtego. I jaram, że Jacek Rokosz przeciąga wprowadzenia (wybaczam mu, bo uwielbiam to jak opowiada, jeszcze od czasu "najgorszych filmów świata"), i tym że pierwszy raz od czasów ENH w Cieszynie a potem akademii kina japońskiego w Mannghdze (pięknie odmieniłam, aj noł) słucham znów Piotra Kletowskiego, który przekonuje nas, że głupie filmy o zombiech (jestem miszczem odmian, wiem) niosą w sobie kody kultury, istotne dla swoich czasów powstania i popularności. I jeszcze tym, że na filmie 'Król Zombie' Wujek Sam śmieje się i chichocze tak, że chyba całe kino jest tym jego śmiechem pobudzone do śmiechu i rżymy wszyscy radośnie, kiedy na ekranie ekhm... no, w sumie groza. Studiem Ghibli całym też jaram się - to inna opowieść, ale chodzę na moje ukochaności, Miyazakowskie bajuhy i wzdycham, i przeżywam. I na koniec tym, że jak podliczę potem ilość godzin spędzonych w kinie w tym tygodniu, to mi kręgosłup odpadnie albo wyjdzie bokiem. 

W wyborach wygrywają filmy z cykli: VHS hell (oh my! i Ci lektorzy!), zombie attac! i Ed Wood - wszystkim lubiącym najgorsze filmy świata - polecam!

- Król Zombie i Zemsta Zombie - 1941 r.
- Scena walki zombiego z rekinem (sic!) w marnym skądinąd filmie Pożeracze Mięsa (cudo!)
- Wcale niezłą Klątwę Doliny Węży - polskie kino gatunku z młodym Wilhelmim!
- Absolutnie cudne oglądanie Robot Holocaust z chórem hejterów, brzuch mnie bolał ze śmiechu, serio! Świat już nigdy nie będzie taki sam! Wszędzie już będzie człowiek - awokado i pajęczyna pająka. A jak się obudzimy martwi, to będzie to Twoja wina! 
- Ponadczasowa instrukcja transwestytyzmu w wykonaniu Eda Wooda - z doskonałym wprowadzeniem Jacka Rokosza
- Interzone - z włoską Tiną Turner, mnichem Panasonik-iem i najgłupszymi scenami świata! Zwariowałam! Tutaj to ja chyba ryczałam najbardziej na całej sali! Ilość japierdolów w tym filmie mnie przerosła.

No i jak na razie (połowa festiwalu) absolutny nr 1: Dziwolągi - ukrywany i cenzurowany film Toda Browninga (1932!): http://croppkultowe.pl/program2/dziwolagi
Niesamowity obraz, a najlepsze w nim to, że oprócz pięknej i ponadczasowej historii jest to rejestracja prawdziwego obrazu świata, który istniał, który przeminął, którego bez tej rejestracji byśmy w ogóle nie znali, nie mogli tak bardzo do niego wejrzeć. To obraz cyrku - bestiarium, prezentującego osoby dotknięte deformacjami, potwornościami, okaleczeniami ciał i bliznami - i ich niesamowite życie pozasceniczne. Boleśnie... normalne. I dręczące w tym obrazie pytanie, czy "inność" nie była kiedyś bardziej zsocjalizowana niż obecnie, czy nie miała swojego miejsca i swojej przestrzeni na życie i emocje, które teraz im nie przysługuje? No i pytanie ogólne: kto tu jest dziwolągiem... i dlaczego my wszyscy, którzy na pierwszy rzut oka tacyśmy normalni. 

A teraz zaraz lecę, bo wiecie... idę dziś do kina!
Chcecie wiedzieć na co? Na KULTOWY, a jakże film! Ha! (Jara się)
Na koniec akcent humorystyczny z okazji nadchodzących wyborów (uwaga, lokowanie produktu):

Zmień Polskę! Głosuj na Psycho-zombie!

czwartek, 16 stycznia 2014

As I Lay Dying

Są takie filmy, które mnie męczą. Nie ma to nic wspólnego ze strachem. Męczę się ja na nich okropnie. Cała jestem napięta, zaciskam mocno zęby, ręce w pięści, owijam się mocniej ubraniami, które mam, zamykam oczy i wiercę. Wbijam się w fotel jakbym się chciała schować, zniknąć, nie patrzeć. Wychodzę ogromnie zmęczona z kołowrotem niewesołych myśli. Ale przecież tak właśnie powinno działać kino... tak, tak właśnie myślę. Dlatego chodzę na filmy, które są ciężkie, dotykają ciężkich tematów, nie są rozrywką. Każą myśleć o człowieku, o ludzkości w ogóle. Nawet jeśli to patetycznie brzmi - tak jest. Czuć paskudną ulgę, że jednak te czasy nie są takie złe. To smutne szaro-bure tu i teraz.
Jeżeli też ciężko znosisz rodziny, w których śmierć jest ważniejsza niż życie, w których ktoś jest totalnym dupkiem i nikt z tym nic nie robi, w których dzieci są w stanie zrobić... właściwie wszystko - dla swoich koszmarnych rodziców, jakby byli poddani ich hipnotyzującej władzy, jakby ta potworna wspólna krew w żyłach nie pozwalała zerwać niewidzialnej smyczy - ostrzegam. I ten najgorszy koszmar, determinizm czasów, miejsca i rodziny w jakich się rodzisz. Jeżeli również ciężko to znosisz - nie idź na ten film. Albo idź i umęcz się tak jak ja. Bo tylko dobre filmy potrafią tak człowieka zmęczyć, skręcić. I poczuj tą paskudną ulgę, że to nie o Tobie. A przynajmniej taką nadzieję. 

As I lay dying. Kiedy umieram. NH Tournee. James Franco. Na podstawie W. Faulknera.
Ameryka, czas farmerów. W wiejskiej rodzinie umiera matka. Ojciec i piątka dzieci (w tym 4 dorosłe) wiozą ją wozem do odległej miejscowości, na cmentarz. Są takie filmy, które składają się z emocji, nie ma tam wartkiej akcji, a człowiek siedzi jak na szpilkach... "jakbyś kamień jadła".

wtorek, 14 stycznia 2014

Tęskliwie o huculszczyźnie

Podsunęli mi Kara z Gocem opowieść o świecie, którego już nie ma. Przezeń płynie wartko rzeka zwana Czeremoszem. Ona to - nieraz groźna - niesie na tratwach flisaków, którzy próbują się nauczyć jej humorów, w niej hucułki piorą, bydełko pije wodę, bawią się dzieci. Czasem groźny Czeremosz takie dziecko zabierze, to ludzie powiedzą, że ofiarę musiał zabrać. Czasem w nocy tak się woda przetoczy, że chałupy i ludzi porwie ze sobą. Tych ludzi, którzy mieszkają na jego brzegach, w górskich sadybach, hucułów, chasydów, kabalistów, gazdów, górali z Werchowyny, z ich pokręconymi nieraz historiami. Między prostymi ludźmi - tęgie głowy matematyków i mistyków. Ta opowieść pachnie mlekiem i owczą wełną, bryndzą i bundzem i teżycą, baranimi kożuchami i jedliną. I żywicą, której zapach z tego co nie pachnie, z wiatru i słońca stworzony, uwielbiał sam Jezus, jak jeszcze przed wojną włóczył się po huculszczyźnie i naprawiał przydrożne krzyże. I góry i konie... byłam w tamtych okolicach... piękne te ich huculskie góry. A w książce - fotografie... niesamowite fotografie. Czas, którego już nie ma. Ogorzałe słońcem i wiatrem twarze, mądre oczy. Gazdowie i hucułki - z nieodłącznymi fajkami! Może nieco zbyt egzaltowana ta opowieść... ale jednak piękna, piękna, tęskliwa... czasem się zastanawiam, do czego ja  tak tęsknię, jak czytam takie opowieści... może do świata uporządkowanego, uniwersum, w którym wszystko było na swoim miejscu i jak trzeba? W którym jakieś swoje miejsce znajdowali wszyscy... I Czuhajster, leśny człowiek, i potomkowie kobiety i niedźwiedzia i ten pałętający się to tu, to tam poczciwy Jezusek. Choć jak obejrzałam film "Niebiańskie żony łąkowych Maryjczyków" to pomyślałam, że dużo w tym moich wyobrażeń o tym, jak tam było dobrze, a bywało jednak wcale nie tak prosto... i głównie ciężko na co dzień. Tak też i w książce - przebijają te życiowe opowieści gdzieniegdzie, o zawiści, o śmierci. Jak to w ludzkim życiu. "Dzisiejsi mieszkańcy Huculszczyzny mimo wszystko pamiętają o prawdzie starowieku, a o ile ta pamięć jest w nich silna, o tyle Szczęść im Boże."


Książka Michała Kruszony: Huculszczyzna, opowieść kabalistyczna. W tym roku nr 2.
Film: Nebesnye zheny lugovykh mari - polecam! Opowieści o kobietach ugrofińskiego ludu Mari. Niesamowite zdjęcia, ludowe magiczne historie i życia kobiet o imionach na literę "o". Zerknijcie na zwiastun.

środa, 3 kwietnia 2013

Bohater o tysiącu twarzy

Ktoś zupełnie inny, ktoś ponad szarość świata, ktoś, kim chcielibyśmy być. Wciąż potrzebujemy historii o bohaterach. Nieustannie fascynujące są opowieści o niezwykłym człowieku, który odmienił swój los, a także w jakimś stopniu - los świata. Bohaterowie - wielcy i wspaniali, ale także "zwyczajni niezwyczajni", dnia codziennego, którzy w jakiś sposób pokonują codzienność. Ten fenomen doskonale badał Joseph Campbell w swojej książce: Bohater o tysiącu twarzy oraz w: Potędze mitu. A uświadomiłam sobie tą wciąż żywą potrzebę, szukając wspólnego mianownika dla filmów, które ostatnio obejrzałam. Filmy totalnie różne. Ale... 
Wszystkie są opowieścią o NIM. Lub o NIEJ.... 



Q. Tarantino - Django
Philippe Falardeau - Monsieur Lazhar
Malik Bendjelloul - Sugar Man
Disney Pixar - Merida The Brave

O każdym z nich mogłabym pisać wiele. Ale żeby nie nudzić, powiem tylko, że każdy z tych filmów opowiada niezwykłą historię człowieka, który przełamuje to, co nas zwykłych ludzi więzi w codzienności. Rasowe lub klasowe uprzedzenia, poprawność w szkole. Poszukiwanie mistrza lub przyjaciela. Siłę do własnego myślenia, trudy życia i marzenie o sławie. I wreszcie - odwagę do bycia sobą. Polecam Wam je wszystkie. 

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Sputnik

Kilka impresji z przeglądu filmów rosyjskich. Trzy nowe pozycje, z noworuskiego kina, trzy pozycje z klasyki kina rosyjskiego. Od klasyki zacznę i o niej będzie dłużej, bo też tak mi te filmy przypadają do serca,  jak mało które.

Stalker (Tarkowski 1979) - Dersu Uzała (Kurosawa, Nagibin 1975)- Wniebowstąpienie (Łarisa Szeptiko <sic!>1977)
Stare filmy, budowane się na rosyjskiej filozofii ( i religii należy dodać) odzierają człowieka do gołej duszy. Człowieka na ekranie, człowieka przed ekranem. Drążą "człowieczeństwo". Są trudne, są ciężkie, a jednak ta ciężkość odpowiada mi niesamowicie. W tych filmach jest mroczna wschodniosłowiańska dusza. Ta, która jednocześnie pragnie dobra, szuka go wokół siebie... i nieustannie tragicznie nie znajduje go. I cierpi.

Dobra i wiary w ludziach szuka Stalkier, tragiczny przewodnik do Zony. Ignorując niebezpieczeństwo i zakazy prowadzi tam ludzi, którzy tak jak on, zostali już bez żadnej nadziei. W komnacie, w której spełniają się najgłębsze życzenia, po wielu trudach podróży (bo tamten świat rządzi się swoimi prawami, które zna tylko psychopompos) szukają ostatniego ratunku. Nasz bohater o dobrej duszy srogo się na ludziach zawodzi i cierpi z tego powodu. Szuka w świecie wiary w dobro, wiary w cud. "Nazywają siebie inteligentami, a narząd wiary zanikł w nich zupełnie, nieużywany". Ale świat wyszydza go tylko, traktuje jak naiwne dziecko, wariata. Nie bez powodu zakazano tam ludziom wstępu. Jest tyle motywacji, dążeń, pragnień, tyle szczęść... Monologi, filozofia tego filmu... arcydzieło, panie Tarkowski. I do tego całe studium rytów przejścia i psychopomposa, jakie można by zrobić na tym filmie... Kusi. 
Monolog Pisatiela
Eksperymenty, fakty,|najwyższa prawda.Nie ma czegoś takiego jak fakty.|Zwłaszcza tutaj.To wszystko jest czyimś|idiotycznym wynalazkiem.Nie czujecie tego?Ale wy oczywiście musicie| dowiedzieć się, kto wynalazł.I po co. I na co wam ta wiedza? Czyje sumienie to obciąży? Moje?Nie mam sumienia.|Mam tylko nerwy.Jedna kanalia mnie zwymyśla|i cierpię.Inna mnie pochwali,|znowu cierpię.Włóż w to serce i duszę,|oni pożrą i serce i duszę.
Wyrzuć brudy z duszy -|zeżrą i brudy.
Wszyscy tacy oczytani. Wszyscy głodni wrażeń.
I wszyscy kłębią się dookoła,|dziennikarze, redaktorzy, krytycy,|niewydarzone babska.
I wszyscy krzyczą:|jeszcze, jeszcze!
Co ze mnie za pisarz,|kiedy nienawidzę pisania?
To dla mnie ciągła męka,|bolesne, poniżające zajęcie, jak wyciskanie hemoroidów.
Kiedyś myślałem, że moje książki|komuś pomogą.
Nikt mnie nie potrzebuje!
W dwa dni po mojej śmierci zaczną|pożerać kogoś innego.
Chciałem ich zmienić,|ale to oni zmienili mnie. Uczynili mnie na swój obraz| i podobieństwo.
Kiedyś przyszłość była|kontynuacją teraźniejszości,
zmiany wyłaniały się zza horyzontu.
Teraz przyszłość i teraźniejszość to jedno.
Czy są na to gotowi?
Oni nie chcą nic wiedzieć!|Oni tylko żrą!
Dersu Uzała, rosyjsko - japońska koprodukcja kolejnego mojego mistrza - Kurosawy. Wspaniały obraz człowieka pochodzącego z społeczeństwa tradycyjnego, zbieraczo-łowieckiego. Jego socjologii, sztuki przetrwania w tajdze, wierzeń. Ale to nie film przyrodniczy - to film o ludzkiej przyjaźni. O spotkaniach, które zmieniają całe życie. O serdeczności. O dobrej woli... która czasem jest tragiczna w skutkach. Wiele, wiele przemyśleń o dawnym i dzisiejszym sposobie życia. I o tym, jak bardzo "to co dobre" jest subiektywne... to ich cholerne subiektywne dobro... Ten film przywraca mi wiarę w przyjaźń, która przekracza wszelkie granice.
 

Wniebowstąpienie rozbiera do kości istotę ludzką. Pokazują nam swoje trzewia główni bohaterowie. Partyzant, który składa życie na ołtarzu idei - nie poddaje się twardej ręce katów, umiera z wzrokiem jasnym i uśmiechem dając innym wiarę w sens oporu. Jego przyjaciel, również pojmany partyzant, który za główną zasadę uznaje jednak: przeżyć! A potem się zobaczy, bo martwemu to już nic nie pomoże. I zostaje na koniec sam ze swoim pasem od spodni i szeptem bab "Juda...". Matka, która przypadkowo posądzona o pomaganie partyzantom, aby ratować siebie i swoje dzieci - skaże inne dziecko na śmierć. I wreszcie Prokutator, który robi żywy eksperyment na ludziach, obiera każdego jak z łupiny i patrzy chłodnym okiem  na to, co który ma w środku, obserwuje jak się wiją w obliczu śmierci. Człowiek odarty do gołej duszy. Przez człowieka.  
Przemowa Prokuratora:  
Zaraz się pan przekona, czym w rzeczywistości jest ścierwo. Proszę się nie zdziwić, ale to nie ja nim będę tylko pan. Odkryje pan w sobie takie rzeczy, że do głowy by panu nie przyszło. Zniknie pańskie nieprzejednanie i fanatyczny błysk oczu. Otworzą się i wylezie z nich strach. Tak, tak...Strach przed utratą tejże właśnie skóry. Na koniec stanie się pan sobą samym. Zwykłą ludzką nicością, nafaszerowaną zwykłym gównem. Bez wielkich słów i tych pańskich fanaberii. Tak... Tu leży prawda.Właśnie dlatego pan mi nie ubliżył. Nie...Wiem czym naprawdę jest człowiek. Pan również się dowie.
 
  


Ja toże choczu! (Balabanov) - Beduin (Voloszin) - Palacz (Balabanov)

Kino rosyjskie w ogóle jest w mojej opinii dosyć ciężkie, a jednak nowororyjskie kino jest jeszcze do tego brutalne, a zwłaszcza filmy Bałabanowa, choć z trzech obejrzanych Beduin wcale mu pod tym względem nie ustępuje. Czy stare filmy nie były brutalne... były. A jednak inna była ta brutalność, była stosowana w filmie jako środek do czegoś, ewentualnie pokazanie zepsutej natury jednostki ludzkiej. A tutaj ta brutalnosć jest po prostu z siły i głupoty, dlatego że można być brutalnym, silnym i bogatym. Owszem, nadal jest to próba opowieści o człowieku, a jednak zupełnie inna niż w starych ruskich filmach, dla mnie - dużo płytsza. Miejsce poszukiwania dobra zajmuje poszukiwanie szczęścia... i jest to szczęście zupełnie różne w pragnieniach nowobogackich gangsterów i ludzi biednych, tragicznie zmagających się z losem. 
W pierwszym obrazie grupa przypadkowych ludzi wyprawia się do komnaty, która daje szczęście (analogia do Zony nasuwa się sama). A jednak nie wszystkim się to szczęście dostaje, niektórzy tylko powtarzają pusto - ja też chcę! W Beduinie kobieta, której córeczka choruje na raka, aby zdobyć pieniądze na operację wynajmuje się jako surogatka parze gejów, z czego bogaty facet pomiata przygruchanym azjatyckim partnerem ("beze mnie byś tam zgnił na budowie gastarbeiter), główną bohaterką i całym światem przy okazji. Sytuacja oczywiście z dnia na dzień się zapętla i kobietę oplątuje pajęczyna rozpaczy kolejnymi nitkami. Wszystko oczywiście rozbija się o pieniądze, które dyktują wszystko - to się akurat przez lata nie zmieniło... a drobne chwile upragnionego szczęścia bardzo są w tym filmie gorzkie.

Ostatni obraz to opowieść najbliższa starym filmom. Palacz zdecydowanie ratuje honor kina noworuskiego. Jest to opowieść o człowieku, który niczego dla siebie wielkiego nie pragnie. Bohater wojenny, który po wojnie prowadzi samotne życie na uboczu, wykonując prostą ale podłą pracę palacza i próbując spełnić swoje marzenie - w przerwach między paleniem w piecach pisze książkę na maszynie. Wykorzystuje go córka, wykorzystują go koledzy z wojska do swoich celów. Działając w swoim interesie odbierają mu wszystko, co jeszcze miał. Kaczegar więc z honorem i godnością pokazuje, że wcale nie jest taki niedołężny jakby im się wszystkim zdawało, bierze odwet na "kolegach" i odbiera sobie sam tą jedyną rzecz, jaka mu jeszcze pozostała. Smutny, przejmujący obraz. W tym nowym, brutalnym, gangsterskim świecie Rosji - człowiek starych zasad i honoru. I nauka o tym, że to szczęście, modnie ubrane, wymalowane i błyszczące, za którym wszyscy z wywieszonymi jęzorami i z giwerami na wierzchu gonią - to zdecydowanie błędny kierunek.
I może nie taki zły był ten na pozór płytki, pierwszy film Bałabanowa, w którym wszyscy na oślep pędzą, nie wiadomo gdzie i po co, pragnąc nie wiadomo jakiego szczęścia i powtarzają pusto w kółko: ja też chcę.... ja też chcę!
P.S. Żeby ktoś nie pomyślał, że nowe rosyjskie kino mam za nic - ukłon wielki dla współczesnego mistrza kinematografii rosyjskiej Zwiagincewa. Polecam bezsprzecznie oraz chylę czoła i kapelusza. 

poniedziałek, 5 listopada 2012

Samsara

Jak opisać w kilku słowach tysiąc kłębiących się myśli? Jak w grupie dziewcząt dostrzec jedną boginię... patrzącą miłościwie i z odległości na koło czasu, koło życia i śmierci, na cały nasz ludzki maluczki gatunek, w którym każdej małej mrówce wydaje się, że jest najważniejsza na świecie...
Ron Fricke film "Samsara". Czuję, że nie mogę go tak zostawić, kłębią mi się myśli, buzuje jak pod fajerkami. Muszę je zebrać i opowiedzieć. Już dawno żaden film nie zrobił na mnie tak mocnego wrażenia. 

Zacznę jednak od innego filmu Rona Fricke - Baraki (1992). Naprawdę warto obejrzeć oba filmy razem lub w niewielkim odstępie czasu, a nawet w odwrotnej kolejności. Te same miejsca, ale w innej epoce. Koło czasu. Baraka to medytacja nad błogosławieństwem (Baraka arab. "błogosławieństwo"), które nasz gatunek otrzymał od boga/bogów. Przeplatające się obrazy religii i rytuałów, od aborygenów, przez Polinezję do ściany płaczu. Mimo, że już powoli zaczyna zahaczać o naszą współczesną cywilizację, kpiąc z niej lekko i porównując nasz codzienny bieg i pęd, do fermy kurcząt, które los niesie w kierunku  nieuniknionego przeznaczenia, mimo że każde stara się krzyczeć jak najgłośniej - Baraka jest dla mnie filmem pozytywnym. To zachwyt nad człowiekiem i jego wiarą. Nad tym w jak różny sposób wyraża swoje przeczucie o istnieniu czegoś więcej, czegoś ponad. Zachwyt nad naturą i tymi rytami ludzkości, które poszukują w świecie mistycznego pierwiastka, błogosławieni - czy to derwisze, czy chasydzi, masajowie czy polinezyjczycy. Obrazy są pozytywne, nawet chłopiec puszczający w slumsach latawiec sprawia, że myślę o nadziei, czuję ciepło w sercu.
(* - kto zauważył, że w filmie The Fall (polski straszny tytuł Magia Uczuć) wykorzystano tematy z Baraki?) 

Samsara jest inna. Koło życia i śmierci naszego gatunku coraz bardziej się zapętla. Moja towarzyszka Obywatelka po wyjściu z kina powiedziała: "strasznie mnie ten film zasmucił". Czy istnieje piękno, które budzi smutek? Czy istnieje smutek, który da się pokazać pięknie? 
Myśląc o tym filmie, myślę parami przymiotników.
Zachwycający i smutny. Piękny i straszny. Jesteśmy koroną stworzenia. Jesteśmy autodestrukcją i własnym upadkiem. 
Nie wstydzę się przyznać, że na tym filmie płynęły mi łzy. Płakałam razem z gejszą nad malowanymi lalkami Japonii. Płakałam razem z Lisą Gerard nad maszynami do produkcji żywności, w jakie zamieniły się zwierzęta. Płakałam nad losem matki, która karmi swoje dzieci, nie mogąc na nie spojrzeć. Ludzie patrzący wprost w kamerę, w milczeniu, na mnie. Niesamowity chwyt reżysera. Przenikający mnie do rdzenia kości. Migdałowe oczy małych buddyjskich mnichów, oczy Japonki w fabryce, jedyne co widać spod jej kombinezonu. Kobiety w burkach tuż przy plakacie młodych mężczyzn w slipkach. Kobieta niosąca na głowie ciężkie worki, za swoim mężczyzną który niesie w ręce reklamówkę. Kobieta - strażniczka więzienna chłodno obserwująca synchroniczną gimnastykę więźniów w Korei. Niesamowite zderzenia obrazów. Życie i śmierć splecione w wiecznym uścisku. Prostymi środkami ten człowiek mówi o wszystkim. Mami pięknem wojny, błyszczącymi nabojami, pięknymi defiladami i jednym obrazem ludzkiej twarzy stawia widza do pionu. Już się zachwyciłeś? Piękne prawda? To teraz spójrz. Spójrz w oczy tym, którzy znają ciemną stronę tego piękna. Zobacz jacy jesteśmy piękni i straszni zarazem. Wszyscy tacy sami, a tak różnie przez czas i miejsce porozmieszczani, poustawiani w rozkładzie sił. 

Wiele tematów Samsary pochodzi z Baraki. To tylko dwadzieścia lat, krótka dwukrotna dekada, cóż to w porównaniu z wiecznością. Widzimy to samo tokijskie metro, to samo największe skrzyżowanie. Ruch uliczny - jednak już inny niż wtenczas, inni ludzie, inne fryzury. Za to taka sama ilość ludzi żyjących na wysypiskach śmieci. Wciąż, mimo upływu lat,  Koło czasu, mimo zmian. Wciąż mali chłopcy puszczają latawce w slumsach. Wciąż kobiety o twarzach lalek oferują swoje smukłe ciała i smutne oczy. Wciąż przebiegamy ulice tysiącami małych dróg, w pędzie, nie wiadomo dokąd i po co. Wciąż buddyjscy mnisi wysoko nad nami modlą się za pokój i harmonię świata i rozsyłają swoje modlitwy na wiatr. Wciąż pielgrzymi wirują wokół Kaaby, axis mundi, oś podtrzymująca świat. Wciąż istniejemy a jednak... gdzie dziś jest sens w tym naszym istnieniu? Czy aborygeni nie mieli go więcej, nie czuli życia pełniej we wszystkich jego przejawach...? Jak bardzo determinuje nas miejsce, w którym się urodziliśmy i jaki to ma wpływ na nasze odczuwanie życia? Ludzie wszystkich kultur tulący swoje dzieci odpowiadają mi sami... 

Nieustannie tłukło mi się w głowie pytanie - w jaką stronę zmierzamy, my ludzie, jako gatunek? Kim jesteśmy? Po co zapętlamy się w to wszystko? Co stało się z naszym pięknem? Tym które dostrzegaliśmy przez wieki w świecie wokół siebie, z tym które nosimy w sobie... Jaki sens ma to, że żyjemy? Po co rodzimy się i umieramy nieustannie? Jak to się stało, że życie przestaje mieć wartość? Życie ludzi, życie zwierząt. Czuję smutek, jakby wszystkie rytuały z Baraki nie dały nic i tak coraz bardziej odchodzimy od mądrości, którą niosły nam dawne religie. Od świata, od natury, od siebie nawzajem. Zostają tylko martwe rysunki na skałach i obojętne gwiazdy, które niezależnie od tego co ten śmieszny dwunogi gatunek wyprawia tam na dole - i tak płyną nad nami swoim odwiecznym rytmem. Słońce wschodzi i zachodzi, przypływy i odpływy, przyroda budzi się i zasypia. Często na filmach postapokaliptycznych zastanawiam się, jak szybko przyroda odzyskałaby swoje królestwo, gdybyśmy zniknęli. Zasypane piachem mieszkania odpowiadają mi na to pytanie... 
Po tym filmie nie mam optymistycznych przemyśleń. Cywilizacja betonowych klocków już stoi u bram piramid. W końcu wchłonie całą mądrość jaką mieliśmy. Być może. 

Cenię sobie twórczość, która zmusza ludzi do myślenia, stawia przed obrazami, których nie da się łatwo zapomnieć. I dlatego każdemu polecę ten film. Te dwa filmy. Zobaczcie, zastanówcie się, pomyślcie. Teraz nasze życie, nasz czas. Każda mała rzecz jest ważna. sami tkamy swoją codzienność, swoją jakość życia.  

Ron Fricke. Baraka. 1992 

Ron Fricke. Samsara. 2012


Na koniec końców nie mogę nie wspomnieć o niesamowitych, wypieszczonych kadrach zdjęć w tym filmie. Każde na ścianę. Ron Fricke to mistrz spojrzenia. Długiego i przeciągłego i tego zatrzymanego na kilka sekund. Do tego przejmujący głos Lisy Gerard... która lamentuje nad losem człowieka... Często w kinie macie dreszcze? ...