Co tu znajdziesz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Folk.kochanie w duszy granie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Folk.kochanie w duszy granie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 listopada 2015

Folk na Śląsku not dead!

Ta jesień jest ogromnie intensywna folkowo. Nie będę po raz milionowy pisać, że nie ogarniam - bo naprawdę staram się ogarniać! Tyle fajnego się dzieje! Tyle fajnych ludzi chce coś folkowego robić!(+ tu następują kolejne zdania z wykrzyknikami, jeszcze przez chwilę).

Jest czas na zabawę!
Wreszcie udało nam się ściągnąć na Śląsk Mistrza Polskich Tańców Tradycyjnych (w formach niestylizowanych) Piotra Zgorzelskiego. Tym bardziej cieszy, że mógł zobaczyć, że Śląsk nie jest folkowo martwy! Razem z nim spędziliśmy intensywne dwa dni przytupasów, obertasów, mazurków mazureczków, potykania się, deptania po palcach (pozdrawiam mojego Partnera!), śmiechu i zmęczenia, całą świetną grupą ludzi chętnych do nauki! KarOlku jak ja bardzo Wam dziękuję za współzrobienie tego wszystkiego i za świetne przy tym podejście do życia! 
Ale to jeszcze nie wszystko, bo wieczorem była IV śląska potańcówka folkowa przy muzyce tradycyjnej na żywo! Kapela Szwedów z Przyjaciółmi i Kapela Bałamutki pogrywały, a wszyscy wirowali i tańcowali. Najbardziej się cieszę z tłumu chętnych na warsztaty, z uśmiechniętej kapeli, z łapania tchu przy schodzeniu z parkietu i z siniaków od klaskania. To znaczy, że to wszystko żyje, wiruje w rytm muzyki - którą bądź co bądź mamy w genach, po naszych dziadkach. Muzyki, która ma niezwykłą energię i moc. Nie jest pięknie dystyngowana i wystylizowana, nie jest ładna i poprawna - ma w sobie szaleństwo dusznej nocy, zmęczenie nóg i pot na koszuli, zmęczone palce skrzypka i rwany oddech, ale taki właśnie ten taniec jest, z nutą naszego polskiego szaleństwa i jego energią, do upadłego. Uwielbiam!


Jest czas na zabawę, jest czas na zadumę.
Tydzień później spotkaliśmy się na cmentarzu ewangelickim przy ul. Francuskiej, żeby przy okazji świąt przesilenia (wszystkich tradycji) śpiewać o śmierci i duszy. "Wyleciała dusza z ciała, na nowej mogile siadła..." Jest to nasza stara tradycja, słowiańska, polska, śląska, chrześcijańska, żeby śpiewać w tym czasie. O duszy, o śmierci. Śpiewem żegnać tych, którzy odeszli, dawać pokrzepienie tym, którzy zostali. Śpiewano też na uroczystościach żałobnych i podczas czuwania przy zmarłym. W tekstach to dusza żegna się z wszystkim, co zostało na tym świecie. Dla mnie są to bardzo poruszające tematy... piękne melodie, naprawdę długie pieśni, śpiewane mocno lub delikatnie. Tym bardziej cieszę się ogromnie, że tylu ludzi przyszło, tylu ludzi się do nas dołączyło. Myślałam podczas spotkania o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy śpiewa się myśląc o kimś konkretnym... o tym, że inaczej te pieśni śpiewa młodość, inaczej starość. Inne emocje w nie wkłada, inne struny trąca. Jednym daje nadzieję, że "wnijdziem do raju niebieskiego", innym przypomina o dobrym życiu. Naprawdę dziękuję wszystkim i specjalnie bardzo Beacie L., to spotkanie przyniosło mi niezwykłą mieszankę radości i smutku. 


To jeszcze nie koniec. Będzie się działo. Śląsku, folk not dead! Folk i tradycją są tu, wśród nas, wciąż żywe, piękne, rumiane - mają się świetnie! Autorem wszystkich pięknych zdjęć jest szalony fotograf - podróżnik Leszek Szczasny! Oprócz tego jednego, które zrobił Jukka Make. Uchwycił to, co krążyło tego dnia między nami. Coś niezwykłego. 


Wierzę w znaki. Nie mogę przy tej pieśni nie płakać. Wysyłam w niebo dobre wspomnienia i myśli. Milka Mrózek, kiedy ja śpiewałam, szła tam, gdzie kwitnie róża z leliją... A tak bardzo lubiła lilie. Może na nas wejrzała przez chwilę, właśnie wtedy, kiedy z całą mocą i zaangażowaniem śpiewałam tę pieśń, nie wiedząc, że to dla niej. 31.10.2015.

Jedną garstką ziemi gdy przykryty będę, 
Wnet boleści życia, cierpień się pozbędę,
Jedna garstka ziemi za wszystko mi stanie, 
Za nią wieczne szczęście, wieczne królowanie.
Jeżeli jesteście przyjaciółmi mymi,
Niech mi każdy rzuci jedną garstkę ziemi.
Jedną garstką ziemi gdy mnie przysypiecie, 
Wszystkie me niedole skończą się na świecie.
Jedna garstka ziemi, lekarstwo na rany,
Nie jęczy, nie cierpi, ziemią przysypany.
Nic nas nie zaboli, nic nas nie zasmuci, 
Gdy nam dłoń przyjazna garstkę ziemi rzuci.

czwartek, 23 lipca 2015

Wielka Wędrówka - Folkowisko 2015


Wielka Wędrówka Festiwal Folkowisko 2015

Wyruszamy radosną ekipą i po drodze oczywiście słuchamy Joryja Kłoca (ale też układamy limeryki, wiecie jak trudno znaleźć rym do: Gorajec?) i ścigamy się - ba! wygrywamy!- z Krakowem, a nawet z Gdańskiem! Wyskakujemy z autka prosto w objęcia Chutorzan, diobeł stoi u wrót i kusi nas bimberkiem z prawej i lewej, więc lepiej jest szybko rozbić namiot, żeby potem mieć do czego trafić. Ognisko i śpiewy, i gwiaździsta noc nad nami, i to poczucie, że następne dni będą piękne. Łooj i były! Troszkę żal, kiedy dzieje się kilka rzeczy na raz i zawsze się coś traci, nie da się być w kilku miejscach i nie da się porozmawiać ze wszystkimi... ale robiliśmy, co się dało! Będzie to relacja z mojego Folkowiska, trochę przesiedzianego pod drzewem, a trochę za cerkwią... które upłynęło mi pod hasłami: ludzie, muzyka... szydełko! Zacznę od końca :-) (Limłyk by Iza)


Raz pewien turysta z Gorajca
W Pieninach uciął se jajca! 
Zamówił z Lichenia 
urnę z kamienia 
i rzucił się do Dunajca! 

Szydło, wędrówki dookoła drzewa
Umówiliśmy się na wędrówki szydłem dookoła drzewa i ubieranie go kolorową włóczką. Dobre ludzie obdarowały mnie resztkami włóczki (dzięki Gabi, Marzena i Maciek!), nowe bambusowe szydła przypłynęły z CHRL (dzięki Monika!). No i pierwsze dnia zasiedliśmy na kocyku, żeby zacząć, a wtedy... Łu, ale ja nie umiem, pokażesz mi jak? No i tak zostałam instruktorką szydła dla dużych, małych i... gości zza granicy! Okazało się, że po angolsku też się da wytłumaczyć co się robi z szydłem. Na szczęście byli też tacy, co umieli, a potem nawet dołączyli do nas specjaliści od dziergania! Było to bardzo miłe, kiedy spotykałam to tu to tam dziergających. "Siedzę sobie i widzę, ktoś szydełkuje. O, fajnie, dawno nie szydełkowałam, też bym chciała. Za chwilę patrzę, następna osoba. Potem trzecia. O coś musi chodzić!" Jak patrzę na zdjęcia, to myślę sobie, że szydełkowanie daje szczęście! Rozłożyła mnie na łopatki Halka, dziergająca podczas potańcówki, pod latarnią, w nocy. Nie tańczysz? "Muszę skończyć ten rządek!" i jeszcze Gosia z rozmarzeniem w głosie: "jak jechałam na rowerze to tak sobie myślałam o tym, jak wrócę, jaką włóczkę wezmę i jak poszydełkuję..." haha! Radooość! Proszę państwa, oto Chutorski Przytulak! Tadaaaa! Dziergany dniem, nocą, w słońcu i w deszczu! Ciutkę mi tylko szkoda, że przez dzierganie odpuściłam kilka innych punktów programu, ale jak już pisałam, nie da się wszystkiego (a szkoda!). Za to zasypię Was zdjęciami - zdjęciami uśmiechniętych ludzików! A jak się dzierga przy drzewie, na którym wisi hamak, na którym co chwilę ktoś zasiada, to można bardzo ciekawe rozmowy odbyć! Oj bardzo! Pozdrowienia dla rozmówców!



Ludziki
Znów będę za nimi przez rok tęsknić... za familią Piotrowskich&friends, za bandą zwariowanych z całej Polski - i nie tylko. Za tych, co się cieszą z tego, że mogą podskoczyć w rzeczce, która sięga do kostek, co tańczą, śpiewają, przytupują, za czeszkami, które tańczą w strugach deszczu flamenco o poranku, za Nozumi, skaczącą w ludowym stroju polskim, w worku na ziemniaki, za Marcinowym hip!hip! (odzew zawsze i wszędzie z każdej strony: gromkie Hurra!), za przysiadaniem gdzie bądź i rozmowami na tematy wszelkie. Za spontanicznym śpiewaniem i za nalewkami Koła Gospodyń Wiejskich (chyba mi zadek urósł od ilości zjedzonych ciast... i trzech wegańskich obiadów dziennie). 

Temat główny - Wielka Wędrówka. Wędrówkę ludzie mają w sobie, (być może nie wszyscy), ale zasiedlanie nowych terenów stoi u podstaw naszego gatunku. Jak długo jeszcze? Smutne wieści teraz z Chin. Nie przestaniemy się nigdy przemieszczać, ale jaki będzie świat bez tradycyjnych nomadów, niosących towary i opowieści, uciekających od osiadłego życia? Wiem, że są też "nowi nomadzi", ale jednak... czy ten świat musi zniknąć? Tymczasem znów w Gorajcu zbiegły się nasze liczne drogi, włóczykijów, podróżników, pracujących za granicą, powracających z podróży lub będących w trasie. Zastanawiamy się nad wędrowaniem, pochodzeniem, zastanawiamy się nad korzeniem. Zastanawiamy się też nad nową grupą społeczną "nowych wieśniaków" czyli ludzi nie-ze-wsi, którzy teraz na wieś się przeprowadzają, ale np. pracują w mieście. Co myśli o nich "stara wieś", jak nowi to swoje miejsce traktują? Przychodzi do nas wieczorem jeden z nielicznych już mieszkańców Gorajca (kiedyś naprawdę było tu sporo mieszkańców...) i zauważamy, że mimo wszystko, mimo całej do niego sympatii, mimo deklaracji miłości do wiejskości... traktujemy go inaczej. Wykręcamy się od tańca, trochę uciekamy... nie chcę wysnuwać zbyt mocnych wniosków, a jednak myśli i pytania same się meldują. Już dawno L-S pisał o naturalnej ludzkiej skłonności do dzielenia świata na my-oni. Ci inni, Ci obcy. Czy jesteśmy w stanie to przeskoczyć na kolejnych stopniach cywilizacyjnego wtajemniczenia?
Nurtowała mnie smagła ciemnooka uroda KB, nie wytrzymuję i podpytuję. Masz jakiegoś południowego przodka? Nic o tym w rodzinie nie wiedzą. Ale jej uroda, jej ciemne sprężynki na głowie mają swoją własną opowieść, może o ślicznej ciemnookiej dziewczynie, którą przywędrowała z wędrownym ludem i z miłości osiadła w jakiejś wiosce. A może o przystojnym ciemnookim żołnierzu. A może o czyimś pachołku, a może o spotkaniu kultur i fascynacji czarnymi kędziorami... czyż to nie jest ciekawe, jakie tajemnice i jakie opowieści kryją nasze rodzinne sagi?
Chutor Gorajec, Folkowisko - banda wariatów, którzy są w stanie dokonać każdego szaleństwa. Na przykład adoptować rzeczkę Gnojnik i skakać w wodzie po kostki w eleganckich ciuszkach, drąc się przez megafon HiHip-Hurra! Żeby rozruszać towarzystwo w deszczowy dzień tańczyć flamenco w strugach deszczu, zachęcając do spożywania zielonych ogórków. Spotykać ludzi z Japonii z polską kulturą ludową (Nozomi, nigdzie czegoś takiego nie przeżyjesz!), uczyć tańców cygańskich albo szaleć do estońskich inkantacji. Tylko tutaj, tylko z NIMI, niech moje, niech nasze drogi zawsze mają tam punkt zbiegu! 


Muzyka
Lubię odkrywać fajny zespół na koncercie. Nie przesłuchiwałam wcześniej gwiazd Folkowiska, za to prawie mi kończyny odpadły od skakania i mam zakwasy w udach. Auuuuu! Największe wrażenie zrobił na mnie Trad.Attack z Estonii (poniżej, odkrycie roku!), bardzo Wam polecam! Ale i Bohemian Batyars (Węgrzy), i nasza rodzima Hańba po prostu rozbili system na kawałki, nie wiem jakim cudem utrzymaliśmy tempo skakania! Było bosssko! Muszę też napisać o wspaniałej pracy z Natalią, o śpiewaniu za cerkwią (to pachnące drewno...) i o rozluźnieniu, zespoleniu głosów i wyciszeniu... Natalia wycięła mnie na cały jeden dzień z Folkowiska i przeniosła w inny świat. Czułam się tam po prostu doskonale - to zasługa prowadzącej i wszystkich współśpiewaczy. A w ostatni wieczór potańcówka tradycyjna (jak zawsze uwielbiam), a w ogóle to... wiecie co... już odliczam do FF 2016! Choć kto wie, gdzie wtedy wszyscy będziemy...


A tutaj szał, cały ogrom zdjęć Wujaszka, polecam! Tylko jeden jest taki fotograf, który w środek młynu pod scenę wciąga drabinę i balansuje, żeby mieć TAKIE ujęcia! Hip hip!....hurra!
Kiedy wróciliśmy z festiwalu był nów, w nowiu mam dziwne sny i zauważam różne znaki (które nie zawsze umiem odczytać). Ale ten, który chcę opisać był jednoznaczny - kiedy rano wstajemy po powrocie z Folkowiska w Trójce grają utwór, naprawdę mało popularny, który trzy dni wcześniej coverowały Janki na Festiwalu Folkowisko! Przez cały dzień jeszcze jestem odpłynięta, bo powrót do rzeczywistości po tych kilku dniach jest baaaardzo trudny. Po braku telefonu, Internetu, po dobrym jedzonku, snuciu się po trawie i wśród zbóż, śpiewaniu za cerkwią, spaniu w namiocie i słuchaniu wiatru, po koncertach, na których macha się wszystkimi kończynami aż do zakwasów, po tych wszystkich uśmiechach dookoła siebie, po kolorowej spódnicy i szydełkowaniu po kątach... W tym roku motto Folkowiska brzmiało "w wielkiej wędrówce szukając samego siebie zawsze wracamy w to samo miejsce". Oby tak właśnie było. Chutor Gorajec i myy, niespokojne duchy i wieczne wędrowniczki - z Joasią w roku 2014 (Damian Sz.) i 2015 (by Goś i z miszczem 2go planu Michem). "Obyśmy miały takie co roku!"

środa, 8 lipca 2015

Recepta na wszystko


Dziś wyglądam jak moja ukochana Vanessa Ives w swoim badhairday. Nerwy, emocje, irytacje, smutki. Dopiero co człowiek zasnął mieląc w głowie i zastanawiając się nad swoim losem, sensem, nad złudnym pozorem stabilizacji i nad celowością... Wszystkiego przez duże W, czasem długo nie można zasnąć w duszną noc. I kiedy wreszcie się udaje, nad ranem wyrywa z łóżka odgłos grzmotu. Wyskakuję jak tygrysica, żeby nie zwiało mięty z parapetu, a potem leżę i słucham odgłosów i półśnię patrząc na drzewa szarpane w szale wiatru. 

O dziwo martwię się w nocy słuchając tego deszczu... o drzewa i o zboże. Może odezwał się we mnie jakiś uśpiony gen moich przodków, którzy słysząc taką nawałnicę zapalali gromnicę żeby ochronić się od piorunów i martwili się o zbiory, co by im wichura - wiedźma nie połamała zboża. Czasem mam nieodparte wrażenie, że tak jak ja mocno odczuwam pogodę, tak ona mocno odczuwa moje nastroje... to nie pierwsza taka nawałnica outside, gdy we mnie szaleje coś inside.

Delikatnie zmienię temat. Udało mi się w tym roku być w Kazimierzu na 49 Ogólnopolskim Festiwalu Kapel Ludowych, oglądać wielobarwne stroje z różnych regionów - zawsze mnie intryguje JAK do tego doszło, że od noszenia chustek, cała wieś doszła do noszenia krochmalonych koron na głowie. Moda dmie kędy chce. A mówiłam Wam, że moja prababcia była prekursorką noszenia (po austryjacku) krótszych sukni na Śląsku Cieszyńskim? Może byłaby teraz dumna, że tańczyłam do świtu w Klubie Tyndyryndy, a potem mogłam patrzeć w półmroku-półświcie na spokojnie płynącą Wisłę. Chciałabym mieć w sobie spokój tej rzeki, zamiast tego niepokoju, który nieustannie we mnie płynie. No i udało się zarazić Kasika (a nawet Joasię!) tańczeniem, wirowaniem i przyjemnością "posiadania licznych partnerów", i tym poczuciem "czemu ja tego nie znałam wcześniej? czemu mi nikt nie powiedział, że to jest takie fajne?!". Też to mam, to poczucie. Kasik i Krystian w wirze, zdjęcie - Arek Sz.


 

Festiwal Folkowisko coraz bliżej, znów więcej myślę o wiejskości. Cały czas też mielę i diagnozuję to, co chciałabym zbadać w projekcie, staram się postawić pytania, znaleźć drogę do odpowiedzi. Znacie to porównanie umysłu kobiety do przeglądarki, w której non stop jest otwarta mnogość okien i w każdym coś gra albo leci jakiś film? Idealne. Ja tak mam. Non stop. Oszaleć czasem można. Wszystkie lampki choinkowe się palą, migoczą i grają melodyjki w mojej głowie. Jak zawsze wydaje mi się, że najlepszym pomysłem na wszystkie troski jest... wyjechać. Daleko, w inną przestrzeń, w zmartwienia "nie mam kaloszy" i "co by tu zjeść" zamiast: kim jestem, czego chcę i dokąd zmierzam, i czy na pewno tą dobrą ścieżką kroczę? Obejrzeć swoje własne myśli i działania z dystansu. Leżeć na trawie i grać w paletki, słuchać muzyki. No nic to, tak więc dziś trzeba się spakować i... w drogę! 
Na wschód! Uprasza się, żeby burze i deszcze akurat zwiedzały inną część Polski. 

wtorek, 5 maja 2015

Bum cyk cyk

Virus który mnie dopadł, choć przysięgam, że go nie zaczepiałam i broniłam się - nie dał mi szans i wyautował z życia na jakiś czas. W takim stanie chce mi się tylko spać, nie mogę myśleć, przegrzewają się styki i kręci w głowie. Jeżeli ktoś ma jakiś sprytny sposób na poprawienie odporności zatok to proszę, proooszę, bo ja co trzy miesiące ląduję w takim uroczym stanie. Kiedyś oczywiście nienawidziłam czapek, teraz pokutuję i żałuję, i zawsze mam przy sobie cienką czapkę - co i tak nic nie zmienia, chorują i już. Jeżeli zobaczycie kogoś w czapce teraz, kiedy w sumie jest już ciepło - pewnie będę to ja, paranoicznie przerażona powiewami wiatru - ale już mam dość, już chcę być zdrowa i tyle. I nie jestę hipsterę. 

Człowiek sobie myśli, że jest niezniszczalny. Myśli sobie też, że ma w dupie te wszystkie "przecież już jesteś po 30! teraz wszystko będzie inaczej, zobaczysz, organizm już nie będzie taki prężny i regenerujący się!". Czasem może to błąd. A ja nadal uważam, że wiek 30-40 lat to kwiat wieku "ten moment kiedy wszystko jest możliwe, ale już wiadomo, że nie wszystkiego warto spróbować" [bator, wyspa łza], stan idealny. Ale tak, i ja, i osoby mi bliskie - często się przesilamy. Bo trzeba już, bo przecież tylko teraz, no bo dam radę, bo już obiecane... no i bo wszystkiego by się chciało (to ja). Tymczasem bez odpoczynku organizm sam się upomina, żeby o niego zadbać. Mimo tego, czasem mu nie odpuszczamy. 


No i z katarami, ciężkimi łebkami i chrząkaniem w gardle - jedziemy mimo ostrzeżeń organizmów na Wszystkie Mazurki Świata. I na chwilę staje się warszawski cud, jakoś odżywamy. A może to tylko efekt sauny, jaką przeżyliśmy stojąc w gigantycznym korku przy wjeździe do Warszawy albo raczej już we W. Bita godzina smażenia się i pomstowania na każde wpychające się przed nas autko, liczenia panu na bieżni okrążeń i zawistnego zerkania na rolkarzy mijających nas z prędkością światła. Uorsou, stolyca, betonowa dżungla. Po raz kolejny myślę, że jest takie miejsce na świecie, gdzie nie chciałabym nawet pomieszkać. (Niebieska nuta orientu, stacja Politechnika). 

Mimo to bardzo jest przyjemnie, warszawa zwiosenniała, dziwne jest uczucie jechania pod rzeką (pod? jak to pod. nie ma "pod rzeką". rzeka jest i już), wleczemy się przez stare miasto aż do Wisły, kamienie nagrzewają się powoli w słońcu. Już z daleka widać, że ciągniemy w punkt zbiegu "dziwnych ludzi" kolorowo ubranych, z instrumentami pod pachą. Forteca, targowisko instrumentów, wchodzimy w totalną kakofonię. Ktoś trąbi, coś ćwierka, z boku skrzypce i bęben piłują mazurka, ktoś prezentuje lirę, ktoś gra "ona tańczy dla mnie" na akordeonie (tia...). Cudny chaos! Idziemy patrzeć jak uczą tańców góralskich, za chwilę ktoś daje mi kartkę i próbujemy nadążyć z tekstem za Gołcuniankami, to znikamy sobie z pola widzenia, to się odnajdujemy, to wpadamy na kogoś znajomego. Wynoszę stamtąd bęben od Pana Piotra Sikory z mazowieckiego, cielak na wierzbie, bum cyk cyk. Kiedy martwię się, czy nie za ciężki Pan Piotr zniecierpliwiony macha ręką "A tam, że jak, trzydziestka nie da rady?! A no jak nie da..." No ja nie dam? Dam, jak bum cyk cyk. Drżyjcie sąsiedzi, bo teraz bendem siem uczyć. 


Wieczorem potańc, wirujemy lub próbujemy wirować, tupiemy lub przepraszamy palce partnerów, próbujemy tak i siak, ocieramy czoła ze zmęczenia kiedy kolejne kapele wskakują na scenę. Ania mówi, że dostaje kręćka w tym ceglanym pomieszczeniu okrągłym, które wszędzie wygląda tak samo i gdyby nie scena to w ogóle by zwariowała-zawirowała się na amen. Gosiunia Królowa Pszczół i Mi wbijają się ostatnim tańcem na pierwsze nagranie, gwiazdeczki z Kapelą Maliszów! Posłuchajcie (niestety vimeo nie pozwala na wlepienie filmiku)!

Nikogo nie kochom ino muzykusa Jak muzykus zagro raduje sie dusa
Nie daj mie mamusiu ino mie obiecuj a bedzies wódke piła a calusińki wiecór 
Oj cyja ta dziewcyna w ty cyrwony halce chciałem jum pogłaskać pogryzła mi palce 

Na koniec chciałam podziękować Kindze za dobre słowo o pstrokatości, fajnie się człowiekowi robi, kiedy się okazuje spontanicznie, że ktoś tu zagląda, że czyta - że mu się podoba! No i fajne są takie spotkania, kiedy zapoznają się dwie osoby i nagle obie wołają: idealnie, właśnie Ciebie potrzebowałam, z nieba mi spadłaś, ja Ci wszystko powiem co i jak! (Tu buziaki też dla Gosi!) I naszym gospodarzom za przechowanie i za Śniadanie przez duże Ś i współtancerzom i choremu Mi, który dzielnie nas transportował i w ogóle wszystkim, dzięki którym jakoś nagle ozdrowiałam i tańczyłam przez pół nocy! Ale to magia tańca była i w poniedziałek z powrotem parter zamiast parkietu. Dobrze, że Pani dr tego nie wie, co się działo, ale.... może mi się to tylko śniło... śniły mi się tańce przytupańce i dziwne dźwięki... i to warszawskie słońce na bruku... i właściwie mogłabym tak stwierdzić, gdyby nie stojący przy łóżku bum cyk cyk.

W majówkę wreszcie zdrowiejemy. Pierwszy raz od nie wiem ilu lat nie wyjeżdżam nigdzie daleko, jak najdalej, uciekając przed kłebiącym się tłumem Polaków z pytaniem na ustach: a Ty co robisz w majówkę? Brrr. Nie rozpoczynam też jak kiedyś sezonu namiotowego. I wcale nie jest mi z tym źle, wręcz przeciwnie. Nie wolno Ci się bać, wszystko ma swój czas, da dana.