Co tu znajdziesz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cudni Ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cudni Ludzie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2016

Zdjęcie, którego nie będzie

Tutaj miało być zdjęcie. Z tych naprawdę udanych, strzelone z ukrycia, z samochodu. Wyjątkowe, zrobione w ładnym, ciepłym świetle. 
Wyjątkowo pamięć aparatu oznajmiła błąd i już nie da się go odzyskać. Ale nie poddawajmy się. 

Na zdjęciu widać pochylającą się Paulinę w szarym płaszczyku i sukience, włosy spięte w kucyk, czerwone mitenki na nadgarstkach tworzą ładny akcent kolorystyczny.   
Przed nią klęczy babuszka, babuleńka, w chusteczce i płaszczu. Obok stoją dwie kule. 
W tle jesienny pejzaż wiejski radomskiej wsi, wejście do domu, płot i ławeczka, ktoś z rodziny stoi za nimi. Postacie wpatrują się w siebie i uśmiechają.

Didaskalia: W momencie zdjecia babcia mówi do Pauliny z przeciągającym samogłoski, radomskim akcentem: o jak Pani ładnie wygląda! 

Każdy z Was zna taką staruszkę, z promienną twarzą i uśmiechającymi się oczami w pomarszczonej jak jabłuszko twarzy. Pani Bronka ma 94 lata (!) i schorowane plecy i nogi. Przygięta do ziemi, porusza się prawie na czworakach, choć niby o dwóch kulach, cała się kolebie na boki jak tak idzie. W mieście pewnie leżałaby przykuta do łóżka, tutaj na wsi zasuwa w odwiedziny do sąsiadki. Przyszła do nas na herbatę, otworzyłam drzwi - a tam ona wdrapywała się na czworakach po schodkach z trudem. Ale jak już się wdrapała... To uśmiech rozjaśnił całą kuchnię! 
Pani Bronka za młodu jeździła wozem po wsiach i targach i sprzedawała kosze w rejonie zwoleńskim, kosze ze wsi Lucimia, słynnej wsi plecionkarzy. Dziewczyny poznały ją siedem lat temu, jak jej mąż jeszcze żył i oboje razem wyplatali. Na starym zdjęciu oboje prezentują szerokie uśmiechy. - To był dobry mąż - mówi - dobry mąż. Tyle lat razem przeżyli, chyba z 60. Wszystko pamięta, Pani Bronka umysł ma jak nastolatka, o wszystko wypytuje wszystko chce wiedzieć, wszystkiego ciekawa. Niejeden młody nie ma takiej otwartości... Może to z wiekiem przychodzi? Słucha uważnie, ma otwarty umysł i otwarte serce. Choć ciało nie domaga - nie biadoli i nie skarży się. Nad wspominką o śmierci męża broda jej zadrżała, dla młodych - kiwa głową - ma wyrozumiałość, choć się martwi. Cud kobieta. Patrzy bystrym okiem badawczo na nasze twarze, aż się zawstydzam tą swoją młodością przy jej pomarszczonej twarzy i czuję jak dziecko. Ściskamy się mocno. Poprawia chustkę, wypija herbatkę i odpełza po swojemu na ławeczkę przed domem, obserwować wieś, pogadać z kimś. 

W nowym roku życzę Wam samych takich cudnych ludzi jak Pani Bronka i niezwykłych spotkań na Waszych drogach. I umysłów otwartych na nowości! I kart w aparatach niepadających, też. Pani Bronce długiego jeszcze życia. Nam wszystkim - bądźmy jak ona, promykiem. 

środa, 16 listopada 2016

Ten magiczny pierwszy raz

Rozmaite poradniki doradzają "aby poczuć, że życie ma sens, zrób coś po raz pierwszy, poczuj świeżość!". Napisałam to zdanie w poniedziałek, a potem kilka dni później byłyśmy na szkoleniu. Prowadząca tonem odkrywcy Ameryki nakazała: a teraz zamknijcie oczy i... przypomnijcie sobie jedną rzecz, którą zrobiliście po raz pierwszy. Cisza. Długo cisza. Juuuż? Popatrzyła po nas z dumną miną zadowolonego kota. Ale nas zaskoczyła! Cóż, widocznie zaiste jest to sednem istnienia. A zatem, dowody na me istnienie, jako że po ciszy na blogu można mieć wątpliwości. Nie zdążyłabym tego wtedy wymienić w myślach. Miłującym motoryzację szczerze polecam, bo będzie sporo o złotym golfie i babce z nawigacji.

Rzeczy, które zrobilam po raz pierwszy w ostatnim czasie:

  • Złożyłam po raz pierwszy wypowiedzenie w pracy. Jeżeli chodzi o poczucie sensu w "po raz pierwszy" - dziwnie było. Ale też fajnie!
  • Po raz pierwszy blada jak świt wsiadłam w złotego golfa z czarnymi felgami i pojechałam autostradą 70 km do pracy. /Ależ miałam pietra!/
  • Dowiedziałam się w przeciągu miesiąca miliona nowych rzeczy i odkryłam, że pracowanie może być fajne. O Eureko! 
  • Prowadziłam 5 metrowego sprintera w górach Bavarii. Nawet z sukcesem.
  • W ciągu miesiąca prowadziłam w każdym stanie pogodowym oprócz śniegu (tfu, tfu, na psa urok) oraz zużyłam zasób niecenzuralnych określeń na tę babkę z nawigacji. /aktualizacja-zimowy wjazd zaliczony/
  • Zgubiłam się autem w Katowicach pierwszy, potem drugi, trzeci i kolejne razy. Ale się zawsze znalazłam! /*niecenzura* kobieto z nawigacji *niecenzura*/
  • Wyplatałam z różnych materiałów w tym ze słomy, korzeni świerka i hiszpańskiej trawy esparto. Po leżeniu przez 40 dni w wodzie wali ona krowim łajnem najlepszego sortu, polecam na zdrowe płucka oraz miłośnikom wsi.
  • Brałam udział w szalonych nocnych tańcach w niemieckim salonie, które tylko kogut pamięta doskonale. Lubię to uczucie bycia w dobrym miejscu i czasie i z właściwymi wariatami. Tkami.
  • Odwiedziłam zupełnie pierwszy raz jakieś miejsce w Polsce - Zieloną Górę. Jest wspaniała, chcę jeszcze! Zwłaszcza w tak miłym i szalonym składzie!
  • Wspięłam się na Śnieżkę w śniegu i mgle i zobaczyłam... Właściwie nic ;-) No, Jednak coś. Bezcenne miny obu Agnieszek! Również kiedy do spokojnego górskiego schroniska wjeżdża pieczony prosiak z petardami w uszach, przy dźwiękach disco polo. /Wtf się stało ze schroniskami i gitarami???/
  • Dałam się przykuć łańcuchem do kaloryfera oraz miło konwersowałam z człowiekiem z piłą mechaniczną, w fartuchu rzeźniczym i masce. ha! Nabyłam też "zbędnej umiejętności nr 159" - wypinania się po omacku z kajdanek. Kto wie, kiedy sie to przyda, hę? /P.s. Jeżeli macie brudne ręce, nie chowajcie kluczyków w staniku./
  • Powiedziałam ok. 44 razy do zupełnie obcych ludzi: tam w wiadrze jest moje siku! 
  • Wystąpiłam z śpiewem i grą poza Śląskiem, z naszą fantastyczną Kapelą Bałamutki +!
  • Próbowałam też gwałtownego hamowania o 4 nad ranem pod nosem policji, ale wciąż przed czerwonym światłem. Niestety nie nabyłam umiejętności samodzielnego wyjazdu z Sosnowca, ale z przewodnikiem dało radę!
  • Jechałam do pracy przez Czechy (pozdro dla babki z nawigacji) oraz przez skróty, które jakoś dziwnie nigdy nie skracają drogi.
  • Jechałam bez prędkościomierza. W tym czasie Anioł Stróż trzymał mi niedomkniętą maskę... na autostradzie.
  • Przeżyłam dwa momenty radości podczas prowadzenia samochodu. Słownie DWA. Cisnąc sobie 130 po a1 przy dobrej muzyce, oraz wracając przedświtem pustą DTŚką z zespołem Rhapsody na full. Bogowie, to może być przyjemne! Marto, dzieki Ci serdeczne za możliwość doznania tego!
Podczas tego wszystkiego z pięćdziesiąt razy pomyślałam, że nie dam rady. Albo i sto. W większości radę mimo wszystko dałam. Dużo z tego zawdzięczam moim najlepszym na świecie przyjaciólkom, przyjaciołom i znajomym. Tym którzy mówią: wpadaj zawsze, daj znać, nie przebieram poscieli jakbyś znów wpadła, poczestuj się, zostawiłam Ci na stole ciasto (Magda<3), może chcesz zupy, ej jedziemy do (tu wpisać dowolną propozycję)? Wiele pomaga mi Mi, który utula jak boli głowa, robi czasem kakao, znosi dziesiątą poprawkę w parkowaniu, konsultuje jak wyje kontrolka oleju czy przypina linkę od prędkościomierza na miejsce.

A tera złota prawda z tych pierwszych razów płynąca: Życie naprawdę jest ciekawe! I zaskakujące. A na koniec powiem Wam, że miałam przez chwilę cudny widok z okna na rzekę, ale teraz widzę pięknie przebarwiony klon i wieżę z czasów Piastów. Zawsze może być lepiej, jest naprawdę dobrze!

Cudowni ludzie i scenki rodzajowe z ostatnich miesięcy:



Pfff i zawsze obiecuję sobie, że tym razem wpis będzie krótki... 

niedziela, 24 stycznia 2016

Ciasto Svei

Odwiedziła mnie przyjaciółka. Najpierw chciałam napisać: dawna przyjaciółka, ale tak pomyślałam o niej, zanim przyjechała. Bo właściwie, co to znaczy, że dawna? Z dawnych lat, to tak. To prawda, że kiedyś było nam do siebie dużo bliżej. Właściwie nie pamiętam już pierwszego naszego spotkania... inauguracja pierwszoroczniaków czy jakiś korytarz przed jednymi z pierwszych zajęć? A może ta sama ławka na jakimś nudnym wykładzie? Ale potem przez kilka lat śmy razem jadły, spały, uczyły się, czytały te same książki, spóźniały się na zajęcia albo zwiewały z zajęć, podróżowały też razem, czasem. Było bliżej. A jednak kiedy przyjeżdża nie jest sztywno, czego zawsze się boję, kiedy dłużej kogoś nie widzę. Przecież oboje się zmieniamy w czasie... Ale nic to. Ona jak dawniej ma przygody jadąc do mnie, gubi się i znajduje, nabija siniaka w pierwszej minucie spotkania, kiedy już się odnajduje. Przestrzeń kiedyś też robiła ją w ciula... a może to mój wpływ? Zakrzywiam jej czasoprzestrzeń! 

Tak czy inaczej - jest. Siedzimy, gadamy, pijemy herbatę. Trochę jak kiedyś w studenckim mieszkaniu, w którym przy kawie w kuchni wszyscy prowadziliśmy ożywione dyskusje o wszystkim. Przyjemnie tak się dowiedzieć znów, że czas nie ma znaczenia. 

I nagle zaczynamy wspominać nasz wspólny wyjazd do Szwecji. Wakacje, jeździłyśmy zarabiać. Dumę do kieszeni, robocze ciuchy do plecaka. Autostop, pierwsze śniadanie było z widokiem na morze, na to nasze tylko z drugiej strony. I potem na zmianę "teraz Ty mówisz" - od drzwi do drzwi. "Dzień dobry, szukamy pracy, czy może..." Brrr. A jednak wspaniały czas, mnóstwo dobrych ludzi.

Na dłużej zatrzymałyśmy się w małej wiosce, sąsiedzi polecali nas sobie nawzajem do pomocy w ogrodzie. Ale tak naprawdę, to z naszej obecności "za płotem" ucieszył się Elias. Starszy i chyba trochę samotny człowiek, który w jakiś sposób cieszył się z naszego towarzystwa. Po pracy zapraszał nas na lampkę wina i rozmowę, raz zabrał nas na wycieczkę. Zawsze był dla nas miły i zawsze uśmiechnięty. Szwedzi, o których się mówi, że są tacy zimni... tak naprawdę dali nam wiele ciepła. 

Porządkowałyśmy też ogród jego sąsiadki. Svea miała chyba z osiemdziesiąt lat... albo i więcej, staruszka w okularach z grubymi szkłami, uśmiechnięta, drepcząca z balkonikiem. Nie mówiła ani słowa po angielsku. Ale kilka razy zaprosiła nas do siebie na kawę i ciastko. Elias szedł wtedy z nami i tłumaczył, my po szwedzku mówiłyśmy wtedy chyba tylko: dzień dobry i dobre ciastko... a no właśnie. Svea przyjmowała nas z pełnym honorem popołudniowych kawek u starszych pań, była słoneczna, zazieleniona weranda, stare meble, małe filiżanki i ciasto. Ale jakie to było ciasto! Kardamonowe, pachnące, najpyszniejsze, cudne. Uśmiechnięta szwedka i my uśmiechnięte do niej, bo wszak bez słów takie porozumienie... i ten zapach ciasta... Wspomnienie wakacji.

Kiedy wyjeżdżałyśmy w dalszą drogę Elias był smutny, pożegnałyśmy się ze Sveą. I poprosiłyśmy o przepis na ciasto kardamonowe, jej syn został na chwilę tłumaczem i dyktował nam czego ile dodać, zanotowałam to na kartce. 

Moja przyjaciółka jeszcze wymieniała długo z Eliasem kartki i wieści. Każde spotkanie w życiu jest po coś, nic nie znika i nie rozpływa się w powietrzu. Oto osiem (osiem!) lat i milion przeprowadzek później siedzimy w kuchni i ciepło wspominamy tę werandę i uśmiechniętą staruszkę. I nagle Ula mówi: zjadłabym to ciasto kardamonowe. Mmmm, nooo, ja też. Zaczynam szukać. Czy ja Wam mówiłam, że w poprzednim wcieleniu byłam chomikiem?? Przekopuję kilka miejsc i jest. Mam ją. Jasny pieron, mam tę kartkę z przepisem. I... w szafce mam perłowy cukier, przywieziony wtedy z Szwecji specjalnie z myślą o szwedzkich wypiekach. Nadal dobry. (Zemrzę! Umra!)


Jest w tym coś niesamowitego. Któregoś dnia pojawia się u Ciebie ktoś. Uśmiechasz się, choć nie rozumiesz ani słowa z tego, co mówi. Jedyne co możesz mu dać, to swoją Gościnność. Ciasto, kawę. Chwilę na swojej werandzie. Dzielisz się tą odrobiną siebie. Cieszysz się, że pierwszy raz od dawna spod pokrzyw w Twoim ogrodzie widać kwiaty. A potem ten ktoś znika i życie toczy się dalej, następnego roku grządka na nowo zarasta. Nie wiemy co było dalej. Ale lata później, całe morze i wiele kilometrów dalej ktoś w innym miejscu wspomina Twoje Imię. Wspominamy ją razem w ten pierwszy wspólny od dawna wieczór. 

To właśnie małe gesty i bezinteresownie rozdawane ciepło pozwalają nam przezwyciężyć czas, żyć w czyimś sercu jeszcze dłuuugo. Chyba by się zdziwiła ta miła starsza pani, że po tylu latach w mojej kuchni pachnie jej ciasto, z jej przepisu, z kartki z jej notatnika. I... to jest piękne, w jakiś magiczny sposób piękne. (A jakie pyszne!)

czwartek, 23 lipca 2015

Wielka Wędrówka - Folkowisko 2015


Wielka Wędrówka Festiwal Folkowisko 2015

Wyruszamy radosną ekipą i po drodze oczywiście słuchamy Joryja Kłoca (ale też układamy limeryki, wiecie jak trudno znaleźć rym do: Gorajec?) i ścigamy się - ba! wygrywamy!- z Krakowem, a nawet z Gdańskiem! Wyskakujemy z autka prosto w objęcia Chutorzan, diobeł stoi u wrót i kusi nas bimberkiem z prawej i lewej, więc lepiej jest szybko rozbić namiot, żeby potem mieć do czego trafić. Ognisko i śpiewy, i gwiaździsta noc nad nami, i to poczucie, że następne dni będą piękne. Łooj i były! Troszkę żal, kiedy dzieje się kilka rzeczy na raz i zawsze się coś traci, nie da się być w kilku miejscach i nie da się porozmawiać ze wszystkimi... ale robiliśmy, co się dało! Będzie to relacja z mojego Folkowiska, trochę przesiedzianego pod drzewem, a trochę za cerkwią... które upłynęło mi pod hasłami: ludzie, muzyka... szydełko! Zacznę od końca :-) (Limłyk by Iza)


Raz pewien turysta z Gorajca
W Pieninach uciął se jajca! 
Zamówił z Lichenia 
urnę z kamienia 
i rzucił się do Dunajca! 

Szydło, wędrówki dookoła drzewa
Umówiliśmy się na wędrówki szydłem dookoła drzewa i ubieranie go kolorową włóczką. Dobre ludzie obdarowały mnie resztkami włóczki (dzięki Gabi, Marzena i Maciek!), nowe bambusowe szydła przypłynęły z CHRL (dzięki Monika!). No i pierwsze dnia zasiedliśmy na kocyku, żeby zacząć, a wtedy... Łu, ale ja nie umiem, pokażesz mi jak? No i tak zostałam instruktorką szydła dla dużych, małych i... gości zza granicy! Okazało się, że po angolsku też się da wytłumaczyć co się robi z szydłem. Na szczęście byli też tacy, co umieli, a potem nawet dołączyli do nas specjaliści od dziergania! Było to bardzo miłe, kiedy spotykałam to tu to tam dziergających. "Siedzę sobie i widzę, ktoś szydełkuje. O, fajnie, dawno nie szydełkowałam, też bym chciała. Za chwilę patrzę, następna osoba. Potem trzecia. O coś musi chodzić!" Jak patrzę na zdjęcia, to myślę sobie, że szydełkowanie daje szczęście! Rozłożyła mnie na łopatki Halka, dziergająca podczas potańcówki, pod latarnią, w nocy. Nie tańczysz? "Muszę skończyć ten rządek!" i jeszcze Gosia z rozmarzeniem w głosie: "jak jechałam na rowerze to tak sobie myślałam o tym, jak wrócę, jaką włóczkę wezmę i jak poszydełkuję..." haha! Radooość! Proszę państwa, oto Chutorski Przytulak! Tadaaaa! Dziergany dniem, nocą, w słońcu i w deszczu! Ciutkę mi tylko szkoda, że przez dzierganie odpuściłam kilka innych punktów programu, ale jak już pisałam, nie da się wszystkiego (a szkoda!). Za to zasypię Was zdjęciami - zdjęciami uśmiechniętych ludzików! A jak się dzierga przy drzewie, na którym wisi hamak, na którym co chwilę ktoś zasiada, to można bardzo ciekawe rozmowy odbyć! Oj bardzo! Pozdrowienia dla rozmówców!



Ludziki
Znów będę za nimi przez rok tęsknić... za familią Piotrowskich&friends, za bandą zwariowanych z całej Polski - i nie tylko. Za tych, co się cieszą z tego, że mogą podskoczyć w rzeczce, która sięga do kostek, co tańczą, śpiewają, przytupują, za czeszkami, które tańczą w strugach deszczu flamenco o poranku, za Nozumi, skaczącą w ludowym stroju polskim, w worku na ziemniaki, za Marcinowym hip!hip! (odzew zawsze i wszędzie z każdej strony: gromkie Hurra!), za przysiadaniem gdzie bądź i rozmowami na tematy wszelkie. Za spontanicznym śpiewaniem i za nalewkami Koła Gospodyń Wiejskich (chyba mi zadek urósł od ilości zjedzonych ciast... i trzech wegańskich obiadów dziennie). 

Temat główny - Wielka Wędrówka. Wędrówkę ludzie mają w sobie, (być może nie wszyscy), ale zasiedlanie nowych terenów stoi u podstaw naszego gatunku. Jak długo jeszcze? Smutne wieści teraz z Chin. Nie przestaniemy się nigdy przemieszczać, ale jaki będzie świat bez tradycyjnych nomadów, niosących towary i opowieści, uciekających od osiadłego życia? Wiem, że są też "nowi nomadzi", ale jednak... czy ten świat musi zniknąć? Tymczasem znów w Gorajcu zbiegły się nasze liczne drogi, włóczykijów, podróżników, pracujących za granicą, powracających z podróży lub będących w trasie. Zastanawiamy się nad wędrowaniem, pochodzeniem, zastanawiamy się nad korzeniem. Zastanawiamy się też nad nową grupą społeczną "nowych wieśniaków" czyli ludzi nie-ze-wsi, którzy teraz na wieś się przeprowadzają, ale np. pracują w mieście. Co myśli o nich "stara wieś", jak nowi to swoje miejsce traktują? Przychodzi do nas wieczorem jeden z nielicznych już mieszkańców Gorajca (kiedyś naprawdę było tu sporo mieszkańców...) i zauważamy, że mimo wszystko, mimo całej do niego sympatii, mimo deklaracji miłości do wiejskości... traktujemy go inaczej. Wykręcamy się od tańca, trochę uciekamy... nie chcę wysnuwać zbyt mocnych wniosków, a jednak myśli i pytania same się meldują. Już dawno L-S pisał o naturalnej ludzkiej skłonności do dzielenia świata na my-oni. Ci inni, Ci obcy. Czy jesteśmy w stanie to przeskoczyć na kolejnych stopniach cywilizacyjnego wtajemniczenia?
Nurtowała mnie smagła ciemnooka uroda KB, nie wytrzymuję i podpytuję. Masz jakiegoś południowego przodka? Nic o tym w rodzinie nie wiedzą. Ale jej uroda, jej ciemne sprężynki na głowie mają swoją własną opowieść, może o ślicznej ciemnookiej dziewczynie, którą przywędrowała z wędrownym ludem i z miłości osiadła w jakiejś wiosce. A może o przystojnym ciemnookim żołnierzu. A może o czyimś pachołku, a może o spotkaniu kultur i fascynacji czarnymi kędziorami... czyż to nie jest ciekawe, jakie tajemnice i jakie opowieści kryją nasze rodzinne sagi?
Chutor Gorajec, Folkowisko - banda wariatów, którzy są w stanie dokonać każdego szaleństwa. Na przykład adoptować rzeczkę Gnojnik i skakać w wodzie po kostki w eleganckich ciuszkach, drąc się przez megafon HiHip-Hurra! Żeby rozruszać towarzystwo w deszczowy dzień tańczyć flamenco w strugach deszczu, zachęcając do spożywania zielonych ogórków. Spotykać ludzi z Japonii z polską kulturą ludową (Nozomi, nigdzie czegoś takiego nie przeżyjesz!), uczyć tańców cygańskich albo szaleć do estońskich inkantacji. Tylko tutaj, tylko z NIMI, niech moje, niech nasze drogi zawsze mają tam punkt zbiegu! 


Muzyka
Lubię odkrywać fajny zespół na koncercie. Nie przesłuchiwałam wcześniej gwiazd Folkowiska, za to prawie mi kończyny odpadły od skakania i mam zakwasy w udach. Auuuuu! Największe wrażenie zrobił na mnie Trad.Attack z Estonii (poniżej, odkrycie roku!), bardzo Wam polecam! Ale i Bohemian Batyars (Węgrzy), i nasza rodzima Hańba po prostu rozbili system na kawałki, nie wiem jakim cudem utrzymaliśmy tempo skakania! Było bosssko! Muszę też napisać o wspaniałej pracy z Natalią, o śpiewaniu za cerkwią (to pachnące drewno...) i o rozluźnieniu, zespoleniu głosów i wyciszeniu... Natalia wycięła mnie na cały jeden dzień z Folkowiska i przeniosła w inny świat. Czułam się tam po prostu doskonale - to zasługa prowadzącej i wszystkich współśpiewaczy. A w ostatni wieczór potańcówka tradycyjna (jak zawsze uwielbiam), a w ogóle to... wiecie co... już odliczam do FF 2016! Choć kto wie, gdzie wtedy wszyscy będziemy...


A tutaj szał, cały ogrom zdjęć Wujaszka, polecam! Tylko jeden jest taki fotograf, który w środek młynu pod scenę wciąga drabinę i balansuje, żeby mieć TAKIE ujęcia! Hip hip!....hurra!
Kiedy wróciliśmy z festiwalu był nów, w nowiu mam dziwne sny i zauważam różne znaki (które nie zawsze umiem odczytać). Ale ten, który chcę opisać był jednoznaczny - kiedy rano wstajemy po powrocie z Folkowiska w Trójce grają utwór, naprawdę mało popularny, który trzy dni wcześniej coverowały Janki na Festiwalu Folkowisko! Przez cały dzień jeszcze jestem odpłynięta, bo powrót do rzeczywistości po tych kilku dniach jest baaaardzo trudny. Po braku telefonu, Internetu, po dobrym jedzonku, snuciu się po trawie i wśród zbóż, śpiewaniu za cerkwią, spaniu w namiocie i słuchaniu wiatru, po koncertach, na których macha się wszystkimi kończynami aż do zakwasów, po tych wszystkich uśmiechach dookoła siebie, po kolorowej spódnicy i szydełkowaniu po kątach... W tym roku motto Folkowiska brzmiało "w wielkiej wędrówce szukając samego siebie zawsze wracamy w to samo miejsce". Oby tak właśnie było. Chutor Gorajec i myy, niespokojne duchy i wieczne wędrowniczki - z Joasią w roku 2014 (Damian Sz.) i 2015 (by Goś i z miszczem 2go planu Michem). "Obyśmy miały takie co roku!"

piątek, 19 czerwca 2015

Kryzys meteopatyczny

Myślę sobie, że już macie dość Izraela, heh, na pokazywaniu zdjęć z podróży mój Luby po prostu... zasnął, ha. 
Niedawno pisałam też o przeciw-hejcie i nie hejtowaniu. ALE teraz hejtuję, hejt hejt hejt. Nienawidzę czasem tej naszej pogody. Marzę o cieple od... (liczę na palcach) września zeszłego roku? Dziewiąty miesiąc, taki mamy klimat. Czemu nawet w lecie nie jest ciepło, kiedy będzie, jak nie teraz? Zwariuję. Marzę o ciepłych wieczorach, jeżdżeniu na rowerze i spacerach, lodach i sukienkach, oknach otwartych na oścież i sandałach. Pewnie powiecie, że pogodę trzeba mieć w sobie oraz to wszystko i tak można robić. Można, ale meteopata, czyli osoba odczuwająca zmiany pogodowe i reagująca na nie nastrojem (Wikipedia: patologiczna reakcja organizmu człowieka na działanie czynników meteorologicznych, uzależniona od jego wrażliwości indywidualnej. Chorobotwórcze działanie zmian pogody na organizm (kondycję fizyczną i psychiczną.) ma pogodę w sobie - taką, jaka aktualnie za oknem. Deszcz nawet mi nie przeszkadza, lubię burze, ale... marzę o cieple. W taki dzień jak dziś, kiedy budzę się zbyt wcześnie i leżę słuchając, jak deszcz dziobie w parapet - nie chce mi się wstać z łóżka, wyjść spod koca, rozmawiać z ludźmi. Chce mi się leżeć pod kocem z głową opartą na Jego udzie i pozwolić myślom płynąć lub odpłynąć w sen. "Nie marudź", "ogarnij się", "wypij ciepłą herbatę" - naprawdę nie pomaga. Czekolada też nie. Nawet piękna kolorowa kanapka z pastą z marchewki, burakiem i czarnuszką też nie. Ani parasol w kolorze miętowym, kupiony pewnego słonecznego dnia, żeby mieć jakiś jasny kolor na deszczowe dni. Trochę pomagają rozmowa, kawa na kanapie, czekoladowe ciastko i ciepłe myśli, słowa. Myślę w kółko o tym, że potrzebuję ciepła, ciepła, ciepłego wiatru, słońca, czuję się jak wampir zsysający ciepło z promieni, wiem, czemu ćmy tak lecą do światła. Patrzę z nadzieją na prognozę pogody... i dostaję smsa: weź ciepłe rzeczy i parasol. I chce mi się płakać albo wyjechać do ciepłych krajów, na mityczny Madagarskar.

Dla samej siebie w ramach podnoszenia morale i antychandry wrzucę tu wspomnienie niedawnego weekendu, początku czerwca. Taki dowód, że słońce istnieje, przecież nie może padać wiecznie. I dowód też na to, że po intensywnych podróżach dobrze jest spędzić czas po prostu, z przyjaciółmi, na łonie natury, z piwkiem albo bez, z dłonią w dłoni. Przejść symbolicznie rzekę i ruszyć w dzikie ostępy, zasnąć na szczycie Babiej Góry, postraszyć pająki i ulać coś na ofiarę pod kapliczką w środku lasu, ukraść piwonie i cieszyć się później w zaciszu domowym ich pachnącymi, puchatymi łbami.

Może jutro będzie słońce...?