Co tu znajdziesz

niedziela, 11 listopada 2012

Kiermasz Książek

Zaczytani wychodzą z fejsbóga w prawdziwą rzeczywistość!
Pstrokato - Zaczytani wraz z Fundacją Kocie Życie i przyjaznym miejscem Chateau Pierre w Gliwicach zapraszają wszystkich, którzy chcą przełamać opinie obiegowe:

- ludzie już nie czytają
- ludzie w głębokim poważaniu mają książki i akcje lokalne
- ludzie nie chcą pomagać zwierzętom 
- ludzie w ogóle tylko siedzo przed telewizorem i pijo piwsko 

na KIERMASZ i wymianę KSIĄŻEK, z którego dochód całkowicie i absolutnie zostanie przeznaczony na działalność Fundacji Kocie Życie !!! 

Książki w dłoń, koty za płoty! Poczytamy - zobaczymy! 
W ramach kiermaszu zostało poniższym obrazkiem oplakatowane pół Gliwic oraz nawet zainteresowało się nami radio CCM. Nie jest źle! Zaczytani wychodzą z szafy! 


Zaczytani - ideła

Już jakiś czas temu w głowie Pstrokatej ( i na fejsruku) uknuł się projekt Zaczytani.
Zaczęło się od przypadkowych spotkań i zdjęć ludzi, którzy coś czytają, podczytują to tu, to tam.
Np:

Upolowani zaczytani pod Łabskim Szczytem w Karkonoszach
Dwoje tradycyjnie, jeden czytnik (panie, na kalkulatorze czytajo...) 



Nieustannie słychać, że wielu ludzi nic nie czyta - i pewnie faktycznie jest to prawda. Ale ja mam jednak wciąż inną nadzieję. Podobno czytelnik to gatunek wymierający. Jako sprzeciw, na zachętę i na pocieszenie - obserwacja z biodra czytających w pociągu do Lublina. Każdy miał swoją książkę, gazetę, coś. I to wszystko papierowo!!!



Z tych zdjęć zrodził się pomysł małej akcji "Zaczytani" czyli fotografowanie osób czytających to tu to tam.
Zapraszam na stronę (niestety fb tylko) --> Zaczytani
Jeżeli widzisz kogoś kto czyta - nie bądź bierny! Reaguj! Zrób mu zdjęcie! :-)
Udowodnij, że czytają!
Ja się staram udowadniać...

poniedziałek, 5 listopada 2012

Samsara

Jak opisać w kilku słowach tysiąc kłębiących się myśli? Jak w grupie dziewcząt dostrzec jedną boginię... patrzącą miłościwie i z odległości na koło czasu, koło życia i śmierci, na cały nasz ludzki maluczki gatunek, w którym każdej małej mrówce wydaje się, że jest najważniejsza na świecie...
Ron Fricke film "Samsara". Czuję, że nie mogę go tak zostawić, kłębią mi się myśli, buzuje jak pod fajerkami. Muszę je zebrać i opowiedzieć. Już dawno żaden film nie zrobił na mnie tak mocnego wrażenia. 

Zacznę jednak od innego filmu Rona Fricke - Baraki (1992). Naprawdę warto obejrzeć oba filmy razem lub w niewielkim odstępie czasu, a nawet w odwrotnej kolejności. Te same miejsca, ale w innej epoce. Koło czasu. Baraka to medytacja nad błogosławieństwem (Baraka arab. "błogosławieństwo"), które nasz gatunek otrzymał od boga/bogów. Przeplatające się obrazy religii i rytuałów, od aborygenów, przez Polinezję do ściany płaczu. Mimo, że już powoli zaczyna zahaczać o naszą współczesną cywilizację, kpiąc z niej lekko i porównując nasz codzienny bieg i pęd, do fermy kurcząt, które los niesie w kierunku  nieuniknionego przeznaczenia, mimo że każde stara się krzyczeć jak najgłośniej - Baraka jest dla mnie filmem pozytywnym. To zachwyt nad człowiekiem i jego wiarą. Nad tym w jak różny sposób wyraża swoje przeczucie o istnieniu czegoś więcej, czegoś ponad. Zachwyt nad naturą i tymi rytami ludzkości, które poszukują w świecie mistycznego pierwiastka, błogosławieni - czy to derwisze, czy chasydzi, masajowie czy polinezyjczycy. Obrazy są pozytywne, nawet chłopiec puszczający w slumsach latawiec sprawia, że myślę o nadziei, czuję ciepło w sercu.
(* - kto zauważył, że w filmie The Fall (polski straszny tytuł Magia Uczuć) wykorzystano tematy z Baraki?) 

Samsara jest inna. Koło życia i śmierci naszego gatunku coraz bardziej się zapętla. Moja towarzyszka Obywatelka po wyjściu z kina powiedziała: "strasznie mnie ten film zasmucił". Czy istnieje piękno, które budzi smutek? Czy istnieje smutek, który da się pokazać pięknie? 
Myśląc o tym filmie, myślę parami przymiotników.
Zachwycający i smutny. Piękny i straszny. Jesteśmy koroną stworzenia. Jesteśmy autodestrukcją i własnym upadkiem. 
Nie wstydzę się przyznać, że na tym filmie płynęły mi łzy. Płakałam razem z gejszą nad malowanymi lalkami Japonii. Płakałam razem z Lisą Gerard nad maszynami do produkcji żywności, w jakie zamieniły się zwierzęta. Płakałam nad losem matki, która karmi swoje dzieci, nie mogąc na nie spojrzeć. Ludzie patrzący wprost w kamerę, w milczeniu, na mnie. Niesamowity chwyt reżysera. Przenikający mnie do rdzenia kości. Migdałowe oczy małych buddyjskich mnichów, oczy Japonki w fabryce, jedyne co widać spod jej kombinezonu. Kobiety w burkach tuż przy plakacie młodych mężczyzn w slipkach. Kobieta niosąca na głowie ciężkie worki, za swoim mężczyzną który niesie w ręce reklamówkę. Kobieta - strażniczka więzienna chłodno obserwująca synchroniczną gimnastykę więźniów w Korei. Niesamowite zderzenia obrazów. Życie i śmierć splecione w wiecznym uścisku. Prostymi środkami ten człowiek mówi o wszystkim. Mami pięknem wojny, błyszczącymi nabojami, pięknymi defiladami i jednym obrazem ludzkiej twarzy stawia widza do pionu. Już się zachwyciłeś? Piękne prawda? To teraz spójrz. Spójrz w oczy tym, którzy znają ciemną stronę tego piękna. Zobacz jacy jesteśmy piękni i straszni zarazem. Wszyscy tacy sami, a tak różnie przez czas i miejsce porozmieszczani, poustawiani w rozkładzie sił. 

Wiele tematów Samsary pochodzi z Baraki. To tylko dwadzieścia lat, krótka dwukrotna dekada, cóż to w porównaniu z wiecznością. Widzimy to samo tokijskie metro, to samo największe skrzyżowanie. Ruch uliczny - jednak już inny niż wtenczas, inni ludzie, inne fryzury. Za to taka sama ilość ludzi żyjących na wysypiskach śmieci. Wciąż, mimo upływu lat,  Koło czasu, mimo zmian. Wciąż mali chłopcy puszczają latawce w slumsach. Wciąż kobiety o twarzach lalek oferują swoje smukłe ciała i smutne oczy. Wciąż przebiegamy ulice tysiącami małych dróg, w pędzie, nie wiadomo dokąd i po co. Wciąż buddyjscy mnisi wysoko nad nami modlą się za pokój i harmonię świata i rozsyłają swoje modlitwy na wiatr. Wciąż pielgrzymi wirują wokół Kaaby, axis mundi, oś podtrzymująca świat. Wciąż istniejemy a jednak... gdzie dziś jest sens w tym naszym istnieniu? Czy aborygeni nie mieli go więcej, nie czuli życia pełniej we wszystkich jego przejawach...? Jak bardzo determinuje nas miejsce, w którym się urodziliśmy i jaki to ma wpływ na nasze odczuwanie życia? Ludzie wszystkich kultur tulący swoje dzieci odpowiadają mi sami... 

Nieustannie tłukło mi się w głowie pytanie - w jaką stronę zmierzamy, my ludzie, jako gatunek? Kim jesteśmy? Po co zapętlamy się w to wszystko? Co stało się z naszym pięknem? Tym które dostrzegaliśmy przez wieki w świecie wokół siebie, z tym które nosimy w sobie... Jaki sens ma to, że żyjemy? Po co rodzimy się i umieramy nieustannie? Jak to się stało, że życie przestaje mieć wartość? Życie ludzi, życie zwierząt. Czuję smutek, jakby wszystkie rytuały z Baraki nie dały nic i tak coraz bardziej odchodzimy od mądrości, którą niosły nam dawne religie. Od świata, od natury, od siebie nawzajem. Zostają tylko martwe rysunki na skałach i obojętne gwiazdy, które niezależnie od tego co ten śmieszny dwunogi gatunek wyprawia tam na dole - i tak płyną nad nami swoim odwiecznym rytmem. Słońce wschodzi i zachodzi, przypływy i odpływy, przyroda budzi się i zasypia. Często na filmach postapokaliptycznych zastanawiam się, jak szybko przyroda odzyskałaby swoje królestwo, gdybyśmy zniknęli. Zasypane piachem mieszkania odpowiadają mi na to pytanie... 
Po tym filmie nie mam optymistycznych przemyśleń. Cywilizacja betonowych klocków już stoi u bram piramid. W końcu wchłonie całą mądrość jaką mieliśmy. Być może. 

Cenię sobie twórczość, która zmusza ludzi do myślenia, stawia przed obrazami, których nie da się łatwo zapomnieć. I dlatego każdemu polecę ten film. Te dwa filmy. Zobaczcie, zastanówcie się, pomyślcie. Teraz nasze życie, nasz czas. Każda mała rzecz jest ważna. sami tkamy swoją codzienność, swoją jakość życia.  

Ron Fricke. Baraka. 1992 

Ron Fricke. Samsara. 2012


Na koniec końców nie mogę nie wspomnieć o niesamowitych, wypieszczonych kadrach zdjęć w tym filmie. Każde na ścianę. Ron Fricke to mistrz spojrzenia. Długiego i przeciągłego i tego zatrzymanego na kilka sekund. Do tego przejmujący głos Lisy Gerard... która lamentuje nad losem człowieka... Często w kinie macie dreszcze? ... 

wtorek, 16 października 2012

Zapachy z podróży


Kiedy wracamy do domu, nasz kot pieczołowicie i z dużą starannością obwąchuje brzegi nogawek moich spodni. Są tam zapachy wszystkich dróg, które przejechałam, przespacerowałam, przeszłam w podróży...

Jestem przekonana, że w ten sposób poznaje naszą drogę, że samym tylko czułym nosem widzi obrazy naszej drogi...

...widzi nosem pociąg CD wiozący nas z Czeskiego Cieszyna do Prahy, jego ciche wnętrze i widok zza okna na czyste perony i wolno przesuwające się obrazy. (Z rozczuleniem wspominam pierwszą podróż czeskimi pociągami, na Arsenał do Warszawy, z drużyną harcerską, wtedy ten czysty pociąg, wygodne siedzenia i przeszklenia wydawały nam się innym światem...)

Wciąga praskie powietrze, zapach osadza my się na wąsach... bada zapach hostelu w którym spałyśmy (nie da się ukryć - dość specyficzną mieszaninę zapachu ludzi i dezodorantów i czeskiej chemii), a następnie podniecający zapach niesamowitości, zapach oczekiwania na coś długo wyczekiwanego - sali kongresowej, w której wysłuchałyśmy koncertu na dwa głosy - Mistrza Życia i Pani Śmierci. 

Uważnie bada kurz z wszystkich praskich uliczek, widzi każdego kota, przy którym się na chwilę zatrzymałam okiem lub dłonią. Poznaje nosem każdą knajpkę w której nam przyszło coś zjeść lub wypić (tu oblizuje ze smakiem wąsy). Również tą lokalną, w której podglądałyśmy zabawę Czechów w średnim wieku i podsłuchiwałyśmy niespodziewanie ich czeskich wielogłosowych śpiewów. A pachniała tym, czym u nas knajpy już nie pachną - dymnym zapachem papierosów! (Aż dziw bierze jak się od tego odzwyczaiłam...) 



Potem zbiera zapachy polskiego dusznego pociągu i mokrych liści w kłodzku nocą, kałuż na starym bruku i knajpki na rynku. A potem przebiega z nami w myślach drogę na Kukułkę wśród pozłoconych traw i panoramy wszystkich gór dolnego śląska. Potem jeszcze tylko zapach dzieciaków i kawy z Madagaskaru i już ciężki zapach autobusu. Ścieżka do domu i już już, dociera jak po sznurku do fotela na którym przewiesiłam spodnie. 


Koniec ścieżki, kot już skończył podróż w tych kilku mgnieniach oka, którymi go obserwowałam. Wzrusza ogonem i idzie dalej, nie ma się czym fascynować, podróż jak podróż. A w ogóle to przecież już wróciłyście. Więc o co ten szum? Miau?

czwartek, 4 października 2012

Zjeść jesień

Jesień jest najsmaczniejsza!!!



A teraz trwa szał jedzeniowy:
Najpierw Kiermasz Żywności Zdrowej i Ekologicznej w Gliwicach, który dał fioletową jak bakłażan paprykę, jarmuż wspaniały, miody (nawet ze spadzi iglastej choć jej w tym roku mało maleńko), pszczele pyłki, dżemki, warzywa. Potem odwiedziny u Lucyny Łucji, które zaowocowały słoneczną dynią, sokiem z pigwy i ogórkami naburmuszonymi w słoikach. A następnie odwiedziny u Ojców które przyniosły rwane na drabinie jabłka zimowe, rzodkiewki w trzech kolorach i kukurydzę podebraną sąsiadowi, hihi! A teraz tylko nie umrzeć z przejedzenia i zmarnować jak najmniej z tych cudowności! A grzybki tu widoczne zebrane jeszcze w górach, potknęłam się dosłownie - ja chyba tylko tak zobaczę grzyba, jak mnie podgryzie w stopę, za to, że na kapelusz nastąpnęłam. 

Dlatego wczoraj: Mamut z jarmużem na czosneczku i kaszą gryczaną z soczewicą :-) Dziś ogórkowa z Łucjowych ogórków. Sezonowo, ogródkowo - tak najlepiej!
Uwielbiam jeść jesień!!!
Smacznego!!!


czwartek, 27 września 2012

Banżury

Tak się niezwykle stało, że się spotkało... pięciu kobitkom.
Każda była z innej bajki, miała swoje pomysły i swój temperament - ale miały wspólny cel!
Poznać tajniki języka francuskiego!!!
Dwa razy w tygodniu przeżywały półtoragodzinne sesje terapii śmiechem. Bo szybko się okazało, że zmuszanie szarych komórek mózgowych nie jest wcale takie proste, za to dobrze robi doprawienie tych działań szczyptą humoru, odrobiną autoironii i sosem z głupawki! Tak więc wysilałyśmy mózgi i śpiewałyśmy piosenki tak, że aż ściany drżały! No i próbowałyśmy nieustająco wyjść z poziomu A-1 na A0 lub chociaż A1/2, ewentualnie BRh+. 


Od czasu tamtych spotkań już trochę wody upłynęło, ale francuski łączy ludzi - nadal istnieje silna ekipa pod wezwaniem BANŻUR! Choć kolory włosów się trochę pozmieniały i losy każdej z nas również, nadal łączy nas zawołanie aux armes les citoyennes oraz niechęć do odmiany czasownika sortir. Nie mogę nie napisać o nich, w szufladce, w której zbierani są Cudni Ludzie! 

A zatem po kolei, do tablicy! Alors, Madame Ania W-F!

Szeroki uśmiech, najbardziej blondynkowy z blondów, niemalże skandynawski - oto nasza Pani! Belżanko-Warszawianka, która dostała Fijołka i tym sposobem znalazła się na Śląsku :-) Ogromne serce i zapał do pracy! Ktoś kto umie nasze oporne umysły zmusić do pracy i opanować naszą paplaninę. I jeszcze - nauczyć nas czegokolwiek w tym pięknym, ale jakże ekhm szalonym języku! Fascynatka swojej pracy, która w ramach hobby wymyśla dla nas gry i zadania na lekcje. Niewyczerpane źródło cierpliwości i delikatna romantyczna dusza. Lubi mieć coś różowego! Występuje w tandemie z Jurkiem Bzdurkiem, mistrzem ogłoszeń samochodowych i wiernym fanem Łady :-) 




Ewa Luz Maria, mistrzyni ciętej riposty
i najlepsza księgowa w Galaktyce!
No i co tu kryć - najlepszy język francuski wśród banżurów (nie licząc Ani). Nasz DELFin francuskiego i rekin księgowości. A także mistrzyni metamorfozy - co zresztą widać na zdjęciach! :-) Pomimo pozornego zniechęcenia życiem - szelma i łobuz. 


Pomysłowa, szalona Dagmarra!
Sercem (i węzłem) oraz pasją związana z Francją. Razem z Pierrem próbuje tchnąć francuskiego ducha w Gliwice i tworzy swoje miejsce na ziemi. Dzielnie pomaga im w tym siurek Filip, owoc miłości polsko-francuskiej. Chodząca encyklopedia kulinarna zdrowej żywności oraz eko i zdrowego stylu bycia! Sto pomysłów na minutę i radość życia - to właśnie Dagi! A do tego lubi ubierać piękne kolory, które poprawiają wszystkim nastrój!





LaBasia! Jest jedno la soleil i jedna la Basia! :-) Wulkan energii i optymizmu przyodziany w elegancję-francję i zawsze gustowną biżuterię! Pani inżynier, która potrafi wziąć życie za rogi i zmienić wszystko, aby realizować pewną większą misję! Uśmiech od ucha do ucha z którym podbija świat, włos na sztorc i plecak pełen wiary! Charyzmat językowy, który jakoś na francuskim pozostawał jeszcze w uśpieniu - w słowiańskich krajach objawił się z całą mocą! Najlepsza pieczycielka ciasta z galaretką obok!



I jeszcze kilka impresji francuskich i okołofrancuskich: 

Zgadnij kto to! ;-) Dawno dawno temu... jeszcze z Olą!
A tutaj francuski i nasze bardzo rozumiejące miny! 
Relaksik... i zennnn...
Sesja banżurowa:  
 I spotkania w dobrym gronie!
  Oby czas i odległość nigdy nie miała znaczenia Kochane! BANŻUR! 
je veux chanter pour Vous! :-) 

A jak się taki robi?

A jak się taki robi? 
To pytanie padało tak często, że już o tym kilka razy myślałam. Ale do zrobienia krótkiego kursu pokazowego zmobilizował mnie ostatecznie Pan Barman z Dobrej Karmy, który bardzo chciał wiedzieć jak to się robi taki portfelik, no i robiliśmy szybki kurs w 5 min - składania kartonika z soku pomarańczowego :-) Zarażony portfelami!

Jako że dobrym pomysłem należy się dzielić - portfelik krok po kroku. Zapraszam, zachęcam! 

Na dobry początek wybieramy karton z którego chcemy mieć portfel. Sok, mleko itp. Ważne, żeby nie był zbyt sztywny, ponieważ źle się takie składa. Następnie wypijamy z niego zawartość, rozrywamy mu "dupcię" , przepłukujemy i zostawiamy do obeschnięcia. Potrzebne nam będą oprócz kartonu nożyczki. Dobrze jest, jeżeli "korek" jest z boku pudełka, a nie z góry.

Suchy kartonik rozplaszczamy tak jak na pierwszym zdjęciu. Mocno dociskamy miejsca zgięć. Potem obcinamy z dołu i z góry. 
Później musimy jeszcze dwa razy zgiąć karton - tak jak na kolejnych zdjęciach. Tak żeby na każdym boku nasz kartonik miał 3 symetryczne zgięcia (foto 4). Jakby to wyjaśnić... jakby ten bok kartonika, który już mamy, jeszcze dwa razy na pół... czy to coś wyjaśnia? ;-) 
Cała historia ze zginaniem prowadzi do tego, żeby powstała nam na bokach taka oto harmonijka: 
Najtrudniejsze już za nami! 
A teraz kartonik wygląda po zginaniu tak jak na poniższym zdjęciu. 
Teraz zginamy go na taką wysokość, jaki duży chcemy mieć portfelik 
Uzyskujemy dwa zgięcia tak jak poniżej. Nożyczki w dłoń i robimy nacięcie do linii drugiego zgięcia
Wykorzystujemy nacięcie do zrobienia środeczka i klapki. Zginamy z powrotem według głównych zgięć i...
I już prawie gotowe :-) Jak widać jedno skrzydło kartonika wchodzi do środka stając się środkiem ładnie przylegającym (można trochę dociąć jeśli się nie mieści) a druga strona będzie naszą klapką. 
Teraz już tylko zaginamy klapkę. Mocno dociskamy w miejscu korka - żeby na wewnętrznej stronie zrobiło nam się odbicie, dzięki któremu dokładnie wiadomo gdzie ma być dziurka. 
i.... TADAM! Oto on :-)  


Jakby coś było dla Was niejasne - piszcie! Chętnie poprawię lub wyjaśnię. 
Smacznych soków, ładnych portfelików! Uważajcie, żeby ktoś Wam nie wyrzucił tego "śmiecia". No i jak się zniszczy - łatwo zrobić nowy! Albo zmienić dizajn... ;-) Powodzenia! 

Dla ciekawych różnych sposobów - tutaj link do kursu robienia portfelików zupełnie innym sposobem!