Co tu znajdziesz

sobota, 13 lutego 2016

Miętowy budda

Wczoraj moja przyjaciółka powiedziała, że nasz język karleje, że wracamy do porozumiewania się za pomocą obrazków. Znów. I że być może małpy jednak nas prześcigną, może to ich szansa. Kto wie...? Migowy ASL już opanowały. Czasem jednak brakuje słów, czasem po prostu więcej mówi obraz. Brak mi słów, żeby powiedzieć, jak bardzo już czekam na wiosnę.
To jest moja mięta pancernik (bo taka pancerna), która nie daje się zniszczyć i pomimo mojego dość luźnego traktowania roślin - zawsze się odradza. Najlepiej jej było na parapecie, teraz w domu na jakiś czas się zahibernowała w ramach buntowniczego żądania dostępu do świeżego powietrza. 
Tłuściutki Budda został znaleziony jesienią na śmietniku. Moja kumpela ostrzega, że nie przyniesie szczęścia stojąc na podłodze - że musi stać wyżej niż głowa. Ale zamiast nakłaniać go do przynoszenia szczęścia i wiercić mu dziurę w tłuściutkim brzuchu, pozwoliłam mu spokojnie medytować wśród roślin. 
No i teraz, kiedy idzie... no już na pewno idzie - ONA! - moja mała mięta postanowiła znów ożyć i... poczuła miętę do buddy. I proszę, zwinęła mu się w kłębek na brzuszku. Teraz czekamy razem. 


niedziela, 24 stycznia 2016

Ciasto Svei

Odwiedziła mnie przyjaciółka. Najpierw chciałam napisać: dawna przyjaciółka, ale tak pomyślałam o niej, zanim przyjechała. Bo właściwie, co to znaczy, że dawna? Z dawnych lat, to tak. To prawda, że kiedyś było nam do siebie dużo bliżej. Właściwie nie pamiętam już pierwszego naszego spotkania... inauguracja pierwszoroczniaków czy jakiś korytarz przed jednymi z pierwszych zajęć? A może ta sama ławka na jakimś nudnym wykładzie? Ale potem przez kilka lat śmy razem jadły, spały, uczyły się, czytały te same książki, spóźniały się na zajęcia albo zwiewały z zajęć, podróżowały też razem, czasem. Było bliżej. A jednak kiedy przyjeżdża nie jest sztywno, czego zawsze się boję, kiedy dłużej kogoś nie widzę. Przecież oboje się zmieniamy w czasie... Ale nic to. Ona jak dawniej ma przygody jadąc do mnie, gubi się i znajduje, nabija siniaka w pierwszej minucie spotkania, kiedy już się odnajduje. Przestrzeń kiedyś też robiła ją w ciula... a może to mój wpływ? Zakrzywiam jej czasoprzestrzeń! 

Tak czy inaczej - jest. Siedzimy, gadamy, pijemy herbatę. Trochę jak kiedyś w studenckim mieszkaniu, w którym przy kawie w kuchni wszyscy prowadziliśmy ożywione dyskusje o wszystkim. Przyjemnie tak się dowiedzieć znów, że czas nie ma znaczenia. 

I nagle zaczynamy wspominać nasz wspólny wyjazd do Szwecji. Wakacje, jeździłyśmy zarabiać. Dumę do kieszeni, robocze ciuchy do plecaka. Autostop, pierwsze śniadanie było z widokiem na morze, na to nasze tylko z drugiej strony. I potem na zmianę "teraz Ty mówisz" - od drzwi do drzwi. "Dzień dobry, szukamy pracy, czy może..." Brrr. A jednak wspaniały czas, mnóstwo dobrych ludzi.

Na dłużej zatrzymałyśmy się w małej wiosce, sąsiedzi polecali nas sobie nawzajem do pomocy w ogrodzie. Ale tak naprawdę, to z naszej obecności "za płotem" ucieszył się Elias. Starszy i chyba trochę samotny człowiek, który w jakiś sposób cieszył się z naszego towarzystwa. Po pracy zapraszał nas na lampkę wina i rozmowę, raz zabrał nas na wycieczkę. Zawsze był dla nas miły i zawsze uśmiechnięty. Szwedzi, o których się mówi, że są tacy zimni... tak naprawdę dali nam wiele ciepła. 

Porządkowałyśmy też ogród jego sąsiadki. Svea miała chyba z osiemdziesiąt lat... albo i więcej, staruszka w okularach z grubymi szkłami, uśmiechnięta, drepcząca z balkonikiem. Nie mówiła ani słowa po angielsku. Ale kilka razy zaprosiła nas do siebie na kawę i ciastko. Elias szedł wtedy z nami i tłumaczył, my po szwedzku mówiłyśmy wtedy chyba tylko: dzień dobry i dobre ciastko... a no właśnie. Svea przyjmowała nas z pełnym honorem popołudniowych kawek u starszych pań, była słoneczna, zazieleniona weranda, stare meble, małe filiżanki i ciasto. Ale jakie to było ciasto! Kardamonowe, pachnące, najpyszniejsze, cudne. Uśmiechnięta szwedka i my uśmiechnięte do niej, bo wszak bez słów takie porozumienie... i ten zapach ciasta... Wspomnienie wakacji.

Kiedy wyjeżdżałyśmy w dalszą drogę Elias był smutny, pożegnałyśmy się ze Sveą. I poprosiłyśmy o przepis na ciasto kardamonowe, jej syn został na chwilę tłumaczem i dyktował nam czego ile dodać, zanotowałam to na kartce. 

Moja przyjaciółka jeszcze wymieniała długo z Eliasem kartki i wieści. Każde spotkanie w życiu jest po coś, nic nie znika i nie rozpływa się w powietrzu. Oto osiem (osiem!) lat i milion przeprowadzek później siedzimy w kuchni i ciepło wspominamy tę werandę i uśmiechniętą staruszkę. I nagle Ula mówi: zjadłabym to ciasto kardamonowe. Mmmm, nooo, ja też. Zaczynam szukać. Czy ja Wam mówiłam, że w poprzednim wcieleniu byłam chomikiem?? Przekopuję kilka miejsc i jest. Mam ją. Jasny pieron, mam tę kartkę z przepisem. I... w szafce mam perłowy cukier, przywieziony wtedy z Szwecji specjalnie z myślą o szwedzkich wypiekach. Nadal dobry. (Zemrzę! Umra!)


Jest w tym coś niesamowitego. Któregoś dnia pojawia się u Ciebie ktoś. Uśmiechasz się, choć nie rozumiesz ani słowa z tego, co mówi. Jedyne co możesz mu dać, to swoją Gościnność. Ciasto, kawę. Chwilę na swojej werandzie. Dzielisz się tą odrobiną siebie. Cieszysz się, że pierwszy raz od dawna spod pokrzyw w Twoim ogrodzie widać kwiaty. A potem ten ktoś znika i życie toczy się dalej, następnego roku grządka na nowo zarasta. Nie wiemy co było dalej. Ale lata później, całe morze i wiele kilometrów dalej ktoś w innym miejscu wspomina Twoje Imię. Wspominamy ją razem w ten pierwszy wspólny od dawna wieczór. 

To właśnie małe gesty i bezinteresownie rozdawane ciepło pozwalają nam przezwyciężyć czas, żyć w czyimś sercu jeszcze dłuuugo. Chyba by się zdziwiła ta miła starsza pani, że po tylu latach w mojej kuchni pachnie jej ciasto, z jej przepisu, z kartki z jej notatnika. I... to jest piękne, w jakiś magiczny sposób piękne. (A jakie pyszne!)

piątek, 15 stycznia 2016

Odium i remedium

Jest taka choroba, na którą wszyscy chorujemy. Ma nieskomplikowaną, niełacińską nazwę, którą wszyscy znamy: Nienawiść (łac. Odium). Ta z dużej litery, poważna, ale też ta mała codzienna, najbardziej znana, stale obserwowana. Choroba ta ma różne postacie i w każdym żywicielu rozwija się inaczej, ma też różne stadia zaawansowania. Jedno jest pewne - rośnie. Mała prowadzi do większej. Dotyka już dzieci. Jest zaraźliwa. Pokazują to różnorakie badania na organizmie społeczeństwa oraz na pojedynczych osobnikach. 

Remedium? Wciąż jest poszukiwane. Ludzie łączą się w grupy wsparcia, próbują różnych leków, żeby ją powstrzymać. Jak każdej infekcji - trochę się jej boimy, trochę nie wiemy co z nią zrobić, trochę nie wiemy jak się zachowywać względem tych, o których wiemy, że na pewno już zachorowali. Wzruszyć ramionami i powiedzieć, że przecież ludzie chorują? Poklepać po plecach i zapytać jak można pomóc, czy lepiej udawać, że nic się nie dzieje złego? Obserwować, czy myśli racjonalnie, czy też żre go cichcem coraz bardziej choróbsko?

Kiedy widzę jej tyle wokół siebie, trochę się boję, czy sama nie jestem nosicielem jej zarodników. Bo niby zwykli ludzie wokół, czasem nieznajomi na ulicy, czasem znajomi jakby nagle zupełnie nieznani - atakują, zarażeni tym wirusem. Napadają słownie, rzucają obelgi. Matki małych uśmiechniętych dzieci nagle szczerzą kły, spokojni panowie z brzuszkiem nieoczekiwanie plują jadem. Spokojni ludzie nagle są w stanie przeobrazić się pod  jej wpływem w kogoś całkiem przeinnego. A potem otrzeć skroplone czoło chusteczką i powiedzieć: to tylko taki wyskok był, może powiedziałem to za mocno. To przecież nic takiego. Boję się chodząc po ulicach...  kiedy ktoś zarażony zaatakuje właśnie mnie? 

Bo na razie ta choroba skupia się na kimś innym, uff. Można odetchnąć z ulgą. Ale czy jest pewność, że już jutro nie wybierze sobie nowej ofiary i będę przemykać ulicami kryjąc się przed nią po bramach, wyciszając odgłos kroków na ulicach i uspokajając tętno.

Niedawno odwiedził mnie kumpel, rozmawiamy o tej nagłej epidemii, niepokoimy się razem przy kawie. Mam kolegę, mówi, który łatwo może się stać obiektem napaści zarażonych nienawiścią, boję się o niego. Boimy się tego rozrostu tkanek nienawiści, prawie jakbyśmy rozmawiali o nadciągającym ataku zombich. Lękamy się razem, chcemy walczyć, chcemy bronić, chcemy się nie zgadzać, chcemy, żeby świat był zdrowy. Ale przecież trudno walczyć z wrogiem o tysiącu twarzy. Niedługo później publikuje on zdjęcie, przy którym pisze: już nie mogę milczeć, nie zgadzam się na to, nie w moim imieniu. Znów mija krótki czas i już. Zakażeni chorobą dopadli osobę, o której rozmawialiśmy. Długo nie trzeba było czekać... niepokój nie maleje co będzie z nami dalej? Z tym wszystkim? W którą to zmierza stronę? To nie wyimaginowany atak zombich, to atak ludzi przeciwko ludziom. 


Zdrowa, jestem zdrowa. Ale czy na pewno? Czy nie noszę w sobie jakichś małych nienawiści? Badam się, szukając oznak choroby. Czy kocham wszystkich wrogów, polityków, wszystkich, na pewno? Albo nauczycielka z fizyki, ależ jej nienawidziliśmy. Nienawidzimy swoimi małymi nienawistkami osób, zjawisk, pogody, pracy, Krystyny Pawłowicz, śląskiej gwary, pisiorów, lewaków. A może każdy z nas ma w sobie te ziarna i kiedy tylko ktoś zacznie je podlewać, wystrzelą do góry? Karmią się strachem, niewiedzą, o, media je dobrze karmią. Karmi je bierność i przyzwolenie, karmi je niestety Internet, który klepie po pleckach i mówi: oł je, stary, tu możesz wszystko, a te brudasy, te szczury, wszy, Ci odmieńcy mogą Ci naskoczyć!

Każda choroba ma swoje remedium. Z każdym zakażeniem można walczyć, pracować, działać, powstrzymywać. Według mnie jest to konieczne. Przemocy i nienawiści musimy przeciwstawić się wszyscy, uczestnicy, ofiary, świadkowie. Jestem dumna z tego, że mogłam się znaleźć w grupie fajnych ludzi, którzy realizują teraz właśnie doskonałe akcje, syropy na naszą zarazę. (http://uprzedzuprzedzenia.org/wybralismy-zwycieskie-start-upy/). Tylko dręczy mnie pytanie - jak dotrzeć z lekiem, do tych najbardziej zarażonych? Jak znaleźć łom, który otworzy najbardziej zamknięte serca? Czy zmiękczać je powoli i ostrożnie wacikiem nasączonym uśmiechem, czy wręcz przeciwnie, walczyć ich bronią i krzyżować ostrza?

Nie myślcie, że nie mam swoich lęków. Boję się każdej eskalacji przemocy i nienawiści. Ale tak, o wiele bardziej przerażają mnie te rosnące zjawiska w naszym społeczeństwie, niż "zewnętrzne czynniki" którymi mnie straszą "życzliwi". Straszą, żeby karmić mój strach, żeby dać siłę swojemu, widząc mój lęk. Dużo bardziej boję się napaści ze strony ludzi, z którymi mówię tym samym językiem, którzy są z tej samej kultury, są w moim sąsiedztwie - mimo że rozumieją, wydają się tacy "normalni", łatwo mogą mnie lub kogoś innego skrzywdzić. Choroba wygra, weźmie górę. Jest w tym porównaniu jedno błędne złudzenie, "Choroba" - przychodzi do nas z zewnątrz, nie mamy na to wpływu, jesteśmy bezradni. W tym wypadku - to nie jest prawda. Mamy na tę chorobę ogromny wpływ, na swój przypadek, na tych, z którymi się spotykamy. 

Odbyły się już dwa spotkania w projekcie GOŚCinność. Jedno w Gliwicach, jedno w Katowicach, poznałam wspaniałych ludzi, posłuchałam wielu mądrych wypowiedzi. Rozmawialiśmy, roztrząsaliśmy, próbowaliśmy się wspólnie zastanowić: czy potrzebna jest nasza reakcja? I jeśli tak, to jaka? Gdzie jest granica, której przekroczyć nie możemy? Dzięki Maciejowi Jansonowi wiem, jak ta granica się nazywa. Nazywa się: Godność. Moja i Twoja. Dowolne jej przekroczenie będzie skutkowało tylko dalszymi przekroczeniami i to coraz w inne kierunki. Również w mój. Bo jeżeli ja splunę na czyjąś godność, co powstrzyma kogoś przed spluwaniem na moją? Dlatego NIE MA we mnie zgody. NA przesuwanie tej granicy. Na nazywanie LUDZI dowolnych ludzi, każdego człowieka z osobna i wszystkim razem - bydłem, zarazą, szczurami. Bardzo mnie to dziwi, kiedy jedna osoba w przeciągu godziny potrafi utyskiwać na to, jak źle nas traktują za granicą, a potem powiedzieć: ale niech tu tylko do nas przyjadą, już ja im pokażę! Choć niedawno mi tłumaczono, że osoba znająca rolę ofiary - będzie chciała osiągnąć pozycję wyższą, którą też dobrze zna. Pozycję kata. I tak mnie to dziwi. Bezrefleksyjność. 

Rozmowa, poznanie, edukacja i też - pozytywne nastawienie do świata - to są leki, których nam potrzeba. Wszystkim. Nam tutaj, między sobą, na co dzień. Tym, którzy przychodzą, tym którzy stoją na progu, tym, którzy są z innej kultury, wiary, pochodzenia. Ale też tym którzy czekają w swoich domach i nie wiedzą, co będzie dalej, którzy ze strachu są w stanie zaatakować, w obronie przed kimś, kto nie atakuje. Albo niestety - z głupoty i nierozładowanej agresji, bo inaczej nie umiem tego nazwać. Nidalu i wszyscy inni, którzy już ucierpieli - strasznie mi przykro i wstyd, za tych z naszej kultury, która ponoć jest taka "wyższa", "czysta" i "wyjątkowa". Niestety nie bardziej rozumna i rozumiejąca. Nie - empatyczna. 

Nie w moim imieniu. 
Remedium wciąż jest poszukiwane. 
Głosem jednego ze start-upów proponuję taki lek. Przyjmować jak najczęściej, codziennie, w dowolnej postaci. Dobre słowo.  

piątek, 6 listopada 2015

Folk na Śląsku not dead!

Ta jesień jest ogromnie intensywna folkowo. Nie będę po raz milionowy pisać, że nie ogarniam - bo naprawdę staram się ogarniać! Tyle fajnego się dzieje! Tyle fajnych ludzi chce coś folkowego robić!(+ tu następują kolejne zdania z wykrzyknikami, jeszcze przez chwilę).

Jest czas na zabawę!
Wreszcie udało nam się ściągnąć na Śląsk Mistrza Polskich Tańców Tradycyjnych (w formach niestylizowanych) Piotra Zgorzelskiego. Tym bardziej cieszy, że mógł zobaczyć, że Śląsk nie jest folkowo martwy! Razem z nim spędziliśmy intensywne dwa dni przytupasów, obertasów, mazurków mazureczków, potykania się, deptania po palcach (pozdrawiam mojego Partnera!), śmiechu i zmęczenia, całą świetną grupą ludzi chętnych do nauki! KarOlku jak ja bardzo Wam dziękuję za współzrobienie tego wszystkiego i za świetne przy tym podejście do życia! 
Ale to jeszcze nie wszystko, bo wieczorem była IV śląska potańcówka folkowa przy muzyce tradycyjnej na żywo! Kapela Szwedów z Przyjaciółmi i Kapela Bałamutki pogrywały, a wszyscy wirowali i tańcowali. Najbardziej się cieszę z tłumu chętnych na warsztaty, z uśmiechniętej kapeli, z łapania tchu przy schodzeniu z parkietu i z siniaków od klaskania. To znaczy, że to wszystko żyje, wiruje w rytm muzyki - którą bądź co bądź mamy w genach, po naszych dziadkach. Muzyki, która ma niezwykłą energię i moc. Nie jest pięknie dystyngowana i wystylizowana, nie jest ładna i poprawna - ma w sobie szaleństwo dusznej nocy, zmęczenie nóg i pot na koszuli, zmęczone palce skrzypka i rwany oddech, ale taki właśnie ten taniec jest, z nutą naszego polskiego szaleństwa i jego energią, do upadłego. Uwielbiam!


Jest czas na zabawę, jest czas na zadumę.
Tydzień później spotkaliśmy się na cmentarzu ewangelickim przy ul. Francuskiej, żeby przy okazji świąt przesilenia (wszystkich tradycji) śpiewać o śmierci i duszy. "Wyleciała dusza z ciała, na nowej mogile siadła..." Jest to nasza stara tradycja, słowiańska, polska, śląska, chrześcijańska, żeby śpiewać w tym czasie. O duszy, o śmierci. Śpiewem żegnać tych, którzy odeszli, dawać pokrzepienie tym, którzy zostali. Śpiewano też na uroczystościach żałobnych i podczas czuwania przy zmarłym. W tekstach to dusza żegna się z wszystkim, co zostało na tym świecie. Dla mnie są to bardzo poruszające tematy... piękne melodie, naprawdę długie pieśni, śpiewane mocno lub delikatnie. Tym bardziej cieszę się ogromnie, że tylu ludzi przyszło, tylu ludzi się do nas dołączyło. Myślałam podczas spotkania o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy śpiewa się myśląc o kimś konkretnym... o tym, że inaczej te pieśni śpiewa młodość, inaczej starość. Inne emocje w nie wkłada, inne struny trąca. Jednym daje nadzieję, że "wnijdziem do raju niebieskiego", innym przypomina o dobrym życiu. Naprawdę dziękuję wszystkim i specjalnie bardzo Beacie L., to spotkanie przyniosło mi niezwykłą mieszankę radości i smutku. 


To jeszcze nie koniec. Będzie się działo. Śląsku, folk not dead! Folk i tradycją są tu, wśród nas, wciąż żywe, piękne, rumiane - mają się świetnie! Autorem wszystkich pięknych zdjęć jest szalony fotograf - podróżnik Leszek Szczasny! Oprócz tego jednego, które zrobił Jukka Make. Uchwycił to, co krążyło tego dnia między nami. Coś niezwykłego. 


Wierzę w znaki. Nie mogę przy tej pieśni nie płakać. Wysyłam w niebo dobre wspomnienia i myśli. Milka Mrózek, kiedy ja śpiewałam, szła tam, gdzie kwitnie róża z leliją... A tak bardzo lubiła lilie. Może na nas wejrzała przez chwilę, właśnie wtedy, kiedy z całą mocą i zaangażowaniem śpiewałam tę pieśń, nie wiedząc, że to dla niej. 31.10.2015.

Jedną garstką ziemi gdy przykryty będę, 
Wnet boleści życia, cierpień się pozbędę,
Jedna garstka ziemi za wszystko mi stanie, 
Za nią wieczne szczęście, wieczne królowanie.
Jeżeli jesteście przyjaciółmi mymi,
Niech mi każdy rzuci jedną garstkę ziemi.
Jedną garstką ziemi gdy mnie przysypiecie, 
Wszystkie me niedole skończą się na świecie.
Jedna garstka ziemi, lekarstwo na rany,
Nie jęczy, nie cierpi, ziemią przysypany.
Nic nas nie zaboli, nic nas nie zasmuci, 
Gdy nam dłoń przyjazna garstkę ziemi rzuci.

środa, 16 września 2015

Chorwacki król

Awers.
Właściwie miałam o Chorwacji w ogóle nie pisać. Wpadłyśmy tam dosłownie na chwilę, było strasznie gorąco, długo stałyśmy w korku na granicy. Zaparkowałyśmy dość daleko od centrum i podjechałyśmy autobusem, bo był tam taki ścisk i tłok, że nie chciałyśmy wariować na lusterka w płatnej strefie. Rzeka ludzi z smartfonami, duszność powietrza zamkniętego w białych kamieniach, ratunek - pyszne lody! Niespodziewanie lunęło. Podobno była to pierwsza burza w Dubrovniku tego roku! Nagle ludzie pierzchli na wszystkie strony, inny Dubrovnik, pusty. Chodziłyśmy boso po mokrych, nagrzanych kamieniach, mały prezent od losu, chorwacka przyjemność. Potem wróciłyśmy już do BiH, wyszło to bardzo turystycznie, wskok do Dubrovnika na lody, morze, turyści, wakacje. Nie zastanawiałam się nad tym dłużej, ot, ładnie tam, niedosyt, liźnięcie zaledwie i nic nie mam ciekawego do opowiadania.


Rewers.
Spotkałam go już w Polsce, stał na stoisku z chorwackim winem i burkami. Stał obok serbskiej rakii i polskich ciast z koła gospodyń, a napis "burek" przyciągnął mnie jak magnes. Dobar dan! Kako si? - zaczęłam radośnie pytaniem jak się masz. Zdziwił się. Czemu Wy tak lubicie te Bałkany? - pyta. Bo jesteście fajni - odpowiadam niezbyt mądrze. A był to festiwal muzyki bałkańskiej Pannonica w Barcicach, wszyscy tam kochają Bałkany więc pytanie zasadne. A Wy też nas tak lubicie? I wtedy on oględnie i ostrożnie mówi, że nie bardzo. Że on Polskę kocha, ale to trudna miłość. Następnego dnia spotkaliśmy go jeszcze raz w pobliskiej miejscowości, było piękne słońce i znów kiermasz. Jak to się stało, że zaczęliście taką rozmowę? - zapytała potem Misia. Właściwie nie wiem... może ludzie noszą w sobie jakąś historię, która czeka na opowiedzenie. Ja po prostu przystanęłam posłuchać i popchnęłam domino słów. Są historie, których warto wysłuchać.

Niewinnie zapytałam skąd jest i powiedziałam, że przejechałyśmy taką a taką trasę w tym roku. Miał przenikliwe spojrzenie, patrzył człowiekowi gdzieś do środka, chwilę nie odpowiadał. Potem w końcu zapytał: Vukowar, mówi Ci to coś? Nie mówiło. Żachnął się. Jeśli nie znasz tego miasta, nie wiesz nic o Bałkanach, nie wiesz nic o Chorwacji. Zrobiło mi się głupio. Cisza. A on po prostu zaczął mówić. Ale to miasto, miasto Vukovar już nie żyje, umarło na wojnie. Wszystko tam zniszczone, wszystko tam stracił. To moja trauma, mówi. Niby odbudowano, ale wszystko zniszczone. Ja tam miałem wielką posiadłość, ziemię, pochodzę z rodu chorwackich królów. Pokazuje nam na ulotce herb.  W ogrodzie mojego domu pochowano szesnastu cywilów. Cmentarz okupowali Serbowie, nie było gdzie chować ludzi, pochowali ich w moim ogrodzie. Ja tam miałem wszystko, teraz nie mam nic. Wy Polacy tak lubicie Serbów i nic w tym złego, sam mam przyjaciół Serbów i staram się być obiektywny. Staram się. Ale to Serbia zniszczyła Chorwację, to Serbia miała broń, była napastnikiem. Ja już nie umiem tam, na własnej ziemi postawić nogi, to jest moja trauma. I stoimy w tym słońcu, gdzieś za nami gra muzyka, atmosfera pikniku. A w nim płynie cały czas wojna, tkwi gdzieś w nim jak drzazga. 

Dla tego człowieka jestem głupim dziewczątkiem, turystką która jeździ i nic nie rozumie. Jeździ na Bałkany nie wiedząc po jakiej ziemi chodzi. A tam na tej ziemi jeszcze dwadzieścia lat temu przelała się krew. Sąsiedzi przeciwko sąsiadom. Puste, straszące rudery domów w BiH, zbombardowane budynki w Belgradzie, dziury po kulach w drzwiach domów w Mostarze. W pięknym... odbudowanym Mostarze. Człowiek, którego mijamy tam na ulicy mówi do swoich kompanów: widzicie te dziury? To jak wyglądają pokazuje, że ktoś strzelał ze środka domu. Gwarna ulica, wieczór, gdyby tego nie powiedział, nie zwróciłabym uwagi. Ślady wojny w przestrzeni i w ludziach. 

Królowi ulewa się trochę goryczy w ten słoneczny dzień, straszny cień wojny na chwilę pada na nas mimo słońca. Dwadzieścia lat, tak niedawno, mówimy oboje na głos zaklinając: żeby to już nigdy nie przyszło. Ściskamy sobie mocno ręce, wymieniamy imiona, życzymy wszystkiego dobrego. Kocham Polskę, ale jej nie rozumiem - mówi.

Nie chciałam tu pisać o wojnie, a jednak nie da się mówić o Bałkanach nie pisząc o niej nic. Wojna nigdy nie jest czarno - biała, zwłaszcza w takiej cywilnej wojnie, nie wiem jak się potem żyje dalej. Wszystko co teraz tam jest - jest jej wynikiem. Podział wyznaniowy, migracje ludzi, odbudowane miasta, zrujnowane domy, to, jacy są ludzie dziś, zaminowane wciąż pola. Wpisuję "Vucovar", żeby już nie być ignorantem. Vucovar massacre. Drugi wynik. Vucovar children massacre, hospital massacre. Nic po polsku. See also: list of massacres in Croatia. Mass grave in Ovcara near Vucovar. Jeżeli też chcecie wiedzieć to możecie zobaczyć film tutaj. Słowo Srebrenica mówi już coś wszystkim. Ciężki temat, ale nie da się uciec, historie opowiadają się same.
Żeby to już nigdy nie wróciło. Jak mówi kamień na mostarskim moście:


Sen
Dziś w nocy miałam sen, tuż nad ranem. To ten moment, kiedy zasypia się tylko na chwilę i umysł postanawia przerobić wszystkie problemy, o których myślało się przed snem. Jedziemy do Rumunii i zatrzymujemy się spać na cmentarzu, we śnie wiem, że jest on muzułmański. Jest tam tłum, mnóstwo ludzi układających się do snu byle gdzie, na ziemi, migoczą światełka świec, jasna, ciepła noc, dołączamy do nich. Chcemy z Gosią nabrać wody i kucamy przy pompie, wtedy zauważamy, że bardzo nisko, tuż nad nami sunie ogromny samolot, nikt go jeszcze nie zauważył. Widzę jak odrywa się od niego bomba i powoli spada w dół. Patrzymy sobie w oczy i odliczamy sekundy, zdążam pomyśleć, że przecież tu jest tyle ludzi... raz... dwa... trzy. W zupełnej ciszy, bez huku, powala nas podmuch powietrza i zasypuje ziemia. Dzwoni budzik. 

czwartek, 10 września 2015

Obsesja kafy

Tak moi mili, to nie jest błąd w pisowni (bardzo nas to bawiło na początku. Bałkańska KAFA stała się moją obsesją. W Serbii nazywana turską lub domaćą, w Bośni zwykle bosanską. Dużo dał mi wcześniej do myślenia Georg Ritzer w swoim artykule "Siedzimy nigdzie, pijemy nic" . Rozmawiał z nim Jacek Żakowski: 

W tym sensie, że różne miejsca na Ziemi stopniowo coraz bardziej się upodobniają?Chodzi o coś więcej. O treść. O tożsamość. Miejsce, w którym jesteśmy, nie należy do żadnej tożsamości. Kawa, którą pijemy – też. Pan zamawiał espresso. I dostał pan espresso. Ale z włoskim espresso nie ma to wiele wspólnego. I nie jest to także polskie espresso. Dostał pan międzynarodowy standard kawy typu espresso. Globalną wypadkową nieco mocniejszej kawy. Pani, która nam tę kawę podała, także była nikim w takim sensie, w jakim pańska kawa jest niczym. Nie była osobą, bo nie była sobą. Była wypranym z osobowości standardowym narzędziem usługowym, porozumiewającym się z nami za pomocą standardowych globalnie stałych prostych komunikatów. Pięć różnych kelnerek z pięciu różnych rozsianych po świecie hoteli tej sieci mogłoby tu po kolei podejść i może nawet byśmy nie zauważyli zmiany. Zapewne byśmy jej też nie zauważyli, gdybyśmy jakimś cudownym sposobem tę rozmowę toczyli w pięciu różnych krajach. Wszędzie bylibyśmy niemal tak samo nigdzie i kupowalibyśmy niemal takie samo nic od niemal takiego samego nikogo.
To nic-espresso dręczyło nas po drodze. Bo niestety nie jest już tak, że wszędzie dają tę pyszną, domową, specjalnie parzoną, podaną w pięknej miedzianej Џезвie (dżezvie). Kult nic-espresso zatacza coraz szersze kręgi i gromadzi wyznawców. Ale jednak dużo było takich miejsc, które nazywamy "lokalkami", które może nie wyglądają pięknie ale za to mają klimat, lokalnych klientów i do tego - pyszną kafę. Choć czasem trzeba już się było naszukać - np. w Stolacu pytałyśmy od ludzia do ludzia i wszędzie było tylko to ble-espresso, aż nas wreszcie odesłali do cudnej lokalki z burkami (które na Bałkanach wszyscy jedzą na śniadanie, z jogurcikiem mmmm) i taką właśnie kawą, tak podaną. Mmmm. Smaki Bałkan. 


Kafa w Stolacu (BiH), kafa w Durmitorze (Crng), kafa w Gućy i kafa z paluchem, Novi Pazar (Srb)

Przede wszystkim inna jest kultura picia tej kawy. Już nie tylko mam na myśli piękne jej podanie w dżezvach i czarkach, i z rachatłukum. Oni po prostu piją ją o każdej porze i to społecznie. Porcja jak widzicie jest naprawdę malutka (ileż razy usłyszałyśmy: wiemy wiemy, wy w Polsce pijecie dużą kawę, większą - chyba Polacy często protestują na rozmiar...) więc można ją łyknąć częściej. W lokalkach siedzą jednak głównie faceci, w różnym wieku, ale młodych zdecydowanie mniej. Wpadają na nią rano, na przerwie w pracy, po pracy, wieczorem. U nas panowie rzadko umawiają się na kawkę na mieście, klachy przy kawie stały się raczej kobiecą domeną. Tymczasem tam - męskie rozmowy przy kawie toczyły się w każdym z tych państw od rana do nocy. Do tego dodam, że ta kawa naprawdę kosztuje niedużo. Bardzo mnie ubawiło, kiedy Mi znalazł artykuł "rozlana kawa nieomal spodowała katastrofę samolotu prezydenta Serbii", jestem w stanie w to uwierzyć, haha! Zaraziłyśmy się tam obsesją bałkańskiej kafy! Kultywowałyśmy rytuały kafowe przez dwa tygodnie z nieopisaną przyjemnością, gdzie się tylko dało, teraz w domu stosuję sobie to jako nagrodę. Zamiast rachatłukum - konfitura poziomkowa, tak jedna łyżeczka. Mmmmm. Zapach i smak lata. 

Kowal z Mostaru, który wykonał moją dżezvę. Na talerzyku mam wzór z tradycyjnego kilimu. 

Jeszcze zauważyłam coś, czego u nas już prawie nie ma (a było). Nawiązuję do tego, że obsługuje nas nikt. Kelnerstwo dziś u nas to podle płatny zawód, który wykonują głównie studenci. Najczęściej - byle jak. Tymczasem tam Kelner, to nadal jest Ktoś. Zwykle facet po 40, którego gesty, którego rozmowa z klientem i odgadywanie życzeń, którego podanie do stolika - jest po prostu idealne, wypracowane latami. Często szło to w parze z spraną koszulą, obrusem cerowanym i pranym tysiąc razy. Ale spodnie w kant, ale te gesty, stali klienci, notesik, perfekcyjne wyłapywanie momentu obsługi. Byłam oczarowana. A teraz pokażę Wam jeszcze coś. Bałkany mają bardzo słodkie desery. Ale TO przerosło wszystko, za to dam się pokroić na kawałki albo podpiszę cyrograf.

Tufahija, deser o perskim pochodzeniu, pieczone jabłko, miód i orzechy i specjalna jakaś śmietana

Tak więc w tych knajpkach, gdzie jeszcze nie wtargnęło espresso - mieszka duch Bałkan. Pachnie kafą i smakuje rachatlokum. Zgadzam się z panem G.R., że takie elementy konstruują tożsamość miejsca i jak dla mnie - podnoszą jego atrakcyjność. I z panem Alastairem Bonnetem (książka Poza Mapą, bardzo polecam!), który głosi, że w zalewającym nas globalizmie brakuje nam ziemi, którą można odkrywać i która będzie miała coś, czego nie możemy odnaleźć w codzienności. No własnie, przecież nie jadę na Bałkany, żeby pić espresso... ni włoskie, ni polskie, ni żadne. A. B pisze też, że szukamy w miejscach specyfiki i "inności", żeby choć trochę poczuć się jak odkrywcy nieznanego, poczuć dreszczyk emocji i satysfakcję, że dotarliśmy gdzieś, gdzie jest coś innego. Mam wciąż cichą nadzieję, że spece od marketingu to zrozumieją i takie miejsca nie znikną... Oby... 

A jeśli będziecie kiedyś w Sarajevie, koniecznie idźcie na kawę do Czajdżinicy Džirlo, kilka kroków właściwie od centralnej fontanny Sebilj! I niech was nie odstraszy napis tea-house, hehe, oczywiście pyszny czaj też tam wypijecie. To miejsce z bałkańska duszą i z cudnymi właścicielami Huseinem i Dijaną Džirlo. Tam opowiedzą Wam wszystko o bosanskiej kafie i wypijecie ją np. z tradycyjnym napojem šerbe. Dzięki niej w domu teraz piję sobie kafę po sarajevsku. I cierrrrpię, bo teraz dopiero przeczytałam, że serwują tam salep! No cóż... jest powód więcej, żeby wrócić!


poniedziałek, 7 września 2015

Czarna... głowa

Za oknem szaro i mokro, sama nie wiem, czy myśli o wakacjach bardziej mnie rozgrzewają, czy bardziej posmutniają. Dziś słońca ani ani, co przypomina mi pewien deszcz. Rzecz się działa w Czarnogórze... 

Tajemnicza Czarna Głowa 

To był ten dzień podróży, kiedy miałyśmy wyjść w góry. Wjechałyśmy do przepięknej Czarnogóry od strony Nowego Pazaru, gdzie jedzie się nad doliną rzeki, a droga biegnie tunel-most-tunel-most. Kiedy myślę JAK oni to budowali, to już mam ciarki i zawroty głowy. Dojeżdżamy do Mojkowaca, bo na naszym celowniku jest Crna Glava, najwyższy szczyt pasma Bjelasica (2139 m. npm). Plan jest doskonały oczywiście, jak to plan: wpadamy, parkujemy, kupujemy mapę pasma, szybkie zakupy i jeszcze przed zmrokiem (sic!) ruszamy. Zaczyna się dobrze - wpadamy, parkujemy. Chwilę szukamy mapy bo IT zamknięta już (jest 15:10) ale kupujemy też mapę i... zachmurza się niebo. Dziewczyna patrzy na nas z niepokojem. Chcecie iść w góry dziś? Noooo yyyy ale u nas jest dziś... niedobra pogoda. Uhm, nie szkodzi, machamy ręką. Zaczyna się ulewa. No cóż no, trudno, ulewa jak ulewa. Zasiadamy w ogródku, wypijemy w tym czasie kawę. Ulewa szaleje i zalewa potokami wody, górska burzka. Kawa się kończy ulewa na szczęście też. Odkrywamy, że kupiłyśmy mapę... Czarnogóry. Państwa, nie pasma. Góra, Głowa, jezderkusie, to czytanie bukwami to czasem zmyłka. (Tutaj pragnę dopowiedzieć, że Serbia i Czarnogóra używają jednocześnie dwóch alfabetów, na zmianę i jak im wygodnie). No nic, ulewa nas zatrzymuje, nie mamy mapy, idziemy na szoping. Wreszcie wyjeżdżamy z miasta i szukamy zjazdu do Parku Narodowego. 

Kilometr za miastem prezentuje nam się piękna tęcza, a sekundę później zaczyna druga ulewa. Musimy się zatrzymać na poboczu, bo ktoś stoi z wiadrem i polewa nam przednią szybę, nie widać absolutnie nic. Zaczynamy się zastanawiać, czy Czarna Glava na pewno lubi turystów i czy to nie ona nasyła na nas chmury. No nic, szukamy zjazdu. Nie ma. Wracamy, szukamy z drugiej strony, jest. Chyba się ukrył, bo nie wiem, jak go mogłyśmy wcześniej przegapić... wjeżdżamy w Biogradski Park Narodowy. Znajdujemy camping i zaczynamy przepakowanie. Znajdowanie rzeczy górskich w tym całym naszym bajzlu... masakra. Trwa to tyle, że robi się ciemno. Kupujemy na szczęście mapę u pracownika parku, oczy mu okrągleją na wieść, że teraz, o 20 wychodzimy w góry. No nic no, ekhm. idziemy, Crna Glavo, nadciągamy. 

(Mojkovac i camping nad malowniczym jeziorkiem) 

I nadciągamy, i nadciągamy. Oznakowanie bardzo kiepskie (oznakowanie szlaków na Bałkanach to zwykle kropka w obwódce), droga stroma i serpentyniasta, próbujemy skracać, trochę pada deszcz, więc się zgrzewamy i mokniemy, stromo, więc nie ma gdzie się rozbić. Gubimy się, coś nam nie pasuje ta droga. Gosia... a ta mapa co ją kupiłyśmy... czemu tu jest napisane: Jugosławia?? Odkrywamy, że gość sprzedał nam niezły antyk, dobry rocznik - mój. Zasuwamy z trzydziestoletnią mapą Jugosławii. Jeszcze zaznaczony Titograd zamiast Podgoricy. To już druga zła mapa zatem, brawo dla nas. Jest pięknie, naprzód przygodo! Crna Glavo nie damy się zniechęcić i zgubić!


No cóż... kończymy gdzieś przed północą przy jakiejś krowiej farmie, z winem Caryca Milica i pięknym widokiem na gwiazdy. Rano budzą nas dzwonki zwierzaków. Okazuje się (te poranne niespodzianki), że rozbiłyśmy się pomiędzy dwoma budynkami (ach te czarne noce). Ktoś mówi, że tu jest restoran i można coś zjeść. Spać też było można, ale Pan z PN nam o tym nie powiedział, bo ich nie lubią. Aha. Namiot njema problema, macha ręką dziadek. Miła Pani pozwala nam zostawić u niej namiot i część gratów, ruszamy dalej pełne werwy. Misja Crna Glava w toku!

(Przyjazna chatka i widoczki. I napieramy w stronę kosmitów) 

Na jednym szczycie jakby wylądował statek kosmiczny. To ona! Cieszę się. Widziałam zdjęcie tego szczytu w przewodniku! Napieramy, maszerujemy. Słońce napiera w nas i próbuje nas namówić do położenia się pod krzakami, ale jesteśmy dzielne (potem zejdzie mi skóra..). Kiedy jesteśmy już blisko (czemu my tak długo idziemy na tę Głowę?) Czytam jakąś tabliczkę. I sięgam po ten przewodnik. Ups. Ekhm, Gosiu... to nie jest Czarna Głowa. Znowu się schowała skubana, znowu nas zmyliła. To jest Zekova Glava. Yhm. I w dodatku tu piszą, że nie można na nią wejść. W dodatku straciłyśmy trochę czasu. No nic to, jest pięknie (naprawdę!) w tył zwrot, zasuwamy jednak na tą Crną Glavę. 


Gosia dopiero mnie oświeca, że taka mała kreska na znaczku szlaku, to nie pociekła farba, tylko znak, że ścieżka skręca. No cóż. Szukamy na azymut, bo oznakowanie znów hm... intuicyjne. Może ten szczyt. O, nie ten, ale pod nim jest jakiś przewrócony znak (no co za wredna baba z tej góry... drogowskazy poprzewracała). Na znaku... Crna Glava tędy. Szkoda że, przewrócony, ale na tamtym szczycie nad nami jest jakiś słupek. Wdrapujemy się stromo pod górkę, zdych wzdych, upał. A na słupku... radosna informacja - Crna Glava 30 minut. No do diaska, góro, jaja sobie robisz. Ona się normalnie przemieszcza i przed nami chowa. 

Uwaga. Happyend. Zdobyta. Zelżona. Obsikana. Jakbyście kiedyś szukali, to tak wygląda, pozuje ze mną jako tło. Poniżej szczęśliwe zdobywczynie i popasik na łączce.


Nagroda czekała na nas w chatce - domowy burek (ciasto jak francuskie z serem i cebulką), domowy kajmak (słony ser, robi się w miskach) i krowi ser. I kawa. I pani która za pomocą 5 słów i menu rozmawia z Francuzami, Polkami, z każdym. I uśmiechnięty dziadek, który śmiał się z naszych kijków. Heh. Ale powiem jeszcze tylko jedno - takich starych, pięknych drzew, nie pojedynczych okazów, ale całego lasu - u nas nie da się nigdzie zobaczyć. Przepiękne. Misja Crna Glava zakończona pełnym brzuchem, zjaranym nosem i sukcesem!