Co tu znajdziesz

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Z pamiętnika choleryka

(z dnia wczorajszego wycinanki) 

Jestem nerwusem, w ciągu kilku sekund potrafi mi się zagotować woda pod czaszką, prawie można czasem zobaczyć dym z nozdrzy. A dziś staram się nie denerwować, pozwolić rzeczom biec, obserwować. Minuty powoli jak zaokienny śnieg przesuwają się na sznurku dnia. Bieluśko, biel daje myślom odpocząć. Wreszcie przykryła tą śląską smutną szarość niby-zimy. 
W Józefowie czekam na tramwaj. Całe 10 minut. Przytupuję. 10 minut! Wpierw wzdycham ciężko. A potem zaczynam myśleć o opowieściach podróżniczych, o Afryce, Indiach, Bliskim Wschodzie, Mongolii. Tam czeka się tak długo, aż transport przyjedzie, czas nikogo nie popędza, czasu się ma w nadmiarze. Na nic odliczana zegarkiem wściekłość zachodniego świata. Uspokajam się, czytam stare napisy na tabliczkach. Szewc z Wełnowca już wyblakł, ciekawe czy wciąż prowadzi swój mały zakład. 
Pół godziny oczekiwania na pociąg mija już szybko. Myślę o tematach, które z chłopcami poruszaliśmy rano przy śniadaniu, przy kawie. Wzięło nas jakoś na trudne rozmowy o rodzinie. Czasem tak łatwo zacząć rozmawiać o sprawach poważnych z kimś, kogo się prawie nie zna. Pawła poznałam dziś rano, Artura znam w sumie mało, choć on mówi o mnie "jesteś jak rodzina", to miłe. Uchylamy przed sobą trudny zakamarek, rozumiemy swoją nawzajem dumę z tego, że jesteśmy inni niż "oni", nasi rodzice. Czasem to tak znienacka się uchyla, w piątek w barze przy piwie, w niedzielę przy śniadaniu. Nagle komuś chce się opowiedzieć o sobie więcej. Raz słucham, innym razem jestem słuchana. Taka międzyludzka wymiana.
Czytam w pociągu, moje książki mają w sobie zakładki z biletów pkp. Czasem kilka, efekt cotygodniowej trasy i tylko tej jednej chwili na czytanie. Z powodu ruchu po jednym torze, przepraszamy za opóźnienia. I znów, zniecierpliwienie, pomstuję na koleje i mnę w ustach epitety. Dopada mnie efekt tego, że zwykle non stop się gdzieś spieszę, że goni mnie czas. Ale przecież, halo. Jest mi ciepło, za oknem powoli pada śnieg. Piętnaście minut więcej czytania, może notowania. Czy jest mi źle? Uspokajam się, przekonuję sama siebie, że nie warto wyklinać. 


Lubię rano zbudzić się i nie musieć zaraz wstawać, leżeć obok WS i rozmawiać sennymi, przyciszonymi głosami. Przytulić się i opowiedzieć dziwne sny, zastanawiać się, skąd się nam biorą w głowach te historie (atak zombich przebija nawet moje seriale wenezuelsko-brazylijskie). Lubię jeść długo śniadanie. Lubię się ubrać, jakbym była na Islandii, pstrokato, warstwowo, po swojemu. Lubię, kiedy odbijamy się razem w lustrze. 
Lubię pić kawę i wyjadać kasztanki w rytm muzyki latynoamerykańskiej. Lubię jeść obiad na desce do prasowania. Lubię z kimś nowo poznanym łapać nić porozumienia. 
Lubię jechać pociągiem i czytać. Lubię pisać metodą retrovintagetradycyjną pióro-papier (histeria hipsteria) albo po prostu gapić się przez okno na pobielone krzaki i słupy. Lubię się zastanawiać co to za ptak brązowy z czarnymi końcówkami skrzydeł poderwał się do lotu. Lubię jak skrzypi pod butami śnieg. 

Aktualizacja dnia dzisiejszego: wieczorem nie udało się utrzymać stanu: zen na tafli lotosu i trafił mnie szlag pod nagłówkiem "wielkie rozczarowanie". No cóż... ale pracuję nad sobą, czyż nie? Wzdych. Praca nad sobą zakłada też porażki. Teraz * tylko * jeszcze się otrząsnąć i poszukać zagubionej w śniegu równej wagi. 

piątek, 23 stycznia 2015

Nieznane

Czasem warto po prostu ruszyć w nieznane! Ruszamy z Danką, która rozumie co to znaczy: nie móc usiedzieć na dupie oraz mieć potrzebę wyjechania gdzieś na chwilę. Wszystko jest przyjemnie bez pośpiechu, wyjeżdżamy z opóźnieniami, ale wcześniej ustaliłyśmy "że nikt się o to nie obraża, ok?" więc nie psuje to żadnej z nas humoru. Wsiadamy do samochodu i chwilę się wahamy, Danka wykonuje jeden telefon, głos w słuchawce, którego nie znam mówi: pewnie że przyjeżdżajcie do mnie! Ruszamy, chmury wiszą nisko. Dwie godziny później Jurek wita nas w innej bajce. Bajka nazywa się Nowina 5 i ewidentnie jest jednym z końców świata. 
Czasem jeżeli nie pozwolę się gdzieś zabrać i gdzieś spontanicznie nie wyruszę - nic się ważnego nie wydarzy. Czasem trzeba po prostu zaufać. Jeżeli się to zrobi - ktoś, kogo zna się z zupełnie innych stron i sytuacji, odkryje nam zupełnie inną część siebie. Danka wpierw z uśmiechem nalewała mi herbatę w Czajowni Czajnik, zostawiałyśmy jej za ten uśmiech cukierkonapiwki. Potem to tu, to tam przewijałyśmy się razem przez różne wydarzenia, ale kojarzyłam ją z pracą w korpo i biżuterią ze starych sztućców (niezły mix!). A teraz ląduję z nią w stodole na końcu świata, gdzie przecieram oczy ze zdumienia i wiem, że trafiłam właśnie w Ważne Miejsce do Dobrych Ludzi. Znajoma twarz na fotografii na ścianie, świat znów jest nie mały, ale przytulny! 
Pada lekki deszcz, w środku jest ciepło i miło, i przez chwilę waham się, kiedy Dana mówi, że idziemy na konie. "Czy to głupie iść jeździć w deszczu?" pyta mnie trochę niepewnie i wiem, że to nie jest głupie, że niewielu jest ludzi, którzy by mi taką propozycję nie do odrzucenia złożyli! I tylko znów - zaufać. Jurkowi, który przerzuca derkę przez mokrego siwka i każe mi wskakiwać na oklepkę. Siwkowi, który choć jest małym i mocnym konikiem polskim w uprzęży z żółtym napisem konik - jest dużym zwierzem i łypiemy na siebie lekko podejrzliwie. Głęboki wdech i wskakuję, a potem ruszamy i jest po prostu magicznie. 
Jurek prowadzi konie i nas przez łąki, a potem prosto w las. Po raz pierwszy widzę szlak turystyczny, a potem leśny - z grzbietu konika. Patrzę jak sam wybiera drogę, jak czujnie słucha, balansujemy razem kiedy potyka się o gałąź albo rozjeżdża na błotku. Jurek jest zaklinaczem koni - lekko poświstuje i wszystkie trzy nagle reagują, od jednej nogi przechodząc w lekki kłus. Czasem coś do nich świergocze albo mówi w ich własnym ludzko-końskim języku. Do tego jest fajnym gawędziarzem i nawet się nie obejrzałam, kiedy minęły dwie godziny. Koń jest rozgrzany, nie jest mi zimno, spostrzegam dopiero pod koniec, że jestem całkiem przemoczona. Na mojego konia czeka rżąc z daleka inny, który został na pastwisku stęskniony i zakochany. "Wy dziewczyny tego nigdy nie zrozumiecie, tak zwariować z miłości może tylko mężczyzna" mówi śmiejąc się zaklinacz. *Hm... z miłości do drugiego mężczyzny, dodajmy drobnym drukiem! Wchodzimy do stodoły, gdzie banda fotografów z Wrocławia daje nam po talerzu gorącej wegezupy. Rozgrzewamy się i schniemy w cieple. Czy można chcieć czegoś więcej? 
Rozgrzewamy się w domu z gliny i drewna, jest piec Borys przed którym leży psia babcia i niesforny kot Mela. Wieczorem podróżujemy z fotografami przez dalekie i bliskie wschody. Uparty Rolando wychodzi w noc i rozpala ognisko, toczymy rozmowy o wszystkim i o niczym. Zasypiamy rozleniwione ciepłem. Rano przestaje padać i chciałoby się WIĘCEJ, wiec wracamy z nosami trochę na kwintę, bo z takich miejsc trudno się wraca. Zahaczamy jeszcze o Henryków, w którym opactwo cysterskie jest większe od całego miasteczka. To tu odnotowano, że Boguchwał powiedział: dać Ty poczywaj a ja pobruszę, na wieki udowadniając iż Lachy nie gęsi i swój język mają. Święty w czapce kojarzy mi się z Jasminum, a anioł, który pilnuje kapliczki z XIII wieku dawno już stracił głowę i powoli kruszeje jak wszystko wokół, jest coś smutnego w niszczejących zabudowaniach i kruszejących figurach. A może to tylko szara, błotnisto - pochmurna aura i powroty.   
Jeszcze zapętlenie czasu i drogi, jakby to miejsce nie chciało nas wypuścić, przejeżdżamy jeszcze raz o włos mijając Nowiny i dziwiąc się "jak to"? Dobrze się rusza w nieznane, trochę gorzej się z niego wraca. Na polach jakby już przedwiośnie... a może to tylko życzenie, bo już by się chciało, żeby przyszło? I przyjdzie! Przyjdzie, przyjdzie, nawet się nie obejrzymy! I znienacka wskoczy nam na plecy, jak Melania! (Fotosy napastującej Meli uczyniła Danka!) Wierzchowiec kotów i najeźdźca siwków dziękuje Danusi za Dobrą Nowinę!

niedziela, 11 stycznia 2015

Nicolas Bouvier

Cykl roku się odnawia, znów mogę sobie obiecać, że będę czytać dużo. W pierwszej połowie roku ubiegłego tak faktycznie było, potem było lato i tyle podniet, tendencja spadkowa. Potem wreszcie utknęłam na książce Omon Ra i inne opowieści - Pielewina, której część pierwsza (w której młody adept jest przez matiuszkę zssr szkolony do spełnienia marzenia swojego i ludzkości - lotu na księżyc) była absolutnie fascynująca. Druga filozoficzna, zmęczyła mnie okrutnie i utknęłam z bohaterem, w przedziale pajezdu, którym ówbohater jedzie przez życie nie wiadomo dokąd. Wielbicielom doskonałych metaforycznych obrazów sowieckiego społeczeństwa polecam. A potem przyszły moje urodziny i... Zasypaliście mnie stosem najlepszej literatury. Patrzę na ten stos i już się cieszę na tą ucztę. I zaczęłam od razu od deseru. Dziękuję Monice i Łukaszowi, idealne trafienie.W samo serce! Brawo, doskonale, teraz leżę w łóżku i... marzę o podróży. <ciężkie westchnienie>

Do tej pory nie wiedziałam o istnieniu tego człowieka. "To klasyka" - mówi Monika, dziś nie wiem, jak mogłam go przeoczyć, po prostu się zakochałam w jego pisaniu, wsiąkłam po uszy. To jest dziennik podróży w pełnym tego słowa znaczeniu, w przestrzeni realnej i w tej w głębi podróżnika. Lata 50te, pisarz Nicolas Bouvier i malarz Thierry Vernet wyruszyli w podróż: Bałkany, Turcja, Persja, Iran, Afganistan. Niesamowita literatura podróży, bystry obserwator rzeczywistości, przyroda, polityka, obyczaje zwykłych ludzi, pogoda i kulinaria - zwraca uwagę na wszystko. Mało znam ten rejon świata, podczas czytania bardzo brakowało mi mapy w książce. Czytam więc z wikipedią, dowiaduję się gdzie są kolejne miasta i przełęcze, sprawdzam gdzie jest Bogojevo i Tebriz, na wschodzie Iranu odkrywam ziejącą gorącem pustynię Lut, sprawdzam jak wygląda krzew tamaryszku i czym jest niezwykle ważny dla wschodniej kultury nargil. Przemierzam tą drogę z nimi. To inna podróż niż byłaby dziś, jestem tego pewna, a jednak jej opis jest niezwykle ponadczasowy.

Podróżują tak, jak mnie się marzy. No, poza tym, że wciąż reperują samochód (przez pół drogi go pchają, ładują na coś większego albo podkładają mu kliny pod koła, żeby przejechać), ale: łapią lokalne dialekty, piją w lokalnych knajpkach, smakują miejscowe smakołyki (chcę zjeść melona z Kabulu!), żyją tak jak lud, do którego akurat zawitali, zostają dłużej kiedy trzeba i oswajają miejscowych że swoimi białymi twarzami, zawiązują przyjaźnie, muzykują i nagrywają pieśni. I wyruszają dalej, kiedy poczują, że to już, że znów w drogę. Po pierwszym rozdziale mam ochotę spakować wszystkie rzeczy, wziąć plecak i wyruszyć. Ktoś ze mną? 
Jeśli nie ze mną - pojedźcie z nimi w tę podróż. Dotknijcie świata, którego już nie ma, a jednocześnie wciąż gdzieś tam jest... i wzywa. Nicolas Bouvier, Oswajanie świata. Nr 1 ze stosu, nr 1 w tym roku i niech to będzie moja gwiazda przewodnia na wszystko, co się wydarzy.


"Program był mglisty, ale w podobnych przypadkach najważniejsze to wyjechać. (...) kiedy to pragnienie stawia opór głosowi rozsądku, szuka się jakiejś motywacji. I nie można znaleźć nic przekonującego. Bo prawdę mówiąc, Nie wiadomo jak nazwać to, co Cię wypycha. Coś w Tobie rośnie, zrywa tamy, aż któregoś dnia pełen wątpliwości odchodzisz na dobre. Podróż nie potrzebuje uzasadnień. Rychło okazuje się, że jest celem sama w sobie. Sądzisz, że po prostu odbędziesz podróż, lecz niebawem ta podróż zaczyna Cię kształcić lub paczyć. (...) myślę o spacerze z Antoine'em (...) przecież objechał całą Rosję, Europę, Persję, nigdy jednak nie dopuszczając, by podróż w najmniejszym stopniu naruszyła jego integralność. Zadziwiające założenie! Zachować swoją integralność? Pozostać integralnym głupcem, jakim się było? Dlatego niewiele wiedział, bo nie ma kraju, który by nie wymagał - teraz to wiem - funta mięsa."

czwartek, 8 stycznia 2015

Kuczeryki w 2014

Podsumowania różnych spraw, jeszcze w mojej głowie ostatnie echa roku poprzedniego. Nie mogę sobie odmówić podsumowania śpiewającego roku z Kuczerykami. Nie odmawiam, bo to przyjemność! 

To wcale nie takie łatwe mieć wspólny kierunek w dużej grupie ludzi, gdzie każda osoba jest zupełnie inna. A tak, jesteśmy niezwykłą zbieraniną przeróżnych osobowości, zainteresowań, zawodów itp. Tak, mieliśmy w tym roku parę słabych momentów - ale wszystkie przeszliśmy i wyszliśmy z nich mocniejsi - co naprawdę uważam za nasz wspólny, duży sukces! Trochę żal, kiedy ktoś znika, ale rozumiem tych, którzy wybierają inne, własne drogi, staram się patrzeć do przodu i nie żałować. Cieszę się z tych wszystkich ludzi, których spotykam na swojej drodze, którzy przychodzą do nas zwabieni czarem białego śpiewu, harmonią głosów, tradycyjnymi pieśniami albo po prostu darciem się razem raz w tygodniu i śmiechem. 

Ludzie, których jeszcze nie tak dawno nie znałam, stali się bardzo ważną częścią mojego życia. Spotkania, warsztaty, koncerty, rozmowy, próbowanie - to wszystko dużo mnie uczy. Na spotkaniach uczę się o pracy w grupie, o sobie samej, o swoich barierach, o zaufaniu, na scenie uczę się pokonywać stres i lęk, a nawet czasem poznaję trudną sztukę dyplomacji, kiedy chcę do czegoś namówić grupę dorosłych ludziorów. Było intensywnie, wszystkie inicjatywy fajne, w każdą na 100% włożone serducho. Czy to kolędowanie, czy to pieśni z zaświatów, globalna baba czy Śląski Majdan. Przyjaciele, wydarzenia, wspólne śpiewanie.

Coś Bardzo Ważnego. Bardzo Dobry Rok!
A wiecie co jest w tym wszystkim najważniejsze?
Radość z bycia razem i tworzenia czegoś fajnego!

Jeżeli chcecie - podsumowanie naszego roku możecie zobaczyć tutaj, zapraszam! 

środa, 7 stycznia 2015

Gdy sparszywieję znów

Staram się, żeby ten blog był pozytywny. Kibicuję ruchom: wymień trzy pozytywne rzeczy, które Cię dziś spotkały, tydzień bez marudzenia i im podobnym. Chciałabym być pozytywna, radosna, fruwać nad ziemią, widzieć dobre strony i małe rzeczy. A jednak są dni takie jak ten. Z uśmiechu wychodzi grymas.

Dziś jestem marudna. 
Dziś jestem smutna. 
Dziś trochę samotna.
Dziś zastanawiam się, co ze mną nie tak, czy jestem tak męcząca, że trzeba ode mnie odpoczywać.
Co z światem nie tak. 
Ze mną? Ze światem? Z nim?
I czy ten Śląsk to nie jest jakas pułapka, pomyłka, czy na pewno wszystko ma swój czas i sens. 
Czy tu w ogóle może być po prostu dobrze, bez tych hustawek. 
Czy tu, czy gdzieś, czy w ogóle mi.
Wiem, dokądkolwiek się wyprowadzamy, siebie zabieramy ze sobą. 
Oczekiwania, afirmacje, rozmyślania.
Luna przeszła pełnię i powoli zapada się w sobie.
Termofor na brzuchu, mało światła. 
Zbyt szybko stygnąca herbata, bezsensowne porównania, niechciane, może trochę głupie łzy. 
Milczący telefon, technologia to błogosławieństwo czy przekleństwo? 
Gorączka? Nie wiem. Chyba nie. Katar. 

Nie lubię siebie takiej, nie umiem siebie od siebie oddzielić. 
Jeżeli sama od siebie mam ochotę uciec, jak nie ucieknie ode mnie ktoś? 
Jak lubić siebie? Jak pozwalać sobie na słabość? Jak zrozumieć drugą osobę? Gdzie są granice bycia sobą? Bądź sobą - mówią. Ale wszyscy chcemy spotykać pozytywność, patrzeć na uśmiechy, cieszyć się światem, żartować, nie epatować.
Dlatego dziś chowam się pod koudrą i uwalniam świat od mojej ponurej obecności. 
Gdyby tak dało się odkręcić głowę i poczekać, aż to minie.
I po prostu zaufać. 
Sobie chyba też.
Wczoraj wydaje się być okrutnie dawno temu.
Chwytam się ostatniej, cienkiej nici słowa "dobrze" i próbuję zasnąć.

Stoję na księżycowym pustkowiu.
Stoję na wielkim moście, za nami ciemne chmury i białe kamienie, w oczy świeci mi ostre słońce. Szarpie nami wściekły, mocny wiatr, marszczy skórę wody, ptaki krążą lekko, jakby nie zwracały na niego uwagi. Ledwo słyszę dźwięk migawki. 

wtorek, 6 stycznia 2015

Peszt z widokiem na Budę


Czy wydaje Wam się niemądre jechanie przez siedem godzin, żeby tylko przez niewielką wielokrotność tej cyfry być w innym miejscu? Ja rozumiem, że kogoś może to nie kręcić, naprawdę rozumiem. Tym bardziej się cieszę, że jedziemy! Mnie nie trzeba na to namawiać, ja to lubię, lubię być w drodze, lubię zmieniać przestrzeń. Dlatego kiedy 2A wpadają na pomysł - wchodzę w to od razu, od razu z euforią i radością. Nie przeszkadza mi, że będę gdzieś tylko przez chwilę, że to tylko spacer, tylko oglądanie wystaw i fasad, zaglądanie w bramy, piwo w hipszterknajpie. Że przed mocnym wiatrem chowamy się w lokalnej kawiarni z dobrą kawą, że snujemy się po wystawie obrazów z mądrymi minami, jakbyśmy robili to codziennie. 


Lubię wmieszać się w tłum, udawać przez chwilę, że nie jestem turystką, że jestem stąd, słuchać melodii języka nie rozumiejąc słów. Nawet nie przeszkadza mi, że muszę odpuścić łaźnię turecką, choć trochę szkoda, ale kiedy przez długie nocne rozmowy wstajemy w południe, to już jestem trochę zła, bo przecież tak niewiele mamy tu godzin. Ale W mnie uspokaja i wychodzimy, jest pięknie, miasto jest cudne i koronkowe, język melodyjny, światło nad Dunajem obłędne ( i wiatr dmie jak szatan). Lubię też, kiedy ktoś mówi: to tu macie klucze do mieszkania i miłego zwiedzania! Poddaję się koncepcji 2A na to miasto, idę za nimi jak po sznurku. Czasem chwytam WS pod ramię, żeby nie porwał mnie wiatr i nie ukrył gdzieś na podwórkach Pesztu albo w zakamarkach Budy. Albo nie wwiał mnie do żółtego tramwaju i wywiózł gdzieś nie wiadomo gdzie. 23-signs-born-travel


Powrót jest wesoły 2A paplają jak najęci, musimy przy nich wyglądać na niezłych mruków, ale cieszę się, że kierowczyni jest wesoła i z jej kopytkiem na gazie połykamy kilometry. Nawet moja niemądrość pozwala mi na cyknięcie foty kontrolującym nas policjantom, czego to ludzie nie zrobią tymi telewizorami... Tia. Mamo... niech żyję! Niech żyjemy my wszyscy, szybko i z drogą uciekającą pod kołami i z taką radością, z jaką podskakuje kitka Agni na siedzeniu przede mną, kiedy ja mogę się przytulić i sennie śledzić krajobraz przesuwający się za oknem, nucąc pod nosem jakieś radiowe szlagiery. 

(To właśnie ona jest autorką tych pięknych zdjęć tutaj! Więcej możecie zobaczyć na jej blogu.)

środa, 24 grudnia 2014

Dzień inny niż wszystkie

Wczoraj cudowny, złoty zachód słońca, dziś piękny wschód, odblask światła zza ciężkich chmur. Sol invictus, slava Jarile! Słowiański nowy rok - Szczodre Gody za nami, światłość znów zwyciężyła i teraz będzie już tylko jaśniej. (Święta Łuca dnia przyrzuca, tak poza tym.) Taki zachód, taki wschód zdarzył się tylko raz, każdy jest inny, takiego już nie będzie. Podnieście na chwilę głowę, tylko raz w waszym życiu zobaczycie TEN wschód słońca, własnie ten, teraz, tu. Jutro też będzie "ten", jedyny w swoim rodzaju, jutro też może być wyjątkowe. 


Kiedyś "Święto" oznaczało dzień inny niż pozostałe, inaczej spędzany. W porównaniu do normalnego biedowania i długich postów - w ten jadło się i piło obficie. Piło - bo wódka nie była napojem codziennym, tylko obrzędowym. Odpoczywało - inaczej niż w zwykłe dni, kiedy się zwykle zapieprzało. Co te dni będą dla Was "świętem"? Inne niż wszystkie? Spokojne i radosne - czego mi wszyscy życzycie? Czy jednak zabiegane do ostatniej chwili?

Nie świętuję w większościowym tego słowa rozumieniu, a jednak wczoraj przez chwilę dałam się wkręcić w to bieganie, na szczęście ominęłam wszystkie duże sklepy, chodziłam po mieście z załatwieniami i patrzyłam na kupujących, na nerwowych i na biegnących gdzieś, z choinkami pod pachą. Na szczęście potem usiadłam z przyjaciółmi przy stole i rozmawialiśmy o tym, że mimo miliona dziwnych zdarzeń ten rok był taki dobry, wymienialiśmy pozytywy, przekonywaliśmy siebie nawzajem, że jesteśmy odważny, dzielni i wytrzymali i ... szczęśliwi! Dobrze tak złapać do tego dystans, pozytywna refleksja, dziękuję Ci Dorota, za takie fajne lekcje angielskiego i... nas.

Pani w sklepie zapytala: jak tam przedświąteczne przygotowania, wszystko gotowe? (Obiecywałam sobie w wigilię już nic nie kupić, ale chyba potrzeba baterii do junkersa wygra.)Uśmiecham się i odpowiadam wymijająco, bo nie chce mi się Pani tłumaczyć, że nie obchodzę świąt. Bo tak, trzeba to od razu wytłumaczyć, mało kto przyjmuje to tak po prostu. Ja dziś świętuję po swojemu, to będzie mój świąteczny, wyczekany, wymarzony czas. Marzę o tym, że skończę pracę, kupię te baterie i pójdę do domu. Noc przed wigilią kojarzy mi się z gotowaniem do późna, tak było u mnie w rodzinie. Ja też wczoraj gotowałam, choć nie piekłam rohlików orzechowych, ulubionych mojej babci i specjału mojego regionu. Dziś przyjdę do domu, skończę selerybę po grecku i zobaczę jak się przegryzł barszcz z sekretnym dodatkiem od mojej przyjaciółki Łucji. Potem zapalę lampki - bo lubię ich światło - włączę muzyczkę i obłożę się książkami, wyłączę telefon i nie odbiorę go dziś ani razu. Otworzę tylko w nocy drzwi, kiedy zadzwoni domofon. I to będzie moja wymarzona wigilia, moje święto. 

Ale tak będziesz sama? Dziwią się, kiedy o tym opowiadam. I nie będzie Ci smutno? Nie chcą wierzyć. Mam do Was prośbę na te święta. Pozwólcie swoim bliskim być sobą. Nie zmuszajcie ich do swojej wizji świąt, do tego co trzeba. Jeśli ktoś chce drzemkę - niech się zdrzemnie. Jeśli ktoś nie lubi krawata - nie każcie mu go ubierać. Pozwólcie na zadumę i na smutek też, nie zmuszajcie wszystkich do bycia radosnym jak Christmasowe Pieśniczki. Popłakać w gronie bliskich to też ważna rzecz, to też łączy. A poza tym bądźcie radośni, swoją własną wewnętrzną radością! Tylu znajomych mówi: w sumie to fajnie masz, ja tak nie lubię tych świąt, są takie sztuczne. Przykre to, ale tak, ja też tak myślę o tym czasie i mojej rodzinie, o sztucznych uśmiechach i pouczeniach do swojej wizji świata. I z tego właśnie rezygnuję, wybieram bycie sobą i swój czas. To naprawdę fajne święta, odczarujmy je. Niech będą znów nasze i pozytywne. Tak, będę sama i to jest moje święto, mój spokój. A potem będzie ze mną ktoś mi bliski i to też będzie wyjątkowe. Nie gniewajcie się, ale nie dzwońcie dziś do mnie, nie jest mi smutno i źle, to po prostu czas dla mnie. 

Zróbcie coś wyjątkowego, nie wiem co to dla Was może być. Spróbujcie dziś poczuć stan głodu, poczekajcie aż zaburczy w brzuchu, jedzenie będzie jeszcze przyjemniejsze! Wyłączcie telewizor, jeśli na co dzień leci non stop, porozmawiajcie. Idźcie na spacer - jeśli nie chodzicie, "tak dawno nie byłam w centrum". Zobaczcie hobbita i wypunktujcie Jacksona.  Powiedzcie coś miłego, czego zwykle nie mówicie. Jeśli nie lubicie kolęd - posłuchajcie jazzu. Albo takiej miłej muzyki, którą dziś nakarmiła mnie siostra, słucham tego utworu w kółko. W rodzinie mojej przyjaciółki wprowadzili łamanie się chlebem i winem na początku wigilii. Zróbcie coś swojego, uchylcie rodzinie rąbka siebie. 

Dobrych Świąt dla tych, którzy je obchodzą, fajnego czasu dla tych, którzy nie chcą obchodzić albo obchodzą inne, Szczodre Gody które już były, prawosławne święta, które dopiero będą. Bądźcie sobą! 

A tu jeszcze coś dla Was, coś co ja lubię, śpiewa Pan Stanisław Fijałkowski, śliczna tradycyjna pieśń Panie Boże mój, jam jest wołek Twój. Bo tradycyjne śpiewanie, choinkowo-piernikowe zapaszki, wilczomlecze i ciepłe światło to jest to, co w tym okresie roku bardzo lubię!