Co tu znajdziesz

poniedziałek, 3 listopada 2014

Zaduszne spotkanie śpiewacze

Pomyszlajte czyłowieci wsiakij czas o smerti. 
Skilkib ne żyw na cim switi, treba bude wmerty. 

Bardzo, bardzo mi odpowiadają tradycyjne, ludowe pieśni żałobne, pośmiertne, zaduszne, lamenty i pożegnania. Czuję, że mają nas uspokajać, tych, którzy zostali, że śmierci nie musimy się bać. Nie są dla mnie depresyjne, choć są często czyimś płaczem. Nie boję się ich treści. Wiem też, że nie wszyscy je lubią. Dla mnie zawierają rady na życie i obietnicę tego, że będzie dobrze. Ale tak, też mówią o tym, że na świecie jest dużo smutku. 

Oj piszlaże syritka (sierotka) po swity blukaty
da nikto ne pryhorne (przygarnie) jak ridnaja maty
oj rada by ja Doniu, do sebe pryniaty
Ale zemli bahato, ne możu ja wstaty  

I jeszcze coś ważnego. Że nic w świecie nie znika, a tamten świat jest bliżej niż nam się wydaje. W tradycyjnej kulturze był on cały czas tak blisko świata żywych, był jego częścią. Teraz go tak bardzo od siebie odsuneliśmy. Za bardzo. Boimy się tego, czego nie znamy. Chyba Mariusz Wilk (Polecam!) pisał o śmierćce, o wschodnim słowie (smertka), które przez zdrobnienie od razu oswaja tą postać, ot śmierćka, taka mała i przyjazna, wcale niegroźna. Od razu widzę zgarbioną, nieporadną staruszkę o mądrych oczach.

Idzie śmiertka po zopłociu, pyto sie o gospodorza 
Gospodorzu, jesteś doma? Pojednej się z dłużnikoma!

Chciałyśmy z Beatą wrócić na chwilę do tej polskiej (i całej słowiańskiej) tradycji. Tych pieśni, które prowadzą rozmowy z duszami zmarłych, koją żal żywych, a także oswajają trochę tę straszną śmiertkę. Ich tematyka i melodia nie zawsze jest smutna, wszak zgodnie z wierzeniami odchodzimy do lepszego świata! 

Na smentarzu mieszkać będę, a na chwilę tu pobędę
pewien tego i bezpieczny, że mi dany żywot wieczny 

Chciałyśmy wrócić do tradycyjnego śpiewania właśnie w ten dzień i przypomnieć tę piękną tradycję opowiadania śpiewem o życiu i śmierci. O duszy, na wspomnienie zmarłych i ku pokrzepieniu żywych. I ku przestrodze.

Wyleciała dusza z ciała, na zielonej łączce siadła
przylatuje anioł z nieba, czego Ci duszyczko trzeba
co cie boli, co ucisko, powiedz mi duszyczko wszystko

Udało się. Pogoda była jak marzenie, lepsza nie mogła być. Piękny, jesienny dzień. Cmentarz Ewangelicki w Katowicach (podziękowania dla miłego księdza!), stanęliśmy koło kaplicy. Przyszło nas dużo, z różnych zespołów, śpiewanie ponad podziałami! I z Zory, z Wte i Nazod, Blokowioski i siła nas, Kuczeryków. Trochę wolnych strzelców, trochę przyjaciół (cieszę się, że byliście!), trochę miłośników śpiewania, trochę folko-zajawionych. I zwykli ludzie, którzy na cmentarzu usłyszeli i przyszli posłuchać. Niektórzy wzięli teksty i śpiewali z nami, inni słuchali. Było naprawdę wyjątkowo! Cieszę się ogromnie, że Śląsk, tak jak Warszawa (Strug śpiewał z ludźmi w katakumbach na Powązkach) dotknęła czegoś, co jest w każdej tradycji i każdej religii, styku światów i lęku człowieka przed końcem życia. Wczoraj razem zwyciężyliśmy go pieśnią! 

Nie udałoby się bez: Beaty (doskonały pomysł!) Kasi (negocjacje i wydruki), Agni (plakat), Pani Mai, która zaprosiła nas do swojego pięknego domu na próbę i bez wszystkich obecnych! Dziękuję!!! 

foto: Patrick Witcher
foto: Jarosław Krupa

środa, 29 października 2014

Retrospekcja religioznawcza

Jak bardzo potrafi Was ucieszyć coś małego? 
Konkretnie 3 strony drobnego tekstu. I jeszcze do tego: na za dwa dni. Mnie bardzo! 
Moja wiedza ze studiów od kilku już lat kurzy się na półkach. Coraz mniej jej mam w głowie, uwsteczniam się, nieużywane organy zanikają (jak np. niećwiczona pamięć...). Przykro trochę, to były świetne studia. Dały mi duużo wiedzy o świecie i o ludziach. Nie, to nie psychologia, hehe. To religioznawstwo, mały instytucik na UJocie. 

Uprzedzę pytanie: nie, nie mogę po tym uczyć religii. Mogłabym ewentualnie religioznawstwa, wiedzy o wszystkich religiach i ich aspektach. A najchętniej szacunku do wszystkich innych wiar i myśli, bo to jest to najcenniejsze, co z tych studiów wyniosłam. Nie, nie jestem katechetką, ani teolożką. Niestety nie jestem też guru religijnym, co wszyscy wróżyli nam po studiach, nie wypiorę Waszych niewinnych umysłów. Nie, rynek nie potrzebuje religioznawców, jeżeli to było Wasze następne pytanie. Za to uważam, że społeczeństwo owszem. Do objaśniania świata i jego odmienności chociażby. Do pokazywania innych perspektyw. Do wyjaśniania zjawisk i zachowań. 

Oprócz szacunku wyniosłam ze studiów jeszcze kupę papieru (skserowanego), przyjaźnie na całe życie i trwałe uczulenie na ludzi, którzy mają jedyną rację. W dowolnym temacie. Czasem, niestety, bardzo mi to utrudnia życie. 

Wczorajsza propozycja merytorycznego spojrzenia na krótki tekst wtargnęła w moje spokojne, niereligioznawcze życie i wywołała we mnie prawdziwą radość! Wieczorem dobrałam się temu tekstowi do tyłka z prawdziwą przyjemnością! Przepraszam tekst i autora, heh, niestety starałam się zrobić to porządnie i pewnie jak ten ktoś zobaczy te kolorki to dostanie apopleksji. Oj znam to uczucie... Jeszcze temat nadepnął na mój konik i z wielkim bananem na twarzy wyjęłam moją pracę mgr, żeby coś sprawdzić w niej. Po sześciu latach leżenia na półce, no wzrusz! 

Jejku, chciałabym tak więcej... Kto chce dać jakieś ciekawe zlecenie religioznawczyni? Obiecuję, że odpowiem (niekoniecznie pozytywnie) na różne dziwne oferty!



Stare zdjęcie z prawosławnego święta Epifanii (Jordanu), zbierałam wtedy materiał do mgr.
Sanok. By W. 

poniedziałek, 27 października 2014

Come on and rest your head

(Post pisany wczoraj, więc wybaczcie formę dzisiejszą.)

Zostaję dziś sama w nieswoim mieszkaniu. Budzę się leniwie. A potem chodzę po mieszkaniu i tańczę. Za oknem słońce, a ja przygotowuję zdjęcia z Islandii. Wracam tam w myślach i obrazkach, myślę, co i jak chciałabym o niej opowiedzieć. Zawieszam się na nich co chwilę, patrzę to za okno, to na kolejne uśmiechy Agni. Bo ona naprawdę, non stop się na tych zdjęciach uśmiecha. Wcześniej też mi to samo mówiła o mnie, na jej zdjęciach. No zobaczcie! Pogoda czy niepogoda. Cały czas wyszczerz.


Ubieram dla niej dziś miękką śliwkową sukienkę z ogonami, którą ona z kolei kupiła na mój do niej pierwszy przyjazd, już ponad rok temu. Obieg rzeczy. I spraw. Dobrych spraw. coraz lepszych. Dziś wieczorem Agni debiutuje w spektaklu "Wypływamy" Teatru Przychodnia. 

I mimo że nie jestem u siebie, i mimo że kiedy oglądam zdjęcia tęsknię za wyspą, jest mi w środku jakoś tak spokojnie. Nawet kiedy za bardzo napachniam obiadem, no cóż, najwyżej będzie bura, jak wróci Pan i władca przestrzeni. Myślę też o tym, że w tylu mieszkaniach już mieszkałam, tak często byłam u kogoś, że bardzo szybko oswajam przestrzeń. Nie chodzi o to, że czuję się od razu jak u siebie, ale nie czuję się tu źle. Inna wanna, w kuchni wszystko w innych mieszka schowkach, nie mogę znaleźć kawy i nie ma liścia laurowego, który akurat by się przydał. Ale co tam. 

W liceum non stop u kogoś zostawałam na noc. Na ul. Lipowej u Marty i Psyśka był mój drugi dom, dom artystów, z zapachem farby, sztalugami i szerokim parapetem, na którym Marta w szerokiej spódnicy lubiła palić papierosy. Albo i trzeci, bo miałam dom u taty i nasz Dom, mój i mamy. Potem były studia, milion przeprowadzek, kolejne mieszkania studenckie, po studiach to samo. Nauczyłam się szybko adaptować do nowej przestrzeni, zwykle działa to tak, że po prostu rozkładam wokół siebie mój pierdolnik wszystkich rzeczy. Naklejam obrazki na ścianach, wieszam lampki. Podobno szybko uprzytulniam przestrzeń, sama uważam, że nieco zagracam, ale może to synonimy tego samego. Nie lubię pustych, sterylnych przestrzeni.  Rośnie mi rząd słoików na parapecie i stos na wpół przeczytanych gazet "do dokończenia" na stole, pełno mnie w przestrzeni, mój prywatny pozorny chaos, bo jednak ma swoje reguły. Ale mało jest takich miejsc, gdzie czuję się naprawdę "u siebie", chyba nawet faktycznie "u siebie" rzadko osiągam ten stan. Człowiek bez korzenia. Wszędzie tymczasem, nawet jeśli długo.

Jest taki film Pusty Dom (ang. Free Iron) Kim Ki Duka. Główny bohater włamuje się do domów obcych ludzi pod ich nieobecność i przez jeden wieczór mieszka tam jak u siebie. Robi sobie kolację, ogląda tv, śpi w łóżku, w ich szlafrokach i papciach. Potem zaciera ślady i odchodzi, nawet nie będą wiedzieć, że tam był. Duch. Który będąc, nie zostawia swojego śladu obecności. A jednak jest. 

Ale może też dlatego, że mieszkałam już i tu, i tam, może dlatego dziś, nie u siebie, wcale nie czuję się źle. Partrzę w oczy lustru. A potem krzątam się po kuchni i tańczę, i nucę, i bezczelnie wyjadam migdały z salaterki. Leniwa niedziela, słońce, muzyka.  Rozładowany telefon. Małe schowanie przed światem. Dobry czas.



Patrzę na zdjęcia z Islandii. Ile jeszcze miejsc przede mną? Kto wie...
Odzywa się domofon. I tak, to też jest przyjemne, biec otworzyć drzwi komuś, kto wraca. 

niedziela, 19 października 2014

Jesiennie mi dziś

Prawidziwa jesień jest tylko w górach. Dziś piła kawę na Magurce Wilkowickiej! Ostatnio przeginam tu z ilością zdjęć, wiem. Ale TE kolory... i ten cudowny, futrzasty pies! I leżenie na łące, i kawa w nagrodę na szczycie, i długie cienie, i rosochate drzewa. Świetny dzień spędziłam, z Fado, Danusią i Morświnkiem, z pogodą, drogą i jesienią! Bo ja bardzo lubię jesień. I nawet tą jej nutę melancholii też. Tą złotą, zieloną i rudą, pachnącą dymem i wilgocią. Wszystko to zatrzymałam sobie w kadrze. I w serduchu, żeby na dużo dni starczyło teraz. 

środa, 15 października 2014

Łu.blin

Chciałam dużo pisać o tem, ale nie mam dziś słów. Mogę ich jeszcze jakiś czas nie mieć, więc niech Wam poopowiadają obrazki o pewnym naprawdę pięknym mieście.  To miasto Wam samo o sobie opowie. Dwubrazki. Jednobrazki. Podpatrzone, schwytane.