Co tu znajdziesz

środa, 10 czerwca 2015

Kilka dni w Izraelu (1)


Dekalog, a właściwie dwunastnica

Czy da się wziąć łyk esencji i poczuć smak czy trzeba pić ją powoli, rozwodnioną i czy wtedy nie będzie to tylko herbatka u cioci na imieninach? Czy można w kilka dni zanurzyć się w innej kulturze i poczuć ją, i zrozumieć, czy będzie to tylko lizanie lodów przez szybkę? Nie wiem, mogę tylko powiedzieć: próbowałyśmy. Odciski jeszcze schodzą mi ze stóp, a z ramion skóra, tonę w fotografiach i mielę w głowie tematy. Miałam wiele obaw przed wyjazdem, wielu nas straszyło. Będą was zaczepiać arabusy, będą was opluwać ortożydzi (*termin autorski przyp. autora), będą was oszukiwać i rżnąć na pieniądzach (w którym kraju nie robi się tego turystom?), przypadkiem nie idźcie tam i siam. Modny teraz slogan, bliski memu sercu mówi: życie zaczyna się tam, gdzie kończy się Twoja strefa komfortu, jeśli się czegoś boisz - zrób to. Chyba najbardziej z tych strachów to się bałam, że mi sformatują na granicy kartę HD ze zdjęciami. Oczywiście - nic z powyższych nie miało miejsca, oczywiście weszłyśmy we wszystkie zakamarki, gdzie wchodzić nie miałyśmy. Czasem się zastanawiałam ile we mnie lęków stereotypowych, a ile tam realnych zagrożeń. Na szczęście już w samolocie przeczytałam świetny artykuł Pana Hartmana, który serdecznie polecam każdemu, kto się wybiera do Izraela. Cytuję dekalog, który zdjął mi niepokój z serca i rozluźnił, i mogłam po lądowaniu z lekkim sercem wejść z naszych 15stopni*wieje*zimno w 30stopniową noc bliskowschodnią i poczuć, jak całe moje ciało się błogo w tym cieple rozluźnia. 
"Na początek dekalog turystyczny Ziemi Świętej:
1. Turysta dla wszystkich jest głupkiem – nie przejmuj się tym
2. Najlepszym przyjacielem turysty jest jego własny portfel
3. Czasem naciągną cię na parę groszy – nie przejmuj się tym
4. Nie bój się Arabów ani Palestyńczyków – ich dzielnic, miast ani autobusów
5. Nie bój się ortodoksyjnych Żydów – ich dzielnic i sklepów
6. Pamiętaj, że Zachodni Brzeg stoi przed tobą otworem
7. Generalnie jest trochę bałagan – dopytuj się o wszystko dokładnie
8. Szukasz fanu i normalności – jedź do Tel Awiwu
9. Żydzi są w porządku, ale nie są wylewnie serdeczni – ty też nie musisz
10. Jadaj u Arabów – na ogół gotują lepiej od Żydów
No, ale traktujcie to z przymrużeniem oka, jak wszystkie dekalogi"
Po 11 - Rozmawiaj z ludźmi. (właściwie to zmieniona 7ka). Próbując samemu coś znaleźć, przeczytać, trafić, zjeść dobry hummus - stracisz tylko czas. Tymczasem każdy Ci pomoże, podpowie, zaprowadzi. Dzięki dziewczynie w sklepie i facetowi kupującemu kolę trafiamy na najlepszy arabski hummus (tak wyglądał i nic w PL go nie przypomina) w moim życiu (patrz pkt 10), pan na przystanku znajduje nam autobus (bo mimo że cyfry arabskie to litery hebrajskie) i jeszcze proponuje weekend z nim na motorówce (Gosia mówi, że słabo, że się starzejemy widocznie, bo mało tych propozycji), miła żydowska dziewczyna kupuje nam bilet i daje jeszcze kopę dobrych rad i przestróg - dziwnie podobnych do tych polskich... 

Po 12 - Szanuj i nie oceniaj. Jak Cię proszą o długi rękaw - to go załóż i nie świeć dupą. Jak siedzisz w świątyni - patrz co robią inni i naśladuj. Jeśli tylko faceci palą shishę - no trudno, nie wariuj. Nie udawaj muzułmanina, jeśli nim nie jesteś, bądź szczery. I wtedy na pewno wszystko będzie dobrze. 

Na początek powiem Wam, że kiedy siedzimy w gorącą noc na białych kamieniach, wśród skuterów i balkonów, z bezdomnymi kotami, z kapiącymi rurkami od klimatyzacji i czekamy pod drzwiami Hadara (aż wróci z koncertu), zastanawiam się jak tu jest, jak się tu żyje. Wtedy jeszcze nie wiemy, że z powodu przegadanej nocy zaśpimy okrutnie i cały misterny plan - jak to plan - weźmie w łeb. I uwielbiam potencjalność tej chwili, kiedy wszystko jeszcze przed nami, kiedy wszystko zaraz się wydarzy. Na zdjęciach powyżej - pierwsze spotkanie z morzem, zegar na plaży wskazywał 23:30 i 30C. Stolik Hadara zrobiony z gitary (!), a na podkładkach mapa Tel Avivu. Poniżej na zdjęciach - moja ulubiona towarzyszka intensywnych eskapad. A tutaj muzyczka od Hadara, możecie sobie włączyć w tle do lektury! 

A teraz naprawdę postaram się uporządkować myśli... ale i tak będzie to w kilku skokach! Niby tylko kilka dni - ale naprawdę, nie mogę krócej! Jednocześnie nie roszczę sobie żadnych praw do znajomości Izraela, wszystko to będą subiektywne obserwacje, nie przewodnik. Jeżeli szukacie informacji typu: co zobaczyć, czego się spodziewać - ja postawiłam na bloggerów i polecam Wam dwóch z wielu: Third Bite - trzeci gryz Tel Awiwu i blog Łukasza Kędzierskiego a także trójkowy raport o stanie świata - audycja z Izraela. 


Wojna i dzieci 

"W celach bezpieczeństwa będę pani musiał zadać kilka pytań" - no trudno, rozumiem, zgadzam się na to. Wiem też, że konflikt tutaj trwa długo, o wiele za długo i porozumienie jest coraz trudniejsze. W Izraelu dzieci noszą broń, kłuje mnie to w oczy. Nazywam ich dziećmi, bo mają ok 18 lat, niektórzy pewnie więcej, piaskowe mundury, karabiny kołyszą im się luźno przy pasie. Stoją i śmieją się, biegną do tramwaju, jadą na szabat do domu, tańczą i śpiewają pod ścianą płaczu (miałyśmy okazję widzieć coś a'la przysięgę wojskową). Są młodzi, nasza koleżanka mówi wprost - starszych byś nie namówiła do tego tak łatwo. Zwracamy jakoś uwagę na to, że wszystkie żołnierki mają długie włosy. Dziewczyny służą dwa lata, chłopaki trzy. Trzy lata z młodego życia, bardzo długo. Shifi mówi, że to nie było łatwe. Wierzę jej i nie wyobrażam sobie. Patrzę na żydów, którzy mijają arabów na uliczkach, wszystko tu wygląda tak spokojnie. A potem już z Jerozolimy patrzę na małe, zielone wzgórze, gdzie za zasiekami powiewa inna flaga, niż ta biała z gwiazdą Dawida. Nie udało nam się odwiedzić Betlejem, żałuję. Całą nadzieję na pokój, kładę w młodych. W tych, którzy nie chcą wojska, w tych, którym w nim źle. W tym kimś, kto nakleił w toalecie w knajpie wlepkę na lustrze: I love Gaza. W młodych, którzy dosiadają się do nas, kiedy jemy sabich i mówią: Viva Polonia! Viva Izrael - odpowiadamy. Viva Palestina - mówi on, a potem zaraz rozgląda się dookoła siebie i patrzy nam w oczy. Nie wiem co powiedzieć w tym tłumnym miejscu, ale uśmiecham się do niego. "Myśli żołnierz - w dupie w wami i waszymi wojnami, myśli żołnierz". 
Na wzgórzu świątynnym pomiędzy Kopułą Na Skale i meczetem Al-Aqsa biegają mali muzułmańscy chłopcy i z plastikowego pistoletu celują do żołnierzy, który stoją obok. Do nas też celują i pif paf! Blada twarz ustrzelona. W kraju gdzie na ulicach jest tyle broni, nie dziwi, że dzieci bawią się w wojnę. Ale przeraża. A przecież dzieciaki są wszędzie takie same, obserwujemy te same córeńki, co wszędzie, tylko że np. w różowych zasłonach, patrzymy jak naciągają swoje mamy - też w chustach - na plastikowy badziew, dziewczynki w żydowskiej dzielnicy się nudzą, chłopcy z pejsami rżną w gałę na kamieniach, które mają tysiące lat,  ciekawska dziewczynka zagląda przez przegrodę na męską stronę ściany płaczu. "Gdyby teraz przyszła, skłamałbym że wyszłaś, że na świat nie przyszłaś, kłamałbym jak popadnie, choć kłamać córeńko nieładnie" - śpiewał nam niedawno Spięty, kłuja mnie w oczy te dzieci, córki i synowie Izraela z karabinami. Ale kto wie, jaka bym była, gdybym miała za sobą taką historię, jak ten naród. Kto wie... ja nie wiem. Jeżeli chcecie poczytać więcej o sytuacji tam zerknijcie do OE.  

 

Cdn... i obiecuję, że dalej będzie już weselej i z przygodami, będzie o kobietach i martwicy morskiej no i oczywiście o wieloreligijności. 

środa, 13 maja 2015

Psiebieżka

Jak napomknęłam ostatnio - obawiam się psów trochę. Głównie dlatego, że nie znam ich zachowań i nie wiem do końca czego chcą, co zrobią, czy lubią świeżą ludzinkę albo czy będą chciały oznaczyć teren w moich butach. Z czasem odkrywam powoli, że psy to takie dzieciaki, których główne komunikaty to "nudzę się, pobaw się ze mną" albo "chcę to mieć teraz, tu i już", "szczęśliwy!" a pięć minut później "nieszczęśliwy, pogłaszcz, już nie będę", zresztą badania pokazują, że inteligencją i emocjami psy są jak 2-4 latki. Ale oprócz wewnętrznego psiego dziecka i kanapowca są jeszcze instynkty stadne, hierarchiczne i terytorialne, czyli to pierwotne coś, czego się w niby-oswjonych-potomkach-wilków boję i co czasem z nich wyłazi nagle. 
Najbardziej się boję takich biegających po wsi luzem i podgryzających kostki, i takich wielkich które zza płotu próbują mnie zeżreć, rotwailerów i innych - hodowanych na agresywne. Na wsi u mojej koleżanki jeden taki już parę razy kogoś pogryzł, bo właściciel go wypuszcza, żeby sobie pobiegał. Inny jest wielką krową za małym płotkiem i skacze z pianą na pysku - zawsze mi serce zamiera, że przeskoczy i będzie bolało. Nie mam pretensji o to do psa, tylko do właściciela oczywiście, który jest bezmózgiem i którego powinno się ukarać tak, żeby mu się odechciało. Widziałam już słodkie pitbule i łagodne dobermanki - to zawsze będzie kwestia wychowania i wyszkolenia psa. Właściciel albo jest głupi i źle wychowuje psa, albo sobie z psem nie radzi - oba przypadki są groźne dla otoczenia. 


Jest kilka psów, których się nie boję, którym bym się dała pożreć jakby chciały. Są to głównie Fado i Nefi, oba futrzaste futra, które są po prostu jak dzieciaki. Zresztą trudno się bać futra, które działało przez jakiś czas jako budzik i myjka do twarzy ("Nefi, idź obudź Łu!"). Jest kilka innych piesełów, z którymi sobie nie przeszkadzamy, ale podchodzę do nich jak do dzieci - ostrożnie i trochę nieufnie. Iwonę, którą obserwuję jak pracuje z psicą, a czasem i z innymi psami - podziwiam, i trochę się może uczę, i widzę, że są tacy, którzy mają niezwykły zmysł komunikacji i rozumienia zwierząt. Nie wpływają na zwierzę władzą, krzykiem czy bólem - a jednak nim kierują, odczytują emocje, działają na nie tak, jak trzeba. I właśnie dlatego, że zarówno Pańciowie jak i pieseł wiedzą co i jak - postanowiliśmy wkraść się w ich łaski i wybrać się jako Drużyna Nefi na... psiebieżkę w Złotym Stoku! (Gdyby był konkurs na odpowiednik polski słowa dogtrekking proponowałabym psiebieżkę). Jak kraść to miliony - porwaliśmy się od razu na mistrzostwa Polski, oł jes!


Nowe doświadczenie zawsze czegoś uczy. W życiu nie widziałam tylu psów w jednym miejscu. Tylu różnistych psów! Znacie Psie Sucharki
Małe, średnie i duże, takie do kostek i takie do pasa, szczekliwe, drżące, zaciekawione, rozbawione, podniecone, zagniewane, obojętne, grzeczne albo brykające. Rozszczekane chyba przede wszystkim. Huskie i malamuty próbowały sobie ustawiać hierarchie, małe niby-dobermany (a serio teriery) gdzie stanęły tam się robił jazgot i pusta przestrzeń, co chwila wybuchały jakieś psie sprzeczki. Ludzie reagowali różnie (też ciekawa obserwacja) ale głównie - rozdzielali, odciągali, uspokajali, odchodzili, besztali też. I koniec kłótni, żadnej paniki. Kiedy już po trasie zmęczona zasnęłam na kocyku, zasypiałam przy chórze szczekania, i... zupełnie przestało nas to ruszać. Posprzeczały się? Przestaną. Szczekają? Za chwilę będą leżeć plackiem uspokojone albo się bawić. No przecież to psy. Oswajanie odbyło się gwałtownie ale z sukcesem. (Co pewnie nie zmieni faktu, że agresory dalej będą budziły mój lęk i przechodząc nocą przez jakąś wiochę będę miała pietra myśląc, co tam zostało spuszczone z łańcucha.) 18 km psiej trasy za nami (to była mini, long miała 40!), Nefi doskonale dała radę, czterej pancerni również stanęli na wysokości zadania! Na koniec zdziwko: zadziwiły nas - pozytywnie! - micro-husky z śnieżką na dupsku miszcz dizajnu i piesiak-niekończąca-się-energia, który wygrał z wszystkimi wielkimi zaprzęgowcami na średniej trasie (widzicie tą małą białą pchłę?), i pieso na dwóch łapach i dwóch kółkach (to ten duży czarny i jego wózek). 


(zdjęcia inne niż nasze są ze strony Sheri on Tour i dogtrekking.com) 
A na koniec powiem Wam, że kwitnie już rzepak i mimo że od razu myślę o tym, że znikają na rzecz tego żóltego nasze pola uprawne innych roślin, a także o pszczołach, które lecą na rzepak zamiast zapylać nam inne ziółka i owocki - wygląda on pięknie zwłaszcza na tle gór! Dolny Śląsk <3 ! Ahoj przygodo! 

 

czwartek, 7 maja 2015

Mein Liebster

Nie mylić z mein Lobster. Już miesiąc temu Iga nominowała mnie do Liebster Blog Award, zaskoczonko! Przyznaję się - nie lubię łańcuszków, ale jednocześnie... mam fajną okazję do zadania paru trudnych pytań osobom, których pisanie podpatruję! (zaciera łapki) Iga to jedna z tych osób, które śmiało można nazwać "krejzolami" i jak sama mówi o sobie "wyciska każdy dzień jak cytrynkę" niezależnie od przeciwności losu! Spotkałyśmy się tylko raz, ale to wystarczyło - iskra przeskoczyła! Sami zobaczcie jej życie przez pryzmat jedzenia. Możecie tam też przeczytać jej odpowiedzi na pytania, które ktoś zadał. Mnie urzekła odpowiedź: tarzanie się w życiu, hehe, życzę Ci Igo tarzania się ile wlezie! Zwlekałam z odpowiedzią, boś wymyśliła trudne pytania! Szalooona. Wydaje mi się, że nie jest łatwo teraz blogować w dobie facebuka, który bombarduje fajnymi wpisami, informacjami i tempem wrzucania obrazków od świtu do nocy.

O  c o c h o d z i ?
"Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana blogom o mniejszej ilości obserwatorów, by umożliwić ich rozpowszechnienie. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób, informujesz ich o tym oraz zadajesz swoje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który nominował Ciebie." Jednym słowem blogerzy - blogerom :)"

T o z r ó b m y t a k: najpierw zadam swoje pytania i powiem komu, a potem sama usiądę na kanapie i odpowiem na pytania, które ja dostałam (bo to nie te same!). Z góry przepraszam tych, co na blogach mało piszą tekstu, albo piszą mało o sobie, ale to nie jo, to zasady! Na kanapę wzywam:


A moje pytania brzmią tak:
1. Co lubisz w swoim życiu?
2. Co cenisz w ludziach? Za co lubisz swoich przyjaciół?
3. Gdybyś dowiedział/a się dziś, że masz tydzień wolnego od... jutra, pakujesz dziś w nocy plecak i ruszasz do...?
4. Jesteś sową czy skowronkiem?
5. W jakim miejscu czujesz się dobrze i bezpiecznie?
6. Opowiedz jedną śmieszną historię z życia swojego lub swojej rodziny. Może być z dreszczykiem, ale dobrym zakończeniem!
7. Jakie jest Twoje marzenie? (Jakieś jedno)
8. Gdyby jutro miał skończyć się świat i mogłabyś/mógłbyś zrobić jedną szaloną rzecz - to co?
9. Co zawsze zabierasz w podróż? Czego nigdy nie zabierasz w podróż?
10. Za co lubisz... siebie? Pochwal się!
11. (Pytanie specjalne Pstrokatej! haaa!) Skąd pochodzą Twoi dziadkowie (i babcie) i czy to ten sam rejon, który uważasz za swoje miejsce pochodzenia, życia? 


 A teraz sama zasiadam i odpowiadam Idze:

1. Gdzie byś się przeniosła/przeniósł będąc w posiadaniu wehikułu czasu?
Często myślę spacerując po jakimś mieście, że chciałabym się przenieść np. 100 lat wstecz, w Gliwicach, Warszawie, Krakowie i po prostu przejść się i rozejrzeć. Zobaczyć jak wyglądało, jak się zmieniło, co ubierali ludzie, co jedli w kawiarniach. Taką pocztówkę z przeszłości. 
2. Jakie miejsce na świecie chciałabyś/chciałbyś najbardziej zobaczyć?
Ja bym po prostu chciała zobaczyć cały świat, każdą dziurę. Móc powiedzieć: byłam tam, widziałam, wiem jak pachnie, z jaką melodią mówią ludzie, jak wyglądają te góry w słońcu albo jak marszczy się ta woda podczas deszczu. Lubię patrzeć na mapę na miejsce, w którym już byłam i myśleć: wiem, jak tam jest naprawdę, nie tylko na papierze. 
Jedno z większych chceń związanych z konkretnym miejscem - wiosna w Japonii i kwitnące drzewa. I jeszcze wrócić nad Biebrzę, w której jestem zakochana. I jeszcze wrócić na Islandię. Widzicie? Nie da się wybrać jednego! 
3. Gdybyś wygrała/wygrał dużą kwotę pieniędzy na co byś je przeznaczyła/przeznaczył?
Hm... pewnie mało racjonalnie, ale... podróże, książki i prezenty! I różne fajne akcje obywatelskie, które teraz chciałabym wesprzeć, a nie da się wszystkiego. I może jeszcze na jakiś swój kąt - gdzieś, nie wiem gdzie. Gdzieś, gdzie jest zielono.
4. Dlaczego lubisz pisać?
Szczerze mówiąc... rozładowuje mnie to, moje emocje. Piszę też papierowo, zapisuję kolejne notatniki, na papierze inaczej się układa myśli. Jakiś mam kołtun w głowie, próbuję go czasem rozplątać i zapytać samą siebie: o co mi chodzi? Żeby mówić, dobrze mieć coś do powiedzenia. Czasem myślę, że kiedy ludzie pisali pamiętniki nie mieli takich słowotoków, jak się teraz zdarza ludziom mieć. A może i tak mieli? Mój notatnik bieżący, wspaniały, idealny prezent od Mi (ekhm, się kończy!). 


5. Co lubisz robić najbardziej?
Po prostu żyć! Lubię czasem robić nic, leżeć z bliską osobą na zielonej trawce, trochę czytać i trochę drzemać z głową opartą o jego udo, a stopami zanurzonymi w zieleni. I pić dobrą kawę też lubię. I BARDZO BARDZO lubię być w drodze. Gdzieś, skądś, dokądś, z kimś, sama, po prostu w ruchu, ze zmieniającym się horyzontem za oknem. Lubię też czasem udawać w jakimś mieście, że jestem "stąd", siadać w małej kawiarni w tłumie tubylców i patrzeć na miasto, i podsłuchiwać rozmowy. 
6. Kto jest najważniejszą osobą w Twoim życiu?
Mój partner o tajemniczym imieniu na literę Mi, wspieracz, motywowacz, inspirowacz... czasem irytowacz (:-*), TEN Ktoś z kim się Chce. 
7. Gdybyś wiedział, że świat się za 24h rozpadnie na milion kawałków jak spędziłbyś/spędziłabyś tą ostatnią dobę?
Obecnie wzięłabym Mi pod pachę (lub za rękę) i poszła z nim poleżeć na łące pod jabłonką, a potem pogapić się w gwiazdy i patrzeć jak spadają. I dobrą kawę można by wziąć ze sobą i prince-polo. Pewnie on by się zdrzemnął, zaraził mnie swoją drzemką i może przespalibyśmy koniec świata, ale w doborowym towarzystwie. 
8. Kiedy i gdzie byłaś/byłeś ostatnio wakacjach?
W zeszłym roku - co wie każdy, kto tu zagląda, bo nie dało się uniknąć mojego świra na punkcie wyspy - na Islandii. I były to wspaniałe wakacje! Na krótkich - w Wielkanoc uciekliśmy w góry stołowe. Wakacje = ucieczka "gdzieś indziej", zmiana przestrzeni. 
9. Czy lubisz zwierzęta? Jeśli tak, to jakie masz lub chciałabyś/chciałbyś mieć?
Miałam kiedyś szczurki i każdemu polecam, mądre bestyje. Psom trochę nie ufam, może dlatego że nigdy żadnego nie miałam i czasem nie wiem czego chcą. Za to w moim domu rodzinnym zawsze były koty (mama - kociara) i naturalne dla mnie było to, że jakiś kot się pałęta tu i tam. Chciałam zawsze mieć dom pełen kotów, jak u Misi i jej rodzinki, gdzie nie dało się usiąść, żeby nie przysiąść kota. Chciało się przycupnąć na fotelu, a tu nagle oburzone miałknięcie spod zadka człowieka! Jeżeli będzie kiedyś jakiś dom-na-zielonym to może będzie w nim i pies albo i cała menażeria. W ogóle nie za bardzo lubię słowo: mieć w stosunku do zwierząt, ale w sumie mówi się też: mam przyjaciela. Miałam też kotkę, która w toku zdarzeń została ze swoją inną Pańcią, jestem przekonana, że ma się dobrze ta mała futrzasta terrorystka, a to najważniejsze.. 
10. Gdybyś mogła/mógł wybierać to kim chciałabyś/chciałbyś być w kolejnym wcieleniu? 
Ostatnio podczas jednego z filmów (mój ukochany, naj z naj "Spotkania na krańcach świata" Herzog) myślałam o tym, kim nie chciałabym się odrodzić. Otóż nie chciałabym się odrodzić jako robak w odbycie jeża morskiego żyjącego na mroźnym dnie Antarktyki. Za to myślę, że mogłabym być jakimś małym żyjątkiem, które mieszka na łące albo polnym ptakiem. Kotem podobno już byłam, ale kiedy czasem patrzę na kota śpiącego na poduszce w słońcu, zwiniętego w kulkę, to... taaaak, można by to powtórzyć! 
11. Czy oprócz tego bloga jesteś autorem/autorką jakiejś innej przestrzeni w internecie?
Adminuję stronę Kuczeryków i Zaczytanych (ostatnio ich zapuściłam...). Mam jeszcze jedną przestrzeń, ale jest ona bardzo osobista i niech zostanie ukryta.

UFF! No Iga, dałaś popalić! Dzięki! Pozdrawiam i życzę wszystkiego szczęśliwego! Nie wezwałam Misiury, bo wiem, że już miała nominację, ani Czarów z drewna, na które bardzo lubię patrzeć. Chciałam nominować też HerbinessLeśny Matecznik, ale są tak botaniczne i tematyczne, że nie wiem czy by zechcieli postować o sobie... więc Wam je po prostu polecam. Kto wypełni niech ciepnie linkę pod spodem koniecznie! I się nie gniewać proszę, za łańcuszki! 

wtorek, 5 maja 2015

Bum cyk cyk

Virus który mnie dopadł, choć przysięgam, że go nie zaczepiałam i broniłam się - nie dał mi szans i wyautował z życia na jakiś czas. W takim stanie chce mi się tylko spać, nie mogę myśleć, przegrzewają się styki i kręci w głowie. Jeżeli ktoś ma jakiś sprytny sposób na poprawienie odporności zatok to proszę, proooszę, bo ja co trzy miesiące ląduję w takim uroczym stanie. Kiedyś oczywiście nienawidziłam czapek, teraz pokutuję i żałuję, i zawsze mam przy sobie cienką czapkę - co i tak nic nie zmienia, chorują i już. Jeżeli zobaczycie kogoś w czapce teraz, kiedy w sumie jest już ciepło - pewnie będę to ja, paranoicznie przerażona powiewami wiatru - ale już mam dość, już chcę być zdrowa i tyle. I nie jestę hipsterę. 

Człowiek sobie myśli, że jest niezniszczalny. Myśli sobie też, że ma w dupie te wszystkie "przecież już jesteś po 30! teraz wszystko będzie inaczej, zobaczysz, organizm już nie będzie taki prężny i regenerujący się!". Czasem może to błąd. A ja nadal uważam, że wiek 30-40 lat to kwiat wieku "ten moment kiedy wszystko jest możliwe, ale już wiadomo, że nie wszystkiego warto spróbować" [bator, wyspa łza], stan idealny. Ale tak, i ja, i osoby mi bliskie - często się przesilamy. Bo trzeba już, bo przecież tylko teraz, no bo dam radę, bo już obiecane... no i bo wszystkiego by się chciało (to ja). Tymczasem bez odpoczynku organizm sam się upomina, żeby o niego zadbać. Mimo tego, czasem mu nie odpuszczamy. 


No i z katarami, ciężkimi łebkami i chrząkaniem w gardle - jedziemy mimo ostrzeżeń organizmów na Wszystkie Mazurki Świata. I na chwilę staje się warszawski cud, jakoś odżywamy. A może to tylko efekt sauny, jaką przeżyliśmy stojąc w gigantycznym korku przy wjeździe do Warszawy albo raczej już we W. Bita godzina smażenia się i pomstowania na każde wpychające się przed nas autko, liczenia panu na bieżni okrążeń i zawistnego zerkania na rolkarzy mijających nas z prędkością światła. Uorsou, stolyca, betonowa dżungla. Po raz kolejny myślę, że jest takie miejsce na świecie, gdzie nie chciałabym nawet pomieszkać. (Niebieska nuta orientu, stacja Politechnika). 

Mimo to bardzo jest przyjemnie, warszawa zwiosenniała, dziwne jest uczucie jechania pod rzeką (pod? jak to pod. nie ma "pod rzeką". rzeka jest i już), wleczemy się przez stare miasto aż do Wisły, kamienie nagrzewają się powoli w słońcu. Już z daleka widać, że ciągniemy w punkt zbiegu "dziwnych ludzi" kolorowo ubranych, z instrumentami pod pachą. Forteca, targowisko instrumentów, wchodzimy w totalną kakofonię. Ktoś trąbi, coś ćwierka, z boku skrzypce i bęben piłują mazurka, ktoś prezentuje lirę, ktoś gra "ona tańczy dla mnie" na akordeonie (tia...). Cudny chaos! Idziemy patrzeć jak uczą tańców góralskich, za chwilę ktoś daje mi kartkę i próbujemy nadążyć z tekstem za Gołcuniankami, to znikamy sobie z pola widzenia, to się odnajdujemy, to wpadamy na kogoś znajomego. Wynoszę stamtąd bęben od Pana Piotra Sikory z mazowieckiego, cielak na wierzbie, bum cyk cyk. Kiedy martwię się, czy nie za ciężki Pan Piotr zniecierpliwiony macha ręką "A tam, że jak, trzydziestka nie da rady?! A no jak nie da..." No ja nie dam? Dam, jak bum cyk cyk. Drżyjcie sąsiedzi, bo teraz bendem siem uczyć. 


Wieczorem potańc, wirujemy lub próbujemy wirować, tupiemy lub przepraszamy palce partnerów, próbujemy tak i siak, ocieramy czoła ze zmęczenia kiedy kolejne kapele wskakują na scenę. Ania mówi, że dostaje kręćka w tym ceglanym pomieszczeniu okrągłym, które wszędzie wygląda tak samo i gdyby nie scena to w ogóle by zwariowała-zawirowała się na amen. Gosiunia Królowa Pszczół i Mi wbijają się ostatnim tańcem na pierwsze nagranie, gwiazdeczki z Kapelą Maliszów! Posłuchajcie (niestety vimeo nie pozwala na wlepienie filmiku)!

Nikogo nie kochom ino muzykusa Jak muzykus zagro raduje sie dusa
Nie daj mie mamusiu ino mie obiecuj a bedzies wódke piła a calusińki wiecór 
Oj cyja ta dziewcyna w ty cyrwony halce chciałem jum pogłaskać pogryzła mi palce 

Na koniec chciałam podziękować Kindze za dobre słowo o pstrokatości, fajnie się człowiekowi robi, kiedy się okazuje spontanicznie, że ktoś tu zagląda, że czyta - że mu się podoba! No i fajne są takie spotkania, kiedy zapoznają się dwie osoby i nagle obie wołają: idealnie, właśnie Ciebie potrzebowałam, z nieba mi spadłaś, ja Ci wszystko powiem co i jak! (Tu buziaki też dla Gosi!) I naszym gospodarzom za przechowanie i za Śniadanie przez duże Ś i współtancerzom i choremu Mi, który dzielnie nas transportował i w ogóle wszystkim, dzięki którym jakoś nagle ozdrowiałam i tańczyłam przez pół nocy! Ale to magia tańca była i w poniedziałek z powrotem parter zamiast parkietu. Dobrze, że Pani dr tego nie wie, co się działo, ale.... może mi się to tylko śniło... śniły mi się tańce przytupańce i dziwne dźwięki... i to warszawskie słońce na bruku... i właściwie mogłabym tak stwierdzić, gdyby nie stojący przy łóżku bum cyk cyk.

W majówkę wreszcie zdrowiejemy. Pierwszy raz od nie wiem ilu lat nie wyjeżdżam nigdzie daleko, jak najdalej, uciekając przed kłebiącym się tłumem Polaków z pytaniem na ustach: a Ty co robisz w majówkę? Brrr. Nie rozpoczynam też jak kiedyś sezonu namiotowego. I wcale nie jest mi z tym źle, wręcz przeciwnie. Nie wolno Ci się bać, wszystko ma swój czas, da dana. 

wtorek, 14 kwietnia 2015

Skąd - dokąd - dlaczego?

Są takie pytania, które nurtują nas, kiedy spotykamy kogoś, czy to będąc w podróży, czy też po prostu, poznając jakąś osobę. Kiedy spotykamy podróżnika, te pytania są jak najbardziej naturalne, aż korci żeby je zdać. Cześć, skąd idziesz? Dokąd zmierzasz? Odpowiedź pozwala nam względnie określić kogoś w przestrzeni, przypisać do kraju, języka i kultury, z daleka czy z bliska, „swój” czy „obcy”, bratanek, a może słowiańska dusza? W górach kiedy spotykamy innego wędrowca od razu pytamy: Hej! Skąd idziesz? A my z tego schroniska. Daleko dziś idziecie? A, na ten szczyt. Również kiedy spotykamy turystów w innych okolicznościach, autostopowiczów, podróżników za granicą, kogoś, kto leży obok nas na ręczniczku plażowym, to są często dwa pierwsze pytania. Hi! Where are you from? Na Islandii mocząc tyłki w gorącej rzece spotkałyśmy innych podróżników, zobaczyłam jak moja koleżanka rozmawia przez chwilę z tymi ludźmi. O, też Polak? A skąd jesteś? Wróciła i powiedziała: są z Katowic! No coś Ty, nie godej! – zawołałam! I już od razu zrobiło się jakoś swojsko, złapałyśmy koordynaty, wspólny teren łączy, a inny obszar ciekawi i intryguje.

Kolejne pytanie nie musi zostać zadane, ale też czasem nurtuje. Dlaczego jesteś właśnie tu, czemu w podróży? Po co? W Rosji pytali: Turisty? - mierząc wzrokiem wielkie plecaki. Turyści, to przynajmniej wiadomo co robią, zwiedzają, nos wszędzie wsadzają. Nie turyści? No to po co, w odwiedziny? Szukają czegoś? Uciekają przed czymś? Po co się przemieszczają, dlaczego? Po co w ogóle opuścili swoje miejsce zamieszkania? Na to odpowiedź nie jest już taka prosta, odpowiedzi jest tyle, ilu spotkanych ludzi. Chcemy zobaczyć świat – odpowiadałyśmy w Grecji. Kelner w knajpce nad morzem potrząsał głową z dezaprobatą i nie mógł zrozumieć. Ale dlaczego, po co? Czego brakuje tam gdzie mieszkacie, po co się w ogóle gdzieś ruszać?

A mnie jeszcze nurtuje inne pytanie. Nie pochodzę z miasta, w którym obecnie mieszkam. Na co dzień o tym nie myślę, nie zastanawiam się nad tym. Kiedyś zdałam sobie sprawę, że dziś trudno już określić ojcowiznę, gdyż od kilku pokoleń jesteśmy w ciągłym ruchu, odpowiedź na pytanie: skąd jesteś? - staje się coraz trudniejsza. I nagle mnie to pytanie napadło na dużej imprezie w Gliwicach i zaczęłam pytać ludzi: a skąd jest Twoja babcia? Z tego miejsca, w którym mieszkasz? Z tego, w którym Ty się urodziłaś? Nie. Nie i nie. A skąd? Gdzie masz swój rodzinny korzeń? 
Kiedy zadałam to pytanie odpowiedzi były przeróżne. Gliwiczanie mieli babcie z Suwałk, z Kowna, z Drezna, z Lwowa. To w tych stronach normalne, że rodzina na wschodzie, ot takie losy historyczne. Dziadkowie Krakusów byli z Krynicy, spod Lublina, z Dolnego Śląska. Też zrozumiałe, Kraków przyciąga ze wszech stron. Moje babcie są ze Śląska Cieszyńskiego, za to babcia Cieszyniaka była z Kieleckiego. Nawet jeśli czyjaś babcia mieszkała teraz w tym samym mieście, co on, nie pochodziła z tego miejsca. Ten temat do mnie wracał. I znów te trzy pytania: Skąd? Dokąd? Dlaczego? Czy Ty byłeś tam kiedyś? Jak to się stało, że babcia, mama albo Ty znaleźliście się właśnie tutaj? I czy Twoja babcia czasem tęskni za swoimi stronami? Opowiada o nich?

Ten temat nie dawał mi spokoju, bo jak to możliwe, że w moim mieście nikt z niego nie pochodzi? Zaczęłam podpytywać kolejnych znajomych. A Twoja babcia? Zielona Góra, wschód, mała miejscowość pod Przemyślem, wioska koło Jeleniej Góry - odpowiadali. Dźgnęło mnie to, nie dawało spokoju, zaczęłam szperać też w swojej historii i odkryłam ze zdziwieniem, że jeden z moich dziadków pochodzi z regionu poznańskiego, z maleńkiej miejscowości Skrzynka Mała, położonej nad pięknym jeziorem. Zaskoczenie! I zdziwienie, że nie znam historii własnej rodziny, nawet do dwóch pokoleń wstecz. Jak się ten mój dziadek tu na Śląsku znalazł no i… dlaczego? (Na zdjęciu trzy powody mojego dziadka, żeby zostać.)

Skubię ten temat, podpytuję. Spotykam historie ludzi migrujących przez wojnę, przez powojenne wysiedlenia i przesiedlenia, zmiany granic (na Górnym Śląsku granice wiją się coraz to inaczej, moje rodzinne miasto podzielili granicą na pół). W tym roku na Festiwalu Folkowisko - wędrówki ludów. Gnały ludzi różne powody, kolejne zawieruchy historyczne, zmiany granic, zmiany ustrojów. Jest też bardzo częsta odpowiedź: moja rodzina wyjechała za pracą, był przymus pracy, przydział pracy. Jedna osoba ruszyła i z czasem ściągnęła do siebie rodzinę. Z kolei nasze pokolenie to znów inna fala przemieszczania się – mamy łatwość zmiany pracy i zamieszkania, otwarte granice, z różnych przyczyn wielu moich znajomych wyjechało do innego miasta, kraju, w każdym kraju są skupiska Polonii. 

Co skłania ludzi do ruchu? Co pcha do zmiany, co rozrzuca ich po całym świecie? Czegoś szukamy, za czymś tęsknimy. Za miastem lub za wsią, za świeżym powietrzem albo za bogatą ofertą kulturalną, za lepszymi zarobkami, za świętym spokojem. Coś nas do tego ruchu zmusiło lub zachęciło. Przed czymś uciekamy albo do czegoś. Czasem po prostu potrzebujemy zmiany i mamy taką możliwość, by coś zmienić. Czasem też skądś lub do kogoś wracamy.


A… skąd jest Twoja babcia? 


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Chce się żyć

Podsumowanie ostatnich dni: * + - 671 km (autobusami miejskimi, podmiejskimi, polskibusem, blablacar, tramwajami, 2 samochodami, brakuje tylko autostopu) * 6 miejsc/miast, bardzo mało godzin snu * mnóstwo fajnych ludzi, starych znajomych, nowych twarzy * szau szopingu, przysięga zakończenia sezonu kozaczkowego i chodzenie boso po trawie  * jeden koncert jako uczestnik, jeden jako śpiewak * dużo piwa i vegańskie jedzenie tu i tam, pierwsze lodyyy za płoty! * wiosna w pełni, zioła na parapecie, kwitną już magnolie i forsycje,

...chce się żyć! 

Zespół się zmienia przez lata, zmieniają się jego składy, wokaliści tyją albo chudną, biorą sobie wokalistki, mają coraz mniej włosów albo je farbują. Ja zmieniam się przez lata, skracam włosy, wkładam okulary, glany zamieniam na kozaczki. Stoję w tłumie i czuję się... staro, słyszę "te nowe" utwory i zastanawiam się, wtf tu robię. Ale to koncert jubileuszowy i z muzyką cofamy się w latach, śpiewam stare teksty na całe gardło. A potem słyszę pierwsze dźwięki tego utworu, chowam telefon do kozaczka (!) i idę w młyn. Przypominam sobie od czego mam łokcie i kolana. Na scenę wychodzi on, pierwszy wokalista, patrzy na tłum i mówi: czekałem na to dwadzieścia lat. My krzyczymy, on śpiewa, spijamy nawzajem swoją energię. Rodzina Cavanaghów wreszcie robi z gitarami to, co trzeba, chronię okulary, tłukę sobie łuk brwiowy o bark chłopaka skaczącego przede mną, następnego dnia nie mogę ruszać szyją. Przeżyłam Anathemę i Darrena White na żywo,

...mogę umierać. 


Snujemy się po mieście, które przyciąga mnie do swoich odrapanych ulic jak magnes. Z Jarkiem snuje się idealnie: a w tej kamienicy, a widzisz to? a wiesz co to? to... a tutaj była dzielnica żydowska. Zabiera mnie na Bałuty, na osiedle zbudowane na resztkach żydowskich macew. Teraz podobno grasuje na nim banda, którą dowodzi karzeł. Karła nie spotykamy, za to jemy pierwsze w tym sezonie lody, snujemy się w słońcu, urlop po pachy. Ostatnie pół godziny spędzam sama, łażę uliczkami, jest ciepły wieczór i udaję, że jestem stąd. Wreszcie z bandą ciekawych ludzików jadę na południe (naprawdę polecam blablacar, polskibus nie ma tych emocji). Potem jem śniadanie doprawiane kocim włosiem, kupuję cienką sukienkę, bo nie mogę wytrzymać już na tym słońcu, na zielonej trawce ściągam rajtki i kozaki poprzysięgając koniec sezonu zimowego. Pijemy piwo nad Wisłą na zielonej trawce, 

... żyć, nie umierać! 


Jest ciepły wieczór, obłędnie pachnie kwitnąca śliwka, kibice hutnika drą się pod blokiem, sielanka. Parapetówka na hucie, Agni ma niesamowitą zdolność oswajania i uprzytulniania przestrzeni. Pół roku temu siedzieliśmy na innej kanapie, w Reykjaviku i dwie osoby z naszej trójki planowały zamieszkanie w Krakowie. Teraz to się po prostu stało, są tam, pracują, zmienili wszystko, oboje. Jestem dumna, trochę zazdroszczę, kibicuję z całych sił (nie hutnikowi)! Mnóstwo uśmiechów, składanie mebli, frykasy, dzień kończy się nad ranem, życie i wszystko wydaje się proste. Po dwóch godzinach już nie, jakimś cudem wstaję i wychodzę na tramwaj. Hucki świt, niebo ma ładny kolor i jest zimno, i właściwie nie pamiętam drogi na dworzec, 

...jednak chcę umrzeć (a na pewno spać).


Budzę się w swoim mieście dwie godziny później, muszę wysiadać z autobusu ale już mi lepiej. Kawaaaa, śniadanie, przebieram się na autopilocie i wychodzę na... autobus. Czekając na przystanku zauważam otwarty ormiański kościółek i przypominam sobie, że prawosławni mają dziś woskriesienie! Wchodzę posłuchać, ksiądz opowiada jakieś dziwne rzeczy, chór śpiewa z zaangażowaniem. A może mi się to śniło? Autobus wiezie mnie do Mikołowa przez wioski, o których dopiero co czytałam w Drachu. Staram się nie zasnąć, śledzę przestrzeń, kierowca zagaduje każdego kto wsiada. Wysiadam w Mikołowie, kupuję ciastka i czekam na odbiór, ławka w słońcu bardzo zachęca, staram się nie spać, choć w sumie chyba osiągam próg zmęczenia, w którym już się nie jest sennym. Przyjeżdża N i jedziemy dalej, ogród botaniczny, nawigacja zwodzi nas na manowce, N biegnie kupić kurze jajca, wspinamy się na górkę, tłum ludzi z dzieciakami. Zmęczenie zabija mi stres, który zwykle mam przed koncertem, robimy szybką próbę, śpiewamy, zagaduję mikrofon, przybiega jakiś dzieciak i wręcza nam złotówkę (lubimy takich fanów), przez większość koncertu się uśmiecham. Pijemy kawę w słońcu, miła pani daje nam zniżkę na rozmaryn w doniczce "bo ładnie śpiewałyśmy"! Idziemy coś zjeść i spędzamy relaksująco nikłą resztkę wieczoru, słyszę przez mgłę jak Mi mówi: ej, Ty śpisz a nie oglądasz! No chyba tak, wtulam się i kończą mi się baterie. Przydałby mi się urlop po takim urlopie,

... ale tak, chce się żyć!