Co tu znajdziesz

wtorek, 2 grudnia 2014

Pieśni Ukrainy

Znów się opuszczam w pisaniu, wybaczcie. "Jezus Maria nie ogarniam" jak śpiewa Maria Awaria Peszek. A tyle mam myśli do wypisania! Po ostatnim weekendzie muszę, inaczej się uduszę. Muszę o muzyce. O ukraińskich pieśniach, tych najbliższych mojemu serduchu, rzewnych, wielogłosowych, pięknych.

Ale od początku, bo początek jest w październiku w Lublinie, na festiwalu Najstarsze Pieśni Europy. Tam był benefis grupy Drewo, zespołu ukraińskiego, do którego wzdycham, który uwielbiam, który marzyłam usłyszeć na żywo. A tu benefis, osoby, które już nieczęsto na scenie, kilka pokoleń razem, pionierzy odzyskiwania pieśni tradycyjnej. I kiedy Olena Sewczuk zaczęła: Oj u poli drewo... to poziom ciarek mnie przerósł, po usłyszeniu tego na żywo mogłam już umierać szczęśliwa. To było jedno z tych przeżyć muzycznych do odhaczenia na mojej liście muzycznej: usłyszeć koniecznie przed śmiercią (nooo, kilka mam już zrealizowanych!). 

 

O dwóch dolnych zdjęciach (tak, używam nieprofesjonalnego słowa: zdjęcie, nie: fotografia, bo uważam, że doskonale oddaje to, że się "zdejmuje" moment, a zresztą prof to te foty nie są). Najpierw o tym ostatnim. Widzicie tych młodziaków, te dzieciaki? Są z Przemyśla, są z rodzin ukraińskich, śpiewa się u nich w domu, dla nich śpiew biały to po prostu część życia. I wiecie co? Jak ta szesnastolatka wyszła i zrobiła zaśpiew... to ja a) zakochałam się w nich b) pomyślałam, że już nigdy na scenę nie wyjdę. No po prostu... polecam posłuchać. Ansambl Krajka. Jak tak śpiewają za młodu, to co będzie później...?

Na drugim zdjęciu widać "znudzoną młodzież" czyli młodsze pokolenie Drewa, które słucha pieśni wykonywanej przez starsze pokolenie. Taki mi się złapał, dobry moment do "zdjęcia". Trzeci od lewej siedzi sobie Jura Pastuszenko. I wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w niedługim czasie wyląduję z nim na warsztatach pieśni ukraińskich. Jurę i Zuzię mogliście słyszeć w radiowej Dwójce na koncercie kolęd (część trzecia, 13:37). Mocne, piękne głosy. 

Dopiero co spędziłam z nimi dwa dni. Dwa dni bardzo intensywnej pracy - głosem to jedno, ale nie sądziłam, ze mój umysł jest w stanie w takim tempie przyjmować informacje i zapamiętywać melodie! Łykaliśmy te pieśni za pomocą jego technik, jedną zaśpiewaliśmy w SIEDMIU wariantach i głosach! Zwracał uwagę na wszystkie niuanse, na wymowę niełatwych dla nas ukraińskich spółgłosek i samogłosek "pomiędzy", na oddech, na tempo, na brzmienie, na rytmikę... no naprawdę, to było super-intensywne czternaście godzin śpiewu. Choć czasem długo szukałam drogi do swojego głosu na te wysokie zapiewy, w końcu jakoś się znajdowała. Jura wie, co robi. Świetny nauczyciel, a do tego oboje to bardzo sympatyczne osoby! Nina mówi, że nadrobiliśmy trzy lata pracy w polu w normalnym, tradycyjnym trybie nauki pieśni, hehe.  Ekipa warsztatowa też oczywiście była świetna, bo konkretne tematy przyciągają konkretnych ludzi... no żyć nie umierać. A konkretnie to: śpiewać! 

Jeśli macie jeszcze ochotę - posłuchajcie pieśni Katiuszeczka - duszeczka, cudowna, chwytająca za serducho. Z nauki warsztatowej. Oj cudna, cziudesna. Duszuszczypatielna. Żyłochlast, jak to nazywam, heh. 

sobota, 22 listopada 2014

Pożegnanie jesieni

Dziś już czuć zimę w powietrzu, żegnam jesień, którą mimo jej pasm smutku, tak naprawdę - uwielbiam. Zgasłe szarości, na których tle jeszcze wyraźniej widać odcienie złota i krople czerwieni. 
Odchodziła tym razem statecznie i powoli, zanim zniknęła obejrzała się jeszcze przez ramię, strzepnęła miękkim ruchem pajęczynę z płaszcza. I mrugnęła do mnie mignięciem migawki.



poniedziałek, 17 listopada 2014

Serce w słoiku


Ostatnio moi znajomi mogli śledzić cykl moich wpisów (na twarzoksiążce), pod wiele mówiącym tytułem: z pamiętnika bezmięśniaka. Było tam o rodzinie, która od dziesięciu lat nie rozumie, że nie zjem rosołku, było o uporczywym wpieraniu mi w różnych miejscach, że ryba to nie jest mięso (uważam, że wywodzi się to z tradycji postnej, gdzie w posty można było jeść zwierzęta wodne, ale to teoria tylko, i nadal uporczywie twierdzę, że nie jem bobra). O poszukiwaniu czegoś do zjedzenia w Chorzowie (znaleziona zupa z dyni mmm ale nie było łatwo) albo w Rybniku (tosty!), o żywieniu się frytkami w nadmiarze nawet nie mówiłam. I o ruskich jak nie polanych z góry, to ze skwarkami ukrytymi w środku - też nie. I znów nie raz usłyszałam: ale to co Ty właściwie jesz? Oprócz tego, że właściwie wszystko, oprócz tego jednego składnika, o którym mówimy, to jem oczywiście kasze, warzywa, owoce, strączki, ryże, słodycze, pieczywo, itp itd czyli to, co Wy. Wiadomo też, że w zimie jest trudniej, bo zielenina albo mdła, albo zza gramanicy, albo blada i słońcem niedożywiona, tak jak i my. 

I tutaj dochodzę do sedna tego wpisu. W zimie jem słoiki. Oczywiście najchętniej te domoróbne, ale też sama nie mam jakiejś specjalnej chęci i umiejętności, żeby je tworzyć. Sednem jest to, że wczoraj spojrzałam na mój uginający się od szkła parapet. A potem nastał poniedziałek jakiś taki marny... i chciałam napisać dziś coś pozytywnego, w ten ponury, listopadowy czas. 

I chciałam PODZIĘKOWAĆ wszystkim moim cudnym znajomym, DZIĘKUJĘ WAM BARDZO! Bo mój parapet ugina się dzięki Wam i dzięki Wam zima będzie smaczniejsza, fajniejsza i zdrowsza!

Uwaga, teraz będzie litania! Bo czego tu nie ma! No, to oto za co Was kocham moi mili: 

Dorotę za spontaniczne buraczki, Iwonę i Michała za różne papryki, za ogórki, za inne inności i za ten śliczny przywieziony mi worek ryżu basmati, Dorotę moją Sis i jej mamę za cały transport pikli (o boshe!), Agni za to, że jej się chciało samej zamieszać dla mnie zaatarową przyprawę z zastępników własnych, Olę (i nawet jej dziadka) za brzoskwinki (dalej mam jeden słoik Olcia!), Łucję - Lucynę za bzówkę, nutellę z powideł, soki z aronii, miód z mniszka, dżem z dyni, dynię (tę już zjedzoną, pyszne leczo z niej było mmmmm, nać selera i milion innych pyszności, moją cioteczkę Milkę za paprykę i buraczki według rodowego przepisu, Michała za powidła śliwkowe, mleko kokosowe i dyńki, i jabłka, i insze inszości z działki też, mojej rosołowej rodzince za jabłka, orzechy włoskie i kiszoną kapuchę, deptaną prawdziwie, tak jak trzeba. Posiekajcie mnie, za nic nie pamiętam, kto mi dał ogromny słój śliwek w syropie, ale kocham go/tę osobę też. Jeszcze mi się przyda! I Dagmarze za prawdziwy liść laurowy, jest niesamowity! I jeszcze Gosi, której nie mam w słoiku, ale często częstuje mnie czymś wege-pysznym do jedzenia! I wszystkim, którzy podrzucają  mi jak nie słoiki, to fajne przepisy na jedzenie (Gabi, Agni, Iwona!). I jeszcze dzięki dla Oli, dzięki której jest w Gliwicach Kiermasz Żywności Naturalnej i Ekologicznej, który daje mi też dużo smaczności i radości! 


To Wy pomagacie przetrwać zimę takiemu bezmięśniakowi jak ja!
Wybaczcie, jeśli kogoś pominęłam! 
DZIĘKUJĘ jeszcze raz, moje Wy pozytywne witaminy! 

niedziela, 16 listopada 2014

Niski sercu bliski

Dzień z mgły

Kilka dni deptania po górach. Doskonale! Katar schowałam do kieszeni i hajda! No, może nie taka aż hajda, bo jak zwykle perypetie poranne... potem ogrom drogi w autobusie pachnącym... niepachnącym. W ogóle i ani trochę. Wreszcie osiągamy Gorlice, wrzucamy coś na ząb (jedliście kiedyś szpinak z pieczarkami ale bez czosnku i przypraw...? Cóż, nie polecam) i... no tak, wydostać się z miasta. Sennego, dziwnie pustego miasta. Najpierw zaczynamy z buta. Potem łapiemy stopa. Stoimy na zakręcie i mówimy w którymś momencie do siebie: jak nie ten, to idziemy. I tak, to ten, zatrzymuje się, wsiadamy! Kobieta ma specyficzny akcent, takiego nie znam w ogóle. Ani góralski, ani wschodni, piękny, dukielski. Wysadzają nas z lekko zdziwionymi minami na progu lasu i mgły. Jest 16:00, ruszamy na szlak. A właściwie w szarość i mgłę. Chodziliście kiedyś po lesie tak, że NIC nie widać? Widać tylko kropkę światła drugiej osoby. I mgłę. Kilka razy oglądamy drzewa z każdej strony. Odkrywamy, jak łatwo stracić orientację, skąd się przyszło, potem już jedna stoi pod drzewem, a druga szuka drogi dalej. Ale nie, nie boję się, z takim kompanem się nie boję niczego. Śmiejemy się, że jakby nam przyszło zakopać się w liściach, to nalewka w plecaku jest, przeżyjemy. Kiedy płoszymy jakieś zwierzę, które ucieka w panice przez las z trzaskiem gałęzi, mocniej biją nam serca. I wiem, że nic się nie stanie, jestem tego pewna, zupełnie nie nerwowa. Powoli do przodu. Potem wleczemy się przez wieś i rozmawiamy o tym, że bardziej boimy się złych ludzi i złych psów niż tego, co czai się we mgle. I na koniec tego cudnego dnia wpadamy w objęcia Jadzi, która sadza nas w ciepłej kuchni, karmi pierogami i dyskutuje z Andrzejem o istocie świata i człowieka. Też podejmujemy tą rękawicę dyskusji, noc sprzyja rozmowom, w tle jakaś grupa to śpiewa, to znów odmawia różaniec. Potem zasypiamy spokojnie, mgła została za oknem i zagląda przez szyby. 


Dzień z błota 

Wyłazimy z bacówki i rozjeżdżamy się na błocku. Pełzniemy, ślizgamy się, próbujemy omijać,  w końcu olewamy omijanie. Deptamy cały dzień, las jest dość montonny, buki już zrzuciły rude liście, szeleszczenie i nagie stalowe pnie. Prawie pusty szlak, tylko ślimaki z kosmosu. Pod koniec dnia nagroda - spotykamy Puszczyka Uralskiego!!! Najpierw miga nam między drzewami, a potem siada dokładnie nad naszą ścieżką, kilka kroków od nas. Zamieramy. Siedzi w słońcu na gałęzi, ogromny i piękny. (Wygląda tak). Trzasnęłam gałązką i zerwał się do lotu, rozpiętość skrzydeł prawie taka, jak moich ramion (może mieć do półtora metra), duch lasu, jego kolor piór zapowiada zimę. Piękny. Wieczorem znów machamy na stopa i dwie miłe dziewczyny z dwoma miłymi psami zmieniają nam plany, podwożąc bezinteresownie tam, gdzie chcemy być dopiero jutro. Znów zaskakuje mnie, ile można się o kimś dowiedzieć w 10 minut rozmowy... to takie miłe! Ruszamy w noc, przechodzimy przez rzekę, już z daleka widać ognisko. A potem już śmiechy, głosy, wiśniówki krążące wokół i dym, co się nie chce odczepić i siedzenie przy ognisku, i przyjazne spotkania. Znów widzę się z Joasią, którą w tym miejscu poznałam, czas zatacza koło w chatce w Nieznajowej. Wiele nam się udało spotkań w tym roku, jak to czasem dziwne miejsca potrafią połączyć ludzi! Zawsze myślałąm, że takie miejsca z założenia są przyjazne dla człowieka, okazuje się, że "maleńkości" wychodzą z ludzi wszędzie, to akurat jest smutne... podziały i niechęci, nawet w takim zapomnianym przez bogów miejscu. Kiedy procenty mnie zwyciężają przytulam się do ogromniastego psa i odpływam w niebyt. Pies nie protestuje. 


Dzień słońca 

Rano obserwuję jak psie dzieci (z 40 kg każdy) przychodzą się poczulić do rodziców, do łóżka. Świetna scenka, naprawdę, jak dzieciaki, a rodzice przytulają, posuwają się i drapią za uszkiem próbując jeszcze dospać. Kiedy wreszcie wstaję jemy leniwe śniadanie, w piecu trzaska ogień. Psy ganiają, Jacek namawia na spacer. Nie możemy usiedzieć, decydujemy się ruszać dalej. Idziemy wszyscy spacerkiem najpiękniejszym szlakiem z Nieznajowej do Wołowca. Przeskakujemy przez rzekę, zachwycam się drzewami. Tylko w takich miejscach nieprzycinane drzewa prezentują cały kształt swojej korony, obrastają mchem. Między nimi co chwila krzyż albo kapliczka, pozostałości po wsi, której już nie ma. Grzeje nas jesienne słońce, a psi nos Jacka prowadzi nas na cudne manowce. Potem żegnamy się przy szlabanie i ruszamy dalej. Znaki czasu, w Wołowcu rozsypany krzyż, który kiedyś fotografowałam. Dalej dziki szlak do Banicy (a jednak koszmarnie rozjeżdżony przez zrywkę drewna), ścigamy się ze słońcem, żeby zdążyć przed zmrokiem. Przed Banicą jest taka łąka Czarnego Bociana, najpięknieksza! Stoją na niej ule, widać góry i tą zgasłą zieleń trawy, drewniany domek w oddali. Przestrzeń, mój duch odpoczywa. Gościniec Banica karmi nas, ale nie wpuszcza za próg, są tam warsztaty pisarskie, natchnieniu nie można przeszkadzać, takie ubłocone potwory z drogi na pewno mogą zaszkodzić natchnieniu. Ruszamy dalej, robi się zimno więc łapiemy stopa. Mam taki magiczny odblask na rękę, który sprawia, że kierowcy zatrzymują się z piskiem opon! Co na nas niezwykłe, już o 18 jesteśmy na Magurze M. i wsuwamy z kotami kolację. Nie udało nam się być w Ciechani na cmentarzu, który pierwszy raz od nastu lat był otwarty przez kilka dni. Za rok się uda! 


Powroty 

Zrywamy się jakoś zbyt rano, znów mgła kotłuje się na progu. Smutny pies pod lasem, z pustą blaszaną miską przy sobie. Dręczy nas później cały dzień spotkanie z nim... Jeżeli ktoś go tam na tej przełęczy wyrzucił, to niech to do diaska niego wróci i go dręczy. Zabierają nas z przełęczy ludzie, którzy właśnie zebrali sobie rydze na śniadanko. Zjeżdżamy z góry i już żałujemy powracania, na dole jest takie piękne słońce i kolory. Wypijamy dziwną kawę w Nowym Sączu i niestety nieodwołalnie oddalamy się od Niskiego. Samochody mnie drażnią, wpadam w moim mieście na jakiś marsz, który krzyczy agresywnie: jedna Polska! Ale która jedna? Moja jedna jest tam, na złoto-rudych drzewach i tej polanie pod Banicą. W Nieznajowej i na mglistym szlaku. Chcę wracać, jest mi smutno. Leżę pod kocem i myślę, że chciałabym, żeby teraz ktoś był i przytulił. I wiecie co... czasem życzenia naprawdę się spełniają.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Zaduszne spotkanie śpiewacze

Pomyszlajte czyłowieci wsiakij czas o smerti. 
Skilkib ne żyw na cim switi, treba bude wmerty. 

Bardzo, bardzo mi odpowiadają tradycyjne, ludowe pieśni żałobne, pośmiertne, zaduszne, lamenty i pożegnania. Czuję, że mają nas uspokajać, tych, którzy zostali, że śmierci nie musimy się bać. Nie są dla mnie depresyjne, choć są często czyimś płaczem. Nie boję się ich treści. Wiem też, że nie wszyscy je lubią. Dla mnie zawierają rady na życie i obietnicę tego, że będzie dobrze. Ale tak, też mówią o tym, że na świecie jest dużo smutku. 

Oj piszlaże syritka (sierotka) po swity blukaty
da nikto ne pryhorne (przygarnie) jak ridnaja maty
oj rada by ja Doniu, do sebe pryniaty
Ale zemli bahato, ne możu ja wstaty  

I jeszcze coś ważnego. Że nic w świecie nie znika, a tamten świat jest bliżej niż nam się wydaje. W tradycyjnej kulturze był on cały czas tak blisko świata żywych, był jego częścią. Teraz go tak bardzo od siebie odsuneliśmy. Za bardzo. Boimy się tego, czego nie znamy. Chyba Mariusz Wilk (Polecam!) pisał o śmierćce, o wschodnim słowie (smertka), które przez zdrobnienie od razu oswaja tą postać, ot śmierćka, taka mała i przyjazna, wcale niegroźna. Od razu widzę zgarbioną, nieporadną staruszkę o mądrych oczach.

Idzie śmiertka po zopłociu, pyto sie o gospodorza 
Gospodorzu, jesteś doma? Pojednej się z dłużnikoma!

Chciałyśmy z Beatą wrócić na chwilę do tej polskiej (i całej słowiańskiej) tradycji. Tych pieśni, które prowadzą rozmowy z duszami zmarłych, koją żal żywych, a także oswajają trochę tę straszną śmiertkę. Ich tematyka i melodia nie zawsze jest smutna, wszak zgodnie z wierzeniami odchodzimy do lepszego świata! 

Na smentarzu mieszkać będę, a na chwilę tu pobędę
pewien tego i bezpieczny, że mi dany żywot wieczny 

Chciałyśmy wrócić do tradycyjnego śpiewania właśnie w ten dzień i przypomnieć tę piękną tradycję opowiadania śpiewem o życiu i śmierci. O duszy, na wspomnienie zmarłych i ku pokrzepieniu żywych. I ku przestrodze.

Wyleciała dusza z ciała, na zielonej łączce siadła
przylatuje anioł z nieba, czego Ci duszyczko trzeba
co cie boli, co ucisko, powiedz mi duszyczko wszystko

Udało się. Pogoda była jak marzenie, lepsza nie mogła być. Piękny, jesienny dzień. Cmentarz Ewangelicki w Katowicach (podziękowania dla miłego księdza!), stanęliśmy koło kaplicy. Przyszło nas dużo, z różnych zespołów, śpiewanie ponad podziałami! I z Zory, z Wte i Nazod, Blokowioski i siła nas, Kuczeryków. Trochę wolnych strzelców, trochę przyjaciół (cieszę się, że byliście!), trochę miłośników śpiewania, trochę folko-zajawionych. I zwykli ludzie, którzy na cmentarzu usłyszeli i przyszli posłuchać. Niektórzy wzięli teksty i śpiewali z nami, inni słuchali. Było naprawdę wyjątkowo! Cieszę się ogromnie, że Śląsk, tak jak Warszawa (Strug śpiewał z ludźmi w katakumbach na Powązkach) dotknęła czegoś, co jest w każdej tradycji i każdej religii, styku światów i lęku człowieka przed końcem życia. Wczoraj razem zwyciężyliśmy go pieśnią! 

Nie udałoby się bez: Beaty (doskonały pomysł!) Kasi (negocjacje i wydruki), Agni (plakat), Pani Mai, która zaprosiła nas do swojego pięknego domu na próbę i bez wszystkich obecnych! Dziękuję!!! 

foto: Patrick Witcher
foto: Jarosław Krupa

środa, 29 października 2014

Retrospekcja religioznawcza

Jak bardzo potrafi Was ucieszyć coś małego? 
Konkretnie 3 strony drobnego tekstu. I jeszcze do tego: na za dwa dni. Mnie bardzo! 
Moja wiedza ze studiów od kilku już lat kurzy się na półkach. Coraz mniej jej mam w głowie, uwsteczniam się, nieużywane organy zanikają (jak np. niećwiczona pamięć...). Przykro trochę, to były świetne studia. Dały mi duużo wiedzy o świecie i o ludziach. Nie, to nie psychologia, hehe. To religioznawstwo, mały instytucik na UJocie. 

Uprzedzę pytanie: nie, nie mogę po tym uczyć religii. Mogłabym ewentualnie religioznawstwa, wiedzy o wszystkich religiach i ich aspektach. A najchętniej szacunku do wszystkich innych wiar i myśli, bo to jest to najcenniejsze, co z tych studiów wyniosłam. Nie, nie jestem katechetką, ani teolożką. Niestety nie jestem też guru religijnym, co wszyscy wróżyli nam po studiach, nie wypiorę Waszych niewinnych umysłów. Nie, rynek nie potrzebuje religioznawców, jeżeli to było Wasze następne pytanie. Za to uważam, że społeczeństwo owszem. Do objaśniania świata i jego odmienności chociażby. Do pokazywania innych perspektyw. Do wyjaśniania zjawisk i zachowań. 

Oprócz szacunku wyniosłam ze studiów jeszcze kupę papieru (skserowanego), przyjaźnie na całe życie i trwałe uczulenie na ludzi, którzy mają jedyną rację. W dowolnym temacie. Czasem, niestety, bardzo mi to utrudnia życie. 

Wczorajsza propozycja merytorycznego spojrzenia na krótki tekst wtargnęła w moje spokojne, niereligioznawcze życie i wywołała we mnie prawdziwą radość! Wieczorem dobrałam się temu tekstowi do tyłka z prawdziwą przyjemnością! Przepraszam tekst i autora, heh, niestety starałam się zrobić to porządnie i pewnie jak ten ktoś zobaczy te kolorki to dostanie apopleksji. Oj znam to uczucie... Jeszcze temat nadepnął na mój konik i z wielkim bananem na twarzy wyjęłam moją pracę mgr, żeby coś sprawdzić w niej. Po sześciu latach leżenia na półce, no wzrusz! 

Jejku, chciałabym tak więcej... Kto chce dać jakieś ciekawe zlecenie religioznawczyni? Obiecuję, że odpowiem (niekoniecznie pozytywnie) na różne dziwne oferty!



Stare zdjęcie z prawosławnego święta Epifanii (Jordanu), zbierałam wtedy materiał do mgr.
Sanok. By W. 

poniedziałek, 27 października 2014

Come on and rest your head

(Post pisany wczoraj, więc wybaczcie formę dzisiejszą.)

Zostaję dziś sama w nieswoim mieszkaniu. Budzę się leniwie. A potem chodzę po mieszkaniu i tańczę. Za oknem słońce, a ja przygotowuję zdjęcia z Islandii. Wracam tam w myślach i obrazkach, myślę, co i jak chciałabym o niej opowiedzieć. Zawieszam się na nich co chwilę, patrzę to za okno, to na kolejne uśmiechy Agni. Bo ona naprawdę, non stop się na tych zdjęciach uśmiecha. Wcześniej też mi to samo mówiła o mnie, na jej zdjęciach. No zobaczcie! Pogoda czy niepogoda. Cały czas wyszczerz.


Ubieram dla niej dziś miękką śliwkową sukienkę z ogonami, którą ona z kolei kupiła na mój do niej pierwszy przyjazd, już ponad rok temu. Obieg rzeczy. I spraw. Dobrych spraw. coraz lepszych. Dziś wieczorem Agni debiutuje w spektaklu "Wypływamy" Teatru Przychodnia. 

I mimo że nie jestem u siebie, i mimo że kiedy oglądam zdjęcia tęsknię za wyspą, jest mi w środku jakoś tak spokojnie. Nawet kiedy za bardzo napachniam obiadem, no cóż, najwyżej będzie bura, jak wróci Pan i władca przestrzeni. Myślę też o tym, że w tylu mieszkaniach już mieszkałam, tak często byłam u kogoś, że bardzo szybko oswajam przestrzeń. Nie chodzi o to, że czuję się od razu jak u siebie, ale nie czuję się tu źle. Inna wanna, w kuchni wszystko w innych mieszka schowkach, nie mogę znaleźć kawy i nie ma liścia laurowego, który akurat by się przydał. Ale co tam. 

W liceum non stop u kogoś zostawałam na noc. Na ul. Lipowej u Marty i Psyśka był mój drugi dom, dom artystów, z zapachem farby, sztalugami i szerokim parapetem, na którym Marta w szerokiej spódnicy lubiła palić papierosy. Albo i trzeci, bo miałam dom u taty i nasz Dom, mój i mamy. Potem były studia, milion przeprowadzek, kolejne mieszkania studenckie, po studiach to samo. Nauczyłam się szybko adaptować do nowej przestrzeni, zwykle działa to tak, że po prostu rozkładam wokół siebie mój pierdolnik wszystkich rzeczy. Naklejam obrazki na ścianach, wieszam lampki. Podobno szybko uprzytulniam przestrzeń, sama uważam, że nieco zagracam, ale może to synonimy tego samego. Nie lubię pustych, sterylnych przestrzeni.  Rośnie mi rząd słoików na parapecie i stos na wpół przeczytanych gazet "do dokończenia" na stole, pełno mnie w przestrzeni, mój prywatny pozorny chaos, bo jednak ma swoje reguły. Ale mało jest takich miejsc, gdzie czuję się naprawdę "u siebie", chyba nawet faktycznie "u siebie" rzadko osiągam ten stan. Człowiek bez korzenia. Wszędzie tymczasem, nawet jeśli długo.

Jest taki film Pusty Dom (ang. Free Iron) Kim Ki Duka. Główny bohater włamuje się do domów obcych ludzi pod ich nieobecność i przez jeden wieczór mieszka tam jak u siebie. Robi sobie kolację, ogląda tv, śpi w łóżku, w ich szlafrokach i papciach. Potem zaciera ślady i odchodzi, nawet nie będą wiedzieć, że tam był. Duch. Który będąc, nie zostawia swojego śladu obecności. A jednak jest. 

Ale może też dlatego, że mieszkałam już i tu, i tam, może dlatego dziś, nie u siebie, wcale nie czuję się źle. Partrzę w oczy lustru. A potem krzątam się po kuchni i tańczę, i nucę, i bezczelnie wyjadam migdały z salaterki. Leniwa niedziela, słońce, muzyka.  Rozładowany telefon. Małe schowanie przed światem. Dobry czas.



Patrzę na zdjęcia z Islandii. Ile jeszcze miejsc przede mną? Kto wie...
Odzywa się domofon. I tak, to też jest przyjemne, biec otworzyć drzwi komuś, kto wraca.