Prawidziwa jesień jest tylko w górach. Dziś piła kawę na Magurce Wilkowickiej! Ostatnio przeginam tu z ilością zdjęć, wiem. Ale TE kolory... i ten cudowny, futrzasty pies! I leżenie na łące, i kawa w nagrodę na szczycie, i długie cienie, i rosochate drzewa. Świetny dzień spędziłam, z Fado, Danusią i Morświnkiem, z pogodą, drogą i jesienią! Bo ja bardzo lubię jesień. I nawet tą jej nutę melancholii też. Tą złotą, zieloną i rudą, pachnącą dymem i wilgocią. Wszystko to zatrzymałam sobie w kadrze. I w serduchu, żeby na dużo dni starczyło teraz.
Co tu znajdziesz
niedziela, 19 października 2014
środa, 15 października 2014
Łu.blin
Chciałam dużo pisać o tem, ale nie mam dziś słów. Mogę ich jeszcze jakiś czas nie mieć, więc niech Wam poopowiadają obrazki o pewnym naprawdę pięknym mieście. To miasto Wam samo o sobie opowie. Dwubrazki. Jednobrazki. Podpatrzone, schwytane.
środa, 8 października 2014
Wieczory potwory
Miał być słoneczny post o Lublinie i muzyce, pełen zdjęć, jesiennego słońca i opadających złotych liści. Zamiast tego zapytam: chce mi tam ktoś dać pracę? Na wchodzie? W Lublinie? Proszę...?
Kolejny dzień w tym tygodniu, kiedy wracam do domu zniechęcona i pełna wściekłości. Niedobrze, niedobrze! Złym emocjom zdecydowane: NIE.
Wczoraj poszłam te emocje wyjeździć, dziś wypływać. Obie czynności, które zwykle wykonuję z przyjemnością, zrobiłam, żeby wyrzucić z siebie złość. Trochę pomogło. Trochę się zmuszam, zaciskając zęby, do czynności, które mogłabym robić krzątając się i nucąc. Źle jest robić coś ze złością. To jak przesalać jajecznicę. Z premedytacją. Wychodzi z tego... nic dobrego.
Na przykład wczoraj na rowero-spacerze, księżyc taki piękny, biorę głęboki oddech i postanawiam zrobić bukiet. Z suchego ostu. Zwanego rzepami. Mam na sobie wełniane cieplutkie mitenki i wełniany sweter. Zgadnijcie jak się to skończyło. Kto pamięta jak robił Kaczor Donald kiedy był zły?
Albo inny przykład, dziś na szybko o poranku robię galaretkę agrestową, klnąc pod nosem, bo czas mnie ściaga i przesuwa wskazówki, kiedy nie patrzę. A kiedy wracam dziś do domu, podnoszę szklankę... ciągnie się za nią kleista zielona maź. Z trudem odrywam łyżkę od drewnianego parapetu, z głośnym MLASK. I zastanawiam się, czy zagnieździł mi się w domu Alien...
Tak to jest mieć w sobie wybuchową mieszankę złych emocji. Sen nie pomaga, zresztą jest pełnia. To nie jest jesienna depresja. Oblepia mnie pajęczyna szarych emocji. Wiatr tego nie wywiewa, chlor tego nie wytruwa, nie dezynfekuje. A Lublin... wydaje się teraz być tak daleko. W innym kraju. Może napiszę Wam o nim jutro. Pojutrze.
Często ktoś mnie pyta: ale jaką pracę byś chciała? No to proszę, marzenie, fantazja, moja własna i prywatna. Jestem biurwą pospolitą od paru lat (!) więc niech będzie biuro, nie mam uczulena na papier. Niech w nim będą fajni ludzie, zakręceni, niezwykli, bo priorytet, to dobra atmosferą pracy. Niech się każdy ubiera w co chce bez problemów. Niech będzie ciekawie, bo nie lubię się nudzić. Niech będą w nim projekty, akcje społeczne, może coś eko, może coś obywatelskiego. Przydatnego społecznie (tak wiem, kostki brukowe są bardzo przydatne społecznie, można układać), a więc dla/z ludźmi lub zwierzętam albo o sprawach, reportaże. Coś zmieniającego świat na lepsze. Kreatywnego. Wymagającego ode mnie myślenia i dającego satysfakcję.
Wiem, że nie jestem reprezentatywną, długowłosą blondynką na szpilach, z perfekcyjnym angielskim i ćwierającym wokalem (tak panie derektorze). Ale potrafię włożyć w pracę zaangażowanie i dać z siebie dużo. Potrafię też dobrze zorganizować... coś, różne cosie, potrafię pracować z zespole, a nawet pokierować grupą ludzi. Oddaję szacunek i partnerstwo ludziom, którzy mnie w taki sposób traktują. Pracujesz w fajnej fundacji/organizacji i chcesz mieć nietypową asystentkę? Może ma kilka fisiów, ale jest... oryginalna! (Tatusiu, czy ja jestem dziwny? Nie synku, ty jesteś... oryginalny)
Wybierz mie!
Damn it. To nawet nie jest kryptoreklama.
Westchnienie.
Wracam do prób nauczenia się pieśni. Też nie idzie. A nawet pasuje do klimatu, bo żałobna. Chcecie mieć asystentkę, która będzie wam nuciła pieśni żałobne? Proszzz. Wybierz mnie! Westchnienie.
środa, 1 października 2014
Jesienności smakowitości
XIX Gliwicki Kiermasz Żywności Ekologicznej i Tradycyjnej – natura, zdrowie, kultura
bycze serce i pietrucha, jakiś specyfik do ząbków z daleka
Koło Gospodyń wiejskich Gierałtowice, portugalskie dary morza
rolnik z warzywkami i pan od kozich serów
pyszoty w słoikach
i na koniec sprawczyni całego smakowitego zamieszania - Ola, PKE!
Czasem warto "przypadkiem" nosić ze sobą aparat, hehe.
I taaak teraz znów mam co jeść! <3
Miasto Umarłych
Jako harcerka wychowałam się od małego na Chłopcach ze Starówki, Kamieniach na Szaniec, Zośkę i Parasol umiałam na wyrywki. Moje egzemplarze mają kartki pomarszczone od wilgoci, bo wypłakałam nad nimi może łez. Chodziliśmy z dzieciakami na herbatę do druhny Władzi, która przeżyła wojnę i obóz k. w Ravensbruck, i opowiadała nam o przedwojennym harcerstwie. Wiecie... jak dobrze nam zdobywać góry i pełną piersią chłonąć wiatr. Była cudowną, uśmiechniętą staruszką, nigdy nie opowiadała nam o tym złym czasie. Ale można przeczytać jej wspomnienia. Ile takich staruszek z wspomnieniami zmiętolonymi po kieszeniach mija mnie co dzień na ulicy...? Jeszcze... Już coraz ich mniej... Jeździliśmy też do Warszawy na Rajd Arsenał, podczas jednego z nich spotkaliśmy się z siostrą Zośki, to było dla mnie dużym przeżyciem. Innego razu z przyjaciółką, w liceum, prowadziłyśmy lekcję o Szarych Szeregach. Stałam w mundurze harcerskim przed całą klasą i kiedy opowiadałam o torturowaniu Rudego, tak łamał mi się głos, że ledwie to opowiedziałam do końca. Stałam na wartach przy grobach i pomnikach, a na głos werbli Apelu Poległych do dziś przechodzą mnie ciarki. Bardzo to przeżywałam, tę naszą historię. Ostatnio zwróciłam na to uwagę w podróży, gdzieś za granicą... brak tablic i pomników upamiętniających ofiary i poległych. U nas na co drugim domu. Miasta podźwignięte z gruzów, stolica poległych.
W tym filmie każdy zobaczy to, co chce zobaczyć. Ten kto chce zobaczyć w nim bohaterów - znajdzie ich. Są tam oczywiście, rzucają się pod kule, ratują innych albo siebie, podają ręce albo zaciskają w nich granaty. Mrą. Są w tym momencie, kiedy nie mają już wyjścia, kiedy wiatr historii sypie im piaskiem w oczy i jednocześnie pcha do przodu. Muszą iść. Byliście kiedyś w muzeum Powstania Warszawskiego? Idźcie koniecznie będąc w Warszawie. Ja chciałabym to wszystkim pokazać - jako przestrogę.
Kto się nie boi wojny, jest głupi. Ale - nie boi się jej ten, kto jej nie zna. Umierają świadkowie, lękam się pokoleń, które nie mają pamięci. Nigdy nie wiadomo, jacy
byśmy byli, jakie mamy w sobie instynkty, co się z nas wyzwoli, kiedy dadzą Ci karabin, każą prosto stać, potem każą przeładować, potem oddać strzał. Mam ochotę natłuc wszystkim, którzy udając hojraków śpiewają sobie przy ogniskach tą pioseneczkę. Rozkaz, rozkaz idziemy ze śpiewem. Wojna, ale frajda. Czy przeżyłabym tych
wszystkich szkopów i fritzów żeby opowiedzieć potem świadectwo? Jak
wielka wola życia jest w każdym z nas...? A może jednak po prostu
zjadłabym tłuczone szkło...? Nie wie tego nikt. Pewnie dlatego bardzo
mnie irytuje to: powinni, ja też bym, na pewno, tak trzeba. Film też doskonale pokazuje... marzenie o życiu. I traumę, po której nie wiadomo, jak dalej żyć. Jak oni żyli? Żyją...?
Ja widziałam w tym filmie dzieci. Podlotków. Dziewiętnastolatków, których rozpiera energia życia. Ten wiek, kiedy człowiek nie boi się niczego. A przynajmniej tak mu się wydaje. I wtedy chyba łzy płyną mi najbardziej. Również łzy złości. Chciałabym jak matka jednego z nich natrzaskać im po prostu i wykrzyczeć: nie widzicie, co robicie? Ale mogę tylko patrzeć, jak cali podnieceni składają przysięgę w środku lasu. Jest wieczór, napinają pierś przed dziewczynami, wilgotnieją im oczy. Jest magicznie, jest tajemnica, jest radość. Jest też nadzieja, za którą nie mogę ich winić. A potem już tylko patrzę powoli, jak porywa ich wir zdarzeń, jak przerasta ich cała ta sytuacja. Jak przestaje być zabawnie, kiedy ginie pierwszy przyjaciel. Jak chcą kochać i chcą żyć mimo wszystko. A tylko idą unosząc się na fali gruzów, tamując rany i zostawiając kolejnych za sobą. I strasznie mi się chce płakać nad tym, że te dzieciaki umarły zamiast żyć. Nie chciałabym tego dla tych małych harcerzy w mundurkach.
Szanuję swój harcerski mundur. A jednak tak mnie uczono i zawsze to podkreślałam i
podkreślam - harcerstwo nie jest organizacją paramilitarną. Jest
organizacją wychowawczą. Kto uważa inaczej i chce się z dziećmi bawić w
wojnę, powinien zabrać zabawki i iść na swoje podwórko. Np na paintballa, rozładować się. Skauting i w tym ZHP obecnie ma wychowywać społeczeństwo obywatelskie,
świadome historii - i wagi życia. I obyśmy tacy byli.
Mało powiedziałam o samym filmie? Jest dobry. Świetna ścieżka dźwiękowa, w odróżnieniu od innych naszych filmów w tej tematyce - film akcji, idealny scenograficznie, naprawdę dobrze nakręcony i zagrany. Mnie się podobały te wstawki z spowolnionym ruchem i muzyką. Nie będę się wstydzić, kiedy pokażą go za granicą. Melodramat? Tak. Ale czy w tamtych czasach były szczęśliwe historie miłosne...?
Subskrybuj:
Posty (Atom)




