Co tu znajdziesz

czwartek, 12 czerwca 2014

You bring me closer to god!

Ich pierwszy koncert to był koncert mojego życia. W dodatku tamten na Malcie był pierwszym ich koncertem w Polsce, byliśmy wyczekani, wyposzczeni, emocje rozsadzały. Zdarłam wtedy gardło. Hurt wyrwał mi wnętrzności. Drugi koncert zdarzył się po pięciu latach - jako że drugi to emocje też już "drugie" ale...! TEN głos, ta charyzma, te teksty milion razy wysłuchane. Nie będę tu unikać porównań z pierwszym koncertem, wybaczcie. Przy wejściu rozczula mnie napis: prezenty dla zespołu można zostawiać przy wejściu po lewej, na stoliku. Przez chwilę chcemy mu zostawić polskie jabłko z odciskiem naszych ząbków. Niestety pan ochroniarz straszy Artura i jabłko zostaje pożarte (ilu znacie ludzi, którzy załatwiają jabłko w dwóch gryzach? Ja już znam jednego.) Will you bite the hand that feed you? Obstawiamy trybuny i płytę, wszędzie mamy szpiegów, oglądamy na osiem ócz. 

Na początek daję wielkiego + za punktualność! Podarujmy tu sobie opis supportu, oceniamy go zgodnie na niedorobione The Cure. Potem półżartem marudzimy trochę, że TRex wygląda jak Hulk... ale pokażcie mi taką drugą ryczącą pięćdziesiątkę! Trent jak zawsze nie zawiódł - pełen energii, nieustannie sprężynujący, głos i moc! Publika nie tak liczna jak się spodziewałam - ale za to jaka! Wbiłam się oczywiście w grupę skaczącą. Głównie męską grupę, bo mało jest lasek, które dobrze dają czadu. Artur mówi, że "poszłam między wieprzki", ale chyba nie chodziło mu o to, żem taka perła, tylko o dużych spoconych facetów. Jako trampek doceniam tego gościa, który skakał w glanach za to, że mnie nie zmiażdżył, w rewanżu spróbowałam nie wyrwać mu wszystkich długich włosów. I tak mmm, z moim porywającym wzrostem lubię te duszne momenty, kiedy tłum podnosi ręce do góry hehe. Po koncercie wyglądałam jak po prysznicu, serio. Kilka litrów lżejsza! To też świadczy o tym, jak było! 

Wieprzki były jednak z mojej bajki, bo panowie darli się wtedy kiedy ja - czyli na starociach. Materiał z ostatnich 5ciu lat ciężej mi wchodzi. Na szczęście (imho) ostatniej płyty nie było aż tak wiele, uff. Ale publika się spisała, że tak powiem, koncertowo. Były starocie, był długi (ciut za długi) djTrent set. Jako że można prosto sprawdzić co było, powiem czego mi zabrakło -  Mr Self Desctruct, przy którym po prostu można oszaleć i the Perfect Drug. Utworem koncertu dla mnie był Closer. Mam tylko delikatne wrażenie, że dźwiękowiec przysypiał na trzech pierwszych kawałkach, potem już było lepiej. A może po prostu za bardzo się darliśmy na Piggy, jak dzieciaki czy nastoletnie wieprz-fanki Piggy. LEDowiec też spał na początku, ale na utworach z ostatniej płyty bardzo dobrze się rozbudził. Dobre aranżacje, koncertowe energetyczne wersje. Ale drogi Trencie... jeden bisik tylko? Serio? W Poznaniu Reznor tak nadupiał w keybord, że zrzucił go ze sceny w publiczność, rzucał mikrofonami i w ogóle.... no jakoś miał tam więcej energii. Następnym razem panie Reznor, po prostu ustaw nas na początku tego całego tournee po Europie, a nie na końcu, ok?! Macie wrażenie, że trochę tu marudziłam na ten koncert? Rozwiewam wątpliwości - był naprawdę świetny! I podsumowując: Now doesn't that make you feel better? Don't you feel a whole lot better? I do!


Linek do całej playlisty tutaj, polecam BURN, którego jakimś cudem nie mogę tu wrzucić. 

I jeszcze wspominka z Poznania, festiwal Malta 5 lat temu. Słabe nagranie, ale świetnie pokazuje energię koncertu.

wtorek, 10 czerwca 2014

Urok pieśni

W śpiewie tkwi zaklęcie. Zaklęcie na rzeczywistość. Zaklęcie na czas i na historię. Przez dwa dni byłam pod urokiem pieśni.

Dzień pierwszy. Cygańska nuta.
Centrum miasta, noc, w którą trwały całonocne wystawy, warsztaty, otwierały się galerie, ludzie popijali piwka, snuli się i imprezowali. Tymczasem, na małym podwórku za MDKiem - inny świat. Świat, którego podobno już nie ma. Małe podwórko, nie ma tam trawki nawet, plac i krzesła. Kiedy przychodzimy na środku placu  trwa ciut nudne przedstawienie w szkolnym stylu, pełne patetycznych cytatów i natchnionej recytacji. ALE. (podobno to, co przed ale się nie liczy!) Ale z boku Cyganie - rozpalili ognisko! Używam: Cyganie - bo sami tak o sobie mówili. Rodzinka przy ogniu. Częstują ludzi cygańskim bigosem, imprezują uśmiechnięci i wystrojeni. A w przerwach przestawienia i po nim... na podwórku śpiewał cygański król. To nie prawda, że wszystko przeminęło. TEN GŁOS pochodzi z dawnych czasów. I te melodie, i te opowieści, które tym głosem snują. Słuchałam w rozdziawieniu. O dziwo nie przeszkadzał mi nawet podkład łupiący na keybordzie. Przed królem wirowała pięknie kobieta w migoczącej spódnicy i szpilach (nie jestem w stanie określić jej wieku... cyganki mają w sobie urok dziewczyny i dojrzałość kobiety zarazem). Tacy współcześni Ci cyganie, no i nasi. I nieważne, że cykają foty komórkami, że nikt już nie ma patelni, które mogą cynować, że materiały na suknie już inne i nawet ten podkład łupcy-dupcy. Ale ich pieśni są ze starych dróg i z ognisk, które już dawno się dopaliły. Kiedy zaczynali śpiewać, byłam duchem gdzieś tam, gdzieś daleko. Tam gdzie dawno temu ich przodkowie wieczorem zatrzymywali się na postój i rozpalali ognisko. Magia. Onieśmieleni ludzie na ostatnie utwory ruszyli z nimi w tany. I to było dopiero PIĘKNE, kiedy panie w żakiecikach i dziewczyny na koturnach ruszyły w tan, w ten nie pozwalający siedzieć cygański rytm. Zabawowy ale... lekko żałośliwy w nucie. Taki prosto spod serca. 


Dzień drugi. Opolsko/Dolno/Górno Ślązacy.
Pojechaliśmy do Opola słuchać pieśni Śląskich i ze Śląska. Pełen przekrój, starzy, młodzi. Zabrakło mi tam ino Śląska Cieszyńskiego do kompletu. Wpierw śpiewały dzieciaki i cieszyłam się, że uczyły się swoich, opolskich pieśni. Opolskie pieśni są piękne! Potwierdziły to potem występy Niezłych Ziółek, dziewczyn śpiewających tradycyjnie i Dziubków z Biestrzynnika. A Dziubki to niezwykłe dziewczyny, które pod mocnym głosem i ręką Pani Eryki śpiewają już od 75 roku! Taki śląski heksy, mocne głosy, charakterek taki z przytupem! Śpiewały pieśni o śląskim życiu, zamążpójściu i różnych takich tam perypetiach. Cud-miód dziewczyny, niektóre w okolicach 80ki! Łoj, jeszcze by niejedna pokazała co potrafi! A z głosem potrafią robić to i owo! Po nich nasze dziouszki, Wte i nazod pokozały jako sie na Górnym śpiewo. Pieknie, jak to one umio. Zupełnie inne te pieśni z Opolszczyzny i z Górnego. Inna gwara, ponoć opolska starsza. A potem przyszedł czas na Dolny Śląsk. Wyszły cztery dziewczyny z Pieśni Odzyskanych. Śpiewały pieśni reemigrantów, którzy wrócili na Dolnośląskie ziemie, głównie z Bałkanów, przynosząc ze sobą swoje pieśni. Jak dziewczyny zaczęły śpiewać... to po prostu opadła mi szczena i wbiło mnie w fotel. Dej boże tak śpiewać, jo se tak przaja! I mieć ta pamiynć coby te wszystkie zwrotki tak pamiyntać. Mam tylko nieodparte wrażenie, że z tych wszystkich pieśni czy to o wojnie, czy o zamążpójściu, spod żartobliwego czasem płaszczyka bije taki jakiś smutek...  Pięknie było, oj pięknie. Gratulować takiego projektu Opolszczyźnie! 
Bonus track:  dwie godziny śpiewania z Izą i Michałem w samochodzie! Haaa!

Lato!

niedziela, 8 czerwca 2014

Nocnik

Fajny zielony, rowerowy dzień,ale to opowieść nie na teraz.
Zajebisty wieczór, dużo zaplanowanych i  przypadkowych spotkań, cudowna cyganeria - opowiem o tym jutro. Pierwszy raz bez krępacji piję piwo na rynku (Trzy Blondi, Triple Blonde!) i jest nam wesoło. Potem tropię węża na ulicach wracając do domu. Jest lekkość bytu, właściwie jest fajnie. Jak już dotarłam do domu, nocnie wyżeram z lodówki i przeliczam godziny snu. 
I wszystko jest ok. I jakimś cudem trafiam jeszcze w klawisze. Bo na koniec dnia moją uwagę przykuwa cytat, zwykły ktoś komentuje, że.
"Coś w tym jest, ze nawet z kimś w łyżeczce czujemy się samotni"
Tak więc.
Dobranoc.

środa, 4 czerwca 2014

Finding Vivian M.

Przede wszystkim była kobietą z aparatem. Tym zachwycającym aparatem, który pozwala zrobić zdjęcie rozmówcy nie patrząc mu w oczy obiektywem. Idealne maskowanie, które pozwala podejść blisko ofiary. Jej kadry, jej reporterskie spojrzenie na świat... są idealne po prostu. Nie mogę się napatrzeć. Mistrzyni kwadratowego okienka. Wszystko w nim rozgrywa się tak, jak trzeba. Zatrzymane w nim twarze, zdarzenia, widoki. Idealne. Przypadek sprawia, że całe pudła z kliszami kupuje młody chłopak i zdziwiony tym, jakie są dobre - zaczyna szukać autora. 

Uwielbiam sploty przypadków i historie, które pozornie są takie proste, natomiast, gdy podejmie się trud i poszpera w nich... odkrywa się perłę. Perła nazywała się Vivian Mayer. Była nianią, a żyjąc cały czas u boku różnych rodzin - żadnej nie stała się częścią. To w niej smutne. Była oryginalna, ekscentryczna, chodziła własnymi drogami. Uczyła tego dzieci. To w niej fascynujące. Na starość zdziwaczała, ale to mnie nie dziwi... wiele rysów charakteru, nadających fascynującą indywidualność gdy jesteśmy młodzi, może zdeformować się na starość i zapanować nad nami. Taki los ekscentryków, że są na to bardziej narażeni. 

Kobieta idealna - ponieważ każdy ideał zawiera w sobie skazę, jakąś nieregularność, mroczną tajemnicę. To pociąga, to sprawia, że młody chłopak zaczyna szperać w jej historii. To jak dotykanie blizny... każdy z nas w pewien sposób lubi to robić... jest to przedziwne znamię naszej ludzkiej natury. 

Wspaniałe fotgrafie. Niezwykła osoba. Trudna historia. Zobaczcie ten film. (Tytuł "Finding" to nie do końca to samo co"szukając"... ) A już koniecznie zobaczcie kadry Vivian Maier. I jej cudowne autoportrety. 

VM1954W02936-11-MC

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Taki sobie weekendzik z fajnymi ludźmi

Już nie mogłam dłużej leżeć i chorować. Bo tak fajnie, jak ktoś znienacka przyjedzie, bo ma taki spontaniczny pomysł! Bo tak wspaniale kiedy nagle tłum porywa w zwariowane pogo na łokcie i kolana (i zdeptane trampki, i podrapane łokcie, i błotne kolana). Bo tak fajnie jak ktoś przygarnie i napoi w środku nocy gdy człowieczynę suszi. Bo na przystanku śniadanie można poleżeć na macie i zjeść japońskie śniadanie (mniaaaaam!) i się polenić na zielonym. Bo ktoś zorganizuje warsztaty, i na jedne się zapisze no bo czemu nie, a na drugie ktoś inny wyciągnie (i nagle już wiem co gdzie naciskać i dlaczego! Brawo Teo!). Bilans - fajnieeeeeeeeeeeeeee! Historia cudnego weekendu w obrazkach! Jak ja Was LUBIĘ wszystkich bardzo! 

Tu jesteśmy ale nas nie widać, bo własnie idziemy po piwo hihi! Tak się bawi absolwenteria!
A Hey wiecznie żywy, wiecznie dobry! 

Tu mnie nie widać, bo poszłam gdzie indziej, haha! Przystanek śniadanie! Foto: Kasia Jaworska

No dobra, a tu już jestem. C na lewej i prawej ręce! Ha! Było wspaniale! foto: Michał 
 

Śląskie Hennowanie i fajne babki! Foto: Cyd

niedziela, 1 czerwca 2014

dobranoc

deadly tired
sleepy tired
good night
need to
sleep without dreams

.