Co tu znajdziesz

wtorek, 19 listopada 2013

Na dłoni




Mam dziś trzy serca na dłoni. Znam przyspieszone bicie każdego z nich. Znam dobrze smaki. Słodko - kwaśny. Gorzki. Słony. Trzepoty, bezdechy. Chciałabym pogłaskać je wszystkie... Każdemu zaszeptać: jeszcze będzie dobrze. 

czwartek, 14 listopada 2013

Pieśni z zaświatów

Kiedy byłam jeszcze w lyzeum zetknęłam się pierwszy raz z wielogłosem i białym głosem. Już wtedy znajomi wybrali się na takie warsztaty. Już wtedy Ewa i Olga, i Piotr śpiewali. Zazdrościłam. Ale nie miałam odwagi. Ale też tak chciałam i dłuuugo to we mnie dojrzewało, bardzo długo. Całe lata. Wtedy też dostałam od Piotrka w swoje łapki płytę z pieśniami. Piesniochorki. Kozackie. Pieśń o łazarzu Działo się to przed laty... słuchałam jej w domu i uczyłam się śpiewać te piękne niskie tony. W samotności rzecz jasna. Zawsze te niskie. Dopełniały mi harmonię, płynęły z serca. I teraz przyszedł ten czas. Czas spełniania marzeń. (Dziękuję Reni, Grzesiowi i Michałowi!). Teraz już wiem, że przesmykiwałam się tuż obok nich, obok OVO, słuchałam ich w spektaklu, nuciłam ich pieśni, ale los nas ze sobą nie spotykał. Wszystko ma swój czas.

Nie będzie zdjęć osób, bo to nie był czas, który się obserwuje z boku. Tam było się "tu i teraz", nieustannie w środku, nieustannie uważnie, nieustannie całym sobą. Próba uniknięcia rozproszeń. Wejrzenia w siebie, w swoje ciało. Śpiewanie całym/całą sobą. Tak bardzo, że teraz "od tego śpiewania mam zakwasy w udach", ha! Z wnętrza, z serca. Z tych ud nawet! 
Przede wszystkim byli tam ludzie. Opowiadanie pieśnią. O zaświatach, o nadziejach. Rozmowy o życiu i śmierci. Oswajanie smutków i lęków. Mistrzowie tacy, że kiedy zaczynają śpiewać wbija człowieka w krzesło. Mistrzowie nie tylko śpiewu... mistrzowie w znaczeniu już zapominanym, osoby, których warto słuchać aby dowiedzieć się czegoś ważnego o życiu, o świecie, o sobie. Oprócz nich cudni ludzie. Z którymi łapie się połączenie właściwie od razu, nie ma czasu na integrację, bo nie zdążymy ze sobą pobyć. Krótkie rozmowy, wspólny śpiew i milczenie. Mięta. Braterstwo Dusz. Wspólne Bycie przez duże B. Czas biegł jak szalony, ani się człowiek obejrzał, a tu już koniec. 
I kiedy zaśpiewał W. usłyszałam ten głos. Działo się to przed laty. I kiedy zaśpiewali Letieli żurawli... z TEJ płyty... i mogłam zaśpiewać z nimi... musiałam bardzo mocno się skupić i zacisnąć powieki. Żeby nie było widać. 
To był dobry czas, wróciłam bogatsza... o kilka pieśni z zaświatów, o milion uśmiechów, o błyski w oczach, o dobre słowa i śmiech. O ważne słowa. O przemyślenia swoje i innych. O kolejny puzzel, który w mojej głowie dopasował się do już długo zbieranej idei Opowieści. Uważność i Intencja. Nawet jeśli pewne niezrozumienie intencji na samym początku zgrzytnęło w kole. Ale nikt nie jest jasnowidzem... I każdy ma swój sposób interpretacji. Ale to nieistotne. 
Istotne jest to, że wracając uśmiechałam się cały czas. I dziękuję wszystkim razem i każdemu z osobna, za TEN czas. Za Waszą uważność w byciu razem i śpiewaniu. M&W z  OVO za naukę. 

Nie wolno Ci się bać
Wszystko ma swój czas 

Wschód słońca nad dolnośląskim Bałtykiem. Chmury wyciągnęły mnie z łóżka. Cudne miejsce. Cudni ludzie. Cudny czas! 

Na smętarzu mieszkać będę 
a na chwilę tu pobędę... 

piątek, 8 listopada 2013

Dziady



Chciałam zrobić taką fotografię od nie pamiętam kiedy. Pewnie od czasów jak byłam dzieckiem i w tym miejscu stawiało się same białe proste świece. Dym kopcił, całe powietrze falowało, w powietrzu pachniało intensywnie woskiem świec. Łuna światła była widoczna już z daleka. 

Potem próbowałam praktiką - ale nie wyszło, same smugi. Wtedy dopiero poznawałam czasy naświetlania, a z kliszą była to niezła zabawa. Później długo nie byłam w tym miejscu i w ten dzień. Potem nie było aparatu. Teraz było wszystko. Wreszcie. 

Mimo kolorowych i zakrytych zniczy - magia miejsca pozostała. I oświetlonych twarzy, i wpatrzonych w światło oczu i cieni przemykających na granicy światła... i nie wiadomo w ten wieczór, czy to żywi, czy zmarli przechadzają się pośród świateł cmentarza w Cieszynie... 



poniedziałek, 4 listopada 2013

Wilcza Chata Jesienią

Dobrze jest mieć takie miejsce, do którego się wraca. Które się ogląda i w majówkę i w listopadówkę. Poznaje jego różne twarze, różne pogody. Gdzie można wyjść troszkę wyżej i popatrzeć jak chata dokładnie stoi pomiędzy panoramą Tatr i Trzema Koronami. Takie miejsce, gdzie proces robienia kawy, nie polega na postawieniu czajnika na gazie i odczekania 5 minut. Gdzie nie ma prądu, łazienki, za to są świece i widoki. Gdzie jest dużo ludzi, dużo uśmiechów, słońce grzeje w plecy, gdzie się ładuje baterie. Ciepłem ogniska, brzdąkaniem gitary, uśmiechami, widokami gór i chmur. Gdzie łatwiej odpiera się ataki smutku. I gdzie myśli się, że chyba tak jest lepiej, niż ostatnio. Nawet tam, gdzie Królowa Bimbrowników zaprasza autochtonów! Hłe hłe. 

Przepis na najlepszą kawę świata: 
Weź grupę przyjaciół (w tym koniecznie Agni, mistrzynię ceremonii) i pojedź z nimi do chatki na końcu świata. Musicie przeżyć wiele przygód i prób po drodze, i drogi dziurawe jak sito, i mgłę gęstą jak budyń, i drogę przy świetle księżyca. Wnieście na stromą górę na własnych grzbietach ciężkie słoiki z przyprawami, kawę i cytrynę. Agni koniecznie musi wnosić ciężką szklaną butlę kawówki, inaczej się nie będzie liczyło! Wnieś też słój miodu kupiony w ostatniej chwili, w promocji. Wstań leniwie i niespiesznie rano. Rozpal pod piecem drwa wcześniej czyjąś ręką narąbane. Samym drewnem i jedną zapałką oczywiście. Niech ktoś przyniesie wodę ze studni w wiadrze. Potem ty siedź grzecznie z boku, a Mistrzyni Ceremonii niech zagotuje wodę, doda kawę i przyprawy,  i kilka kropel cytryny - w kolejności zgodnej z pięcioma przemianami. Zapach niech się niesie aż na Przechybę i drażni powonienie turystów i dzikich zwierząt. Następnie zasiądźcie przed chatą, wystawcie do słońca plecy i kontemplujcie chwilę kawową nie myśląc źle o niczym i koniecznie zapijając myśli kawówką! Oto jest najlepszy istniejący przepis na kawę! 
A ja tam byłam i tą kawę piłam! Ha! 
Wszystkie fotografie możecie podejrzeć tu: 

Sójka i Bawół


Sójka i Bawół
Już od dawna marzył mi się krzemień pasiasty. Nasz polski kamień, piękny! 
No i na Giełdzie Minerałów udało mi się spotkać tą niezwykłą dwójkę. 
Para indiańskich przyjaciół z polskich ziem ognistych.
Smukły i milczący Sójka z orlim piórem we włosach. 
Krępy, ale silny Bawół z bawolą czaszką na czole i umalowaną w barwy wojenne twarzą. 
Moi nowi przyjaciele. Dodają animuszu i hartu ducha. Howgh!

czwartek, 31 października 2013

Dziurawce

Długo się zastanawiałam czy jednak na przemyślenia o własnym i cudzym życiu nie powinno być osobnego bloga. A jednak to moje Pstrokate życie. Pstrokacizna zakłada pełną gamę kolorów. No i nie umiem swoich stanów emocjonalnych tak zobrazować, opisać trafnie, jak robi to 365agni... Gdybym miała nazwać jakoś nowego bloga, nazywałby się właśnie tak. Dziurawce. Ludzie z dziurą w sercu. 

Chodzą ulicami ludzie, maj przechodzą, lipiec, grudzień... piją piwo w knajpach, kupują chleb, odtwarzają rytm porannych kaw. Może więcej piją wieczorami, a może nie. Może śpią więcej, a może jak ja, nie mogą długo zasnąć, gdy księżyc wędruje po kolejnych stopniach godzin. 

Mają w sercach dziury. Pustą przestrzeń. Mimo starań nie daje się zapełnić. Ta dziurę jakiś ktoś wyrwał, wyszarpał. Żeby sięgnąć czyjegoś serca, trzeba podejść bardzo blisko. Czasem wyciął skalpelem krótkim precyzyjnym cięciem. Czasem szarpał długo i po kawałku, na wylot. Wsadzał patyk, żeby poszerzyć. Wybił, a jednak nie zabił. Z tym się żyje dalej. Niestety. Z czasem organizm próbuje sobie z tą dziurą poradzić, zarasta powoli, zabliźnia się. Ale blizna jest zgrubieniem, które potrzebuje czasu, na początku to tylko cienka błona, już nie ta sama materia, już nigdy ta sama. Bardzo podatna na każdy dotyk, łatwo pęka znów. Czasem chciałoby się umrzeć z rozpaczy, przestać istnieć. Ale się nie umiera. A tu się chodzi, pracuje, uśmiecha. Pije kawy, płaci rachunki, spotyka. Czasem sprawca dziury, próbuje smarować ranę miodem, aby przyspieszyć proces gojenia. Niestety częściej posypuje solą. W sumie nie wiadomo co gorsze... 

Od kiedy sama mam dziurę w sercu, zauważam ze zdziwieniem i zgrozą ile nas jest. Dziurawców. Pokaleczone, poranieni. Oczy nagle zachodzą im łzami, jakby bez powodu. Pośpiesznie i łakomie sięgają po papierosy. Chowają swoje dziury przed ludźmi, ubierają się ładnie żeby je zamaskować. Boją się zranienia znów. Czekają. Czekają, aż się zagoi. Chodzą i czekają, uśmiechają się, ale nie oczami. Obmywają ranę wodą łez. Zaskorupiają. Ja też. 

Dlaczego nagle sobie człowiek zdaje sprawę, że Pestka i Pustka to tak podobne do siebie, łudząco bliźniacze słowa. Trzymają się za ręce, jak dzieci ubrane tak samo. Znajdź szczegóły, które je różnią. Dlaczego... Dlaczego ktoś bardzo bliski potrafi tak nas potraktować. Nagle stać się obcym. I skąd nas Dziurawców aż tyle... I jak to się dzieje. Wyczuwamy się, znajdujemy. Łączymy, wspieramy, kiedy gorszy dzień. Głos który woła i wyciągnięta ręka, gdy znów zanurzamy się pod wodę. To bardzo ważne, żeby ktoś zawołał. Widzimy inne Dziurawce... staramy się pomóc... choć nie umiemy załatać ani swoich ran, ani cudzych. To może tylko czas. A on bardzo powoli zszywa, drobnym ściegiem. 

I nie myśl źle o nikim. Wiem, że to smutna rada... ale bądźcie zawsze czujni. Jeżeli to tylko możliwe. Bo potem już tylko Pustka, której nic nie zapełnia. Ani muzyka, ani dobre jedzenie, ani piwo z przyjaciółmi, ani piękny zachód słońca, ani gładki kasztan, ani tańce, ani alkohol. Próżnia, która otacza nagle nagą Pestkę. Tą, która musi przetrwać. Ale jest nagle sama. Spustoszenie, gnije to, co jest miąższem. Pustka i Samotność dopóki nie minie czas. Dopóki nie odrobimy płacząc nad zeszytem najtrudniejszej lekcji - samotności. Bycia z sobą samym. Na piątkę. Dopóki nie przyjdzie ktoś... Żeby coś się zdarzyło, żeby mogło się zdarzyć, trzeba marzyć. Trzeba dmuchać na zimne, na gorącym się sparzyć, w szarej smutnej godzinie na swój los się odważyć. I wierzyć, mimo wszystko wierzyć, że jest się tego wartym. Mimo dziury. Mimo wszystko.



wtorek, 15 października 2013

Ksiażki, do których się wraca

Ostatnio czytam, ale nie odnotowuję tutaj... trochę się nazbierało. Powoli znów znajduję w sobie słowa... i chęć do zanotowania ich gdzie indziej niż tylko w czarnym notesie. Z okazji jesieni, przypomniałam ją sobie po raz kolejny. Tove, moja wielka miłość. I włóczykij! O czekaniu na kogoś kto odszedł, o jesiennej melancholii i pokonywaniu własnych strachów. O życiu, pięknie jak nikt, ustami małych trolli. 

"Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. Miał przed sobą sto mil ciszy."

15. Tove Jansson "Dolina Muminków w listopadzie"