Co tu znajdziesz

wtorek, 23 kwietnia 2013

Nigdziebądź

Po raz kolejny w życiu odkrywam brak swojego miejsca społecznego. Niepasunek do żadnej grupy, złudne i chwilowe poczucie różnych wspólnot. Pewnie idealizuję wspomnienia, ale Gwamem'en to było doświadczenie jedyne w swoim rodzaju i to se ne vrati. Nigdziebądź. Ale też - nic na siłę. Przecież nigdzie nie trzeba być "na zawsze". Nie trzeba być wbrew sobie. Może to piętno czasów... albowiem światem rządzi wieczna zmiana. To oczywiste, że nie tylko zdanie jednostki kształtuje kierunek grupy. A jednak "kiedy nie pragniesz, kiedy musisz - lepiej być nikim", stara maksyma mistrza Kofty po wielokroć w życiu stosowana, znów się we mnie odzywa. Pustka i współodczuwanie - temu patronuje moja Zielona Tara. Jestem chyba właśnie z tych dwóch sił zbudowana. Kotłują się we mnie i coraz to jedna z nich staje się w przewadze. Trzeba tylko słuchać bicia serca i pozwolić rzeczom płynąć. "Bez żalu ścinać kwiat". Bez żalu do nikogo i niczego. Głęboki oddech i pełne zanurzenie. Again and again. Lekcja będzie Ci powtarzana, dopóki się nie nauczysz. 

wtorek, 16 kwietnia 2013

Piąta strona świata

10. "Piąta strona świata" Kazimierz Kutz, Wyd. Znak

"To był testament mojego dziadka, Wawrzyńca Basisty i nie przypuszczam, aby istnieć mógł lepszy. Bo ziemia jałowieje, dom zgnije, życie chwilą, a tylko to, co w nas żywe z dziedzictwa przodków, ich tajemnice odległe, mroczne strachy, echa dawno wykipiałych namiętności, ma wagę i sens, bo tuła się w następcach nienazwanym ciśnieniem, niczym wrzątek zalewający liście herbaty (...)"

Ta książka to opowieść o całych pokoleniach Ślązaków. Historia jakiej od dawna szukałam - z precyzyjnymi szczegółami i barwnymi historiami, z rysem ogólnym trudnych czasów i z żywymi postaciami. O Śląsku, o tym jak to jest być Ślązakiem. Jak to jest być z ziemi niczyjej, która co chwilę pod inne ręce przechodziła i do innego wojska zgarniała kolejnych synów. I rzecz dla mnie ostatnio bardzo ważna - o korzeniu rodzinnym, który się w sobie ma, od którego się nie da uciec. On po prostu w każdym tkwi. Idzie z samego dołu, przez pokolenia babek, prababek i ojców, aż do dziś, aż do mnie samej. 
Polecam tą książkę każdemu. A zwłaszcza tym, którzy rodziny od pokoleń śląskie nazywają zakamuflowaną opcją niemiecką. Albo tym, którzy mówią o kimś, kto obchodzi geburstagi zamiast imienin, że: zrobi z takiej Polkę. Czy to się kiedyś skończy? Chyba nie... ta ludzka natura, którą analizował Levi-Strauss, która w kodzie genetycznym ma skłonność do dzielenia świata na swoje i obce... 

"Nie moją winą jest pisanie o nieżyjących lub nieobecnych w dawnych siedliskach. My tu na pograniczu żyliśmy jak na ostrzu kosy, bo w ciągu ostatnich stu lat przetoczyły się tu trzy wojny i trzy powstania; pradziad służył w pruskiej infanterii i padł w oblężeniu Paryża, Wawrzek nie dał się zjeść z kapitalistyczną kaszą, ojciec był powstańcem, a brat zginął w niemieckim mundurze na bezkresach Rosji. Po dwa razy na przemian byliśmy obywatelami Niemiec i Polski. I tak w każdej rodzinie. Państwa w moich stronach były jak szatkownice, które zamiast kapusty przecierały nasze gnaty. A pomiędzy wojnami zakładano na nasze hyrdonie chomąta wyzysku, przetrzymywano w koszarach, maltretowano naszą odmienność i na przemian germanizowano, polonizowano i rusyfikowano, zawsze wbrew naszej ochocie." 

Bardzo mnie poruszyła historia babci, której nie dało się wytłumaczyć, że mówienie po polsku i gwarą jest karane, no i że pod oknem krążą tacy, co to zaraz doniosą. Ona całe życie mówiła gwarą i żadne odgórne polecenie przybite na drzwiach do niej nie przemawiało... Z czego oczywiście były same perypetie. No i lokalny filozof - mistyk mnie urzekł... O tych sprawach i zwykłym życiu, o szukaniu szczęścia... o tym, że zawsze jest się na jakimś pograniczu. Zawsze nie stąd, ni z tukej, ni stela, z żydowskiej strony miasta, ze złej strony rzeczki... zawsze coś. Wieczne pogranicze - które paradoksalnie najszerzej otwiera horyzont myśli i spostrzeżeń. 
Polecam tą opowieść. 

"Przyszła wiosna i taki dzień, kiedy łąki świerzbiły zielenią, a kopanie piłki stało się eucharystyczne, więc lataliśmy trzy dni, od świtu do nocy, za skórą, bez opamiętania. Nie jedliśmy, nie przynosiliśmy węgla z chlewika, nie karmiliśmy królików i nie czyściliśmy klatek bastardom. Po zmroku stawaliśmy pod oknem i śledziliśmy każdy krok matki w kuchni. Czas upływał, a groza rosła. Czekaliśmy na powrót ojca - bo on też wracał z nieczystym sumieniem - aby podłączyć się pod jego wejście i czmychnąć za jego plecami do izby."

To bardzo ważne

To bardzo ważne, by mieć w życiu ludzi, z którymi można rozmawiać szczerze. Cała reszta to cała reszta.

Karo G.  w dzisiejszej w gazecie

piątek, 12 kwietnia 2013

zaszumienie

" w ciągu miesiąca zdobywamy taką ilość informacji, jaką nasi pradziadkowie otrzymywali przez całe życie"
z wybiórczej, dające do myślenia...
przypomniał mi się tekst, kiedyś dla mnie bardzo ważny, do dziś znaczący wiele, z kodeksu wędrowniczego
Wędrowanie to znacznie więcej niż przemierzanie kilometrów czy wytrwałość fizyczna. To sztuka wchłaniania życia, które nas otacza, to oczy i uszy otwarte, to tajemnica współodczuwania przyrody i człowieka.Wędrówką nie będzie przyspieszony tupot nóg, nadmiar krzykliwego humoru, lecz właśnie cisza wśród ciszy lasu, skupienie wobec wschodów czy zachodów słońca. To wyczucie wędrownik łatwo odszuka w sobie. Wędrownik - spostrzega urok życia wszędzie, gdziekolwiek się znajdzie, gdyż odkrywa to, czego inni w pozornej monotonii codziennych dni dopatrzeć się nie umieją. Wędrownik zna radość trudnych zwycięstw, urok przyrody, piękno zdobywania samotnie nie wydeptanych ścieżek. Wędrownik - stale uprawia wędrówki, wędruje w zimie i lecie, na wsi i w mieście, tropi miejsca, gdzie może być pożyteczny. 
Jako ilustracja - nasza świąteczna ścieżka, przestrzeń, która karmi serce i nieskalana stopą ludzką biel.

wtorek, 9 kwietnia 2013

W mniejszości

9. "Gołębie wzlatują" Melinda Nadj Abonji, Wyd. Czarne

 Bohaterowie tej opowieści są częścią węgierskiej mniejszości w Serbii (Wojewodina). Wyjeżdżają jednak i stają się mniejszością węgierską z Serbii - w Szwajcarii... jak w mętliku miejsc i ludzi odpowiedzieć prosto na pytanie, kim jestem? Próbuje to zrobić Ildiko Kocsis... tak jak każdy z tej rodziny, próbuje znaleźć swoje miejsce na świecie. Jak ważne są dla nas korzenie naszej rodziny? Jak bardzo sami decydujemy o tym, kim się stajemy?
  Tymczasem na Bałkanach rozpoczyna się wojna... Jak to jest, kiedy Twoi bliscy zostają tam, gdzie właśnie jest wojna? Jak to jest, kiedy społeczność, w której mieszkasz i budujesz swoje bezpieczeństwo, przeprowadza głosowanie nad tym, czy możesz w tej społeczności żyć dalej - czy też musisz wyjechać? Węgrzy, Chorwaci i Serbowie, którzy w swojej ojczyźnie musieliby walczyć przeciwko sobie, tutaj splatają swoje losy... w tym samym czasie tam... 
     Bardzo mnie poruszyła ta książka. Z początku trudno mi się ją czytało, z powodu specyficznej narracji i dziwnego zapisu dialogów, który sprawiał, że nie wiedziałam co jest myślą, a co słowem wypowiedzianym. A jednak to po prostu nie jest łatwa opowieść, którą połyka się w jedno popołudnie. To jest opowieść, o której myślisz jeszcze długo po tym, kiedy wybrzmiało ostatnie zdanie. 

Polecam, a wydawnictwu Czarne dziękuję za podarowanie (konkursowe)! 

Jak pewnie da się zauważyć zrezygnowałam z oceniania książek w cyfrach. Powód jest prosty - jeżeli książka jest na poziomie 1, prawdopodobnie bym jej nie przeczytała w ogóle. Jeżeli cały czas mam oceniać w rozpiętości 3-5, również mija się to z celem. Jeżeli mi się podobała - z opisu na pewno będzie można to wyczytać! 

piątek, 5 kwietnia 2013

Miasto moich marzeń

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. I zawsze wydaje się, że może w wielkim i dalekim GDZIEŚ byłoby lepiej, niż w bliskim i codziennym TUTAJ. A jednak jest takie miasto, które niesamowicie przyciąga mnie swoją atmosferą, zabudową, przyjaznością. Coś mi się do niego rwie, nieczęsto tam bywamy, ale czuję się tam dobrze. Chciałabym pobuszować w jego zakamarkach, dowiedzieć się więcej o jego zaułkach, poznać jego tętno. Jeżeli tak ma być - some day... ! Marcowe pocztówki i wspominki: Miasto stoi nad wodą gładką, jak pamięć lustra...
Wybaczcie mi ilość zdjęć, ale nie mogłam wybrać z nich tylko jednego...








środa, 3 kwietnia 2013

Bohater o tysiącu twarzy

Ktoś zupełnie inny, ktoś ponad szarość świata, ktoś, kim chcielibyśmy być. Wciąż potrzebujemy historii o bohaterach. Nieustannie fascynujące są opowieści o niezwykłym człowieku, który odmienił swój los, a także w jakimś stopniu - los świata. Bohaterowie - wielcy i wspaniali, ale także "zwyczajni niezwyczajni", dnia codziennego, którzy w jakiś sposób pokonują codzienność. Ten fenomen doskonale badał Joseph Campbell w swojej książce: Bohater o tysiącu twarzy oraz w: Potędze mitu. A uświadomiłam sobie tą wciąż żywą potrzebę, szukając wspólnego mianownika dla filmów, które ostatnio obejrzałam. Filmy totalnie różne. Ale... 
Wszystkie są opowieścią o NIM. Lub o NIEJ.... 



Q. Tarantino - Django
Philippe Falardeau - Monsieur Lazhar
Malik Bendjelloul - Sugar Man
Disney Pixar - Merida The Brave

O każdym z nich mogłabym pisać wiele. Ale żeby nie nudzić, powiem tylko, że każdy z tych filmów opowiada niezwykłą historię człowieka, który przełamuje to, co nas zwykłych ludzi więzi w codzienności. Rasowe lub klasowe uprzedzenia, poprawność w szkole. Poszukiwanie mistrza lub przyjaciela. Siłę do własnego myślenia, trudy życia i marzenie o sławie. I wreszcie - odwagę do bycia sobą. Polecam Wam je wszystkie.