Co tu znajdziesz

wtorek, 10 lutego 2015

Wiele słów o nicniemówieniu

Ostatnio pstrokatym zawładnęły potoki słów, dziś dodatkowo - przerywnik rękodzielniczy, który podobno może się podobać. Przynajmniej tak mówi ten, który może teraz codziennie pić herbatę z sąsiadem Tottoro. 


Ostatnio WS zdziwił się, ile notatnika już mam zapisanego. Ja uważam, że i tak zapisuję go bardzo wolno, bo gdybym miała notować choć połowę myśli... to utonęłabym w makulaturze. Cierpię na nadmiar słów. Zresztą wydaje mi się, że wielu dziś na to cierpi. Często potrzebujemy słuchaczy, a nie rozmówców. Nieraz już zastanawiałam się, czy w czasach, kiedy ludzie pisali pamiętniki i dzienniki, było lepiej z tym wylewaniem myśli. Gdzieś, zamiast na kogoś. Ja wylewam tu, w kułak notatnika... zdecydowanie mam ich nadmiar. Czasem trudno mi uspokoić strumień świadomości. Dlatego też, chciałabym Wam (tia, a miało być mało słów... może idźcie sobie zrobić herbatkę) opowiedzieć dziś o filmie, który nie cierpi na nadmiar słów.


Na mój laicki gust zwykle filmy w tym stylu pochodzą z wschodniego kręgu kulturowego (Pewnego razu w Anatolii, Wyspa, Za wzgórzami etc.) Jeden z nich obejrzałam w pięknej, przytulnej sali kina ARS i będę go Wam zaraz bardzo polecać, przyniósł mi wiele refleksji. Wyspa kukurydzy (George Ovashvili, Gruzja/Abchazja) dzieje się w minimalistycznej scenerii, na malutkiej wyspie, która po roztopach utworzyła się na rzece. Rzeka leży na styku Gruzji i Abchazji i właściwie cała akcja filmu dzieje się tylko tam. Stary mężczyzna i jego wnuczka sieją na wyspie kukurydzę, aby móc jakoś przetrwać potem zimę, ziemia przyniesiona przez rzekę jest żyzna. Innych bohaterów jest niewielu, a co najważniejsze - w tym filmie prawie nie ma słów, nie wiem czy, dialogi zajmą z pięć minut filmu. Mimo to, a może i dlatego, emocje są w nim niesamowite. Mam wrażenie, że często warstwa tekstowa w polskich filmach jest przeceniana, brak nam za to ładnych obrazów przyrody, historii, które opowiadają się same. Ten film przyniósł mi jeszcze jedną refleksję... ekhm, głupio się przyznać na forum, ale mnie się ostatnio nic nie chce. Klasyczny ze mnie człowiek schandrzony, śródzimowy, niedoświetlony i nieco smutny, delikatnie myślący o wiośnie. A potem siedzę w tej pięknej sali w ARSie, oglądam walkę z naturą o kilka kolb kukurydzy. Patrzę na ich ręce wciąż brudne od ziemi i twarze spalone słońcem. I robi mi się głupio, żem taki zblazowany ludź z pierwszego świata. Czasem obraz, pejzaż i spojrzenia niosą dużo więcej niż słowa. Cóż, tyle napisałam... o nicniemówieniu. Jeżeli cierpicie na/od nadmiaru słów - Wyspa kukurydzy, polecam. 

* Jeżeli kogoś z Was też zafascynował ich alfabet... no, nie wiem skąd wzięty, Wikipedia też nie wie, z kosmosu być może, to alfabet gruziński powstał najprawdopodobniej w IV w. n.e., a za jego podstawę służył alfabet syryjski lub grecki, szczegółowe pochodzenie znaków nie jest znane (z kosmosu, no mówię Wam). Zgodnie z tradycją, za jego twórcę uważany jest pierwszy gruziński władca – Parnawaz (284 p.n.e.) Alfabet gr. posiada trzy różne kroje pisma: asomtawruli (gruz. 'majuskuła'), zwany też mrgwlowani (gruz. 'zaokrąglony'), chucuri (gruz. 'kościelny') określany niekiedy jako nuschuri (gruz. 'minuskuła') oraz mchedruli (gruz. 'rycerski'). Obecnie używają rycerskiego, który po ośmiu wiekach wyparł pozostałe style. Współczesny a. g. składa się z 33 znaków i nie rozróżnia dużych i małych liter. Już to literowe wyzwanie kusi, żeby ich odwiedzić... 

Brak komentarzy: