Co tu znajdziesz

wtorek, 23 września 2014

Jak śliwka

Wczorajszy dzień kapał deszczem, mroził wiatrem. Taki dzień szaro-bury, trochę ponury. Trochę męczący, trochę śpiący. Dreptałam po pracy noga za nogą do domu. W taki dzień nie wiadomo, co to będzie dalej. Może tylko koc i herbatka. Ale to był tylko zły początek dobrego! 
Ding - dong! W progu stanęło wiaderko śliwek w hipisowskiej (nie hipsterskiej) koszulinie i szturmem opanowało ten dzień. Okazuje się, że i na taki dzionek szaro-bury jest przepis. Sponsorem poniedziałku zostaje tata Mi,  literka Ś jak śliwka i kolory szaro-błękitne. Profesjonalnie musi być, drodzy Państwo, zakładamy fartuszki!

Bierzemy się do roboty. I już nie pamiętam, że za oknem jest deszcz, że coś mi się chciało albo nie chciało. I naprawdę, jest tak miło, kiedy w garze bulgoce śliwkowa pulpa, pachnie ciasto, w tle pogrywa muzyczka (ekhm... NIN haha). Dużo się śmieję, kiedy łowimy pestki i kiedy na zmianę ratujemy magiczny wywar przed przypaleniem. Wszystko mnie cieszy, nawet wyparzanie słoików w piekarniku przed północą i rozmowy z muszkami owocuszkami. Nikogo nie złości jak sobie sieję chaos mąką po kuchni. I nawet się za bardzo nie smucę, kiedy ciasto trochę się przypala ani nie wnerwia mnie pauzowanie filmu co 10 min, żeby zamieszać. Za to notorycznie przegrywam walkę z oblizywaczem łyżki, a na koniec uroczyście, wespół w zespół, wylizujemy po pół garnka. Przed północą wszystko gotowe. Kopciuszki mogą iść na bal!


Na chandrę i szary deszczowy dzień polecamy kwaśne jak sam diobeł: powidła śliwkowe, obficie doprawiane śmiechem! A sam przepis bardzo fajny zassany ze strony chilibite. Ciotka Pstrokata poleca! 

Brak komentarzy: