Co tu znajdziesz

wtorek, 5 sierpnia 2014

Góry na dwie stopy i parę kijków

Oczywiście lekko spontanicznie. Od tak dawna już chciałam sama sobie powędrować, sama ze sobą. I teraz już tylko chcę więcej! Udaje mi się nie zaspać na pociąg - co nadrabiam spaniem w pociągu. Wysiadam w upalne powietrze, mocno pachną zioła, rozwalony budynek małej stacyjki. Na szlaku już po dwóch minutach zaskakuje mnie rwąca, zimna rzeczka. muszę zdjąć buty żeby przez nią przejść - to budzi mnie ostatecznie! Tuż po przeprawie podnoszę wzrok - na szlaku siedzi kot i z poważną miną mnie obserwuje, strażnik lasu. (Wpadnie toto czy nie wpadnie?) Zakładam buty, kot znika jak duch. Chyba otrzymałam pozwolenie. Wdrapuję się. Udała mi się naprawdę samotnicza piękna trasa. Maliny podstępnie opóźniały mnie w drodze, chruśniak co krok! Bilans spotkań tego dnia: 
- pan tnący powalone drzewa, bo zawierucha była dzień wcześniej (gdzie Pani idzie? ooo, to daleka trasa!),
- turysta pojedynczy egzemplarz (najgorsze przed Tobą, ale nie zebrałem po drodze wszystkich malin!),
- baca w kapeluszu i gumiokach, stado owiec i pies (ciynsko, co?),
i tak aż do popołudnia maszeruję sama. Potem tłum w schronisku, tam wypijam orzeźwiającą wodę z cytryną i miętą. Znajomy mi już strach na wróble, z głową z rajstopy, stoi w gustownym swetrze. Burza mruczy mi nad głową i obserwuję jak przechadza się nad pasmem obok. Na mnie nie spada ani jedna kropla. Lubię takie miejsca, które widzę latem, zimą, wiosną, jesienią, lubię tam zaglądać w różnych odsłonach. Lubię zaglądać właśnie TAM, tym razem szczególnie, bo niosę ważną przesyłkę! 

Uświadamiam sobie, że w całym kołowrocie tego intensywnego lata to dla mnie ostatni dzwonek, żeby zobaczyć lato w górach. I uświadamiam sobie, że minął lipiec. Mówią mi o tym kwitnący wrotycz i zieleń, która już nie jest "taka"... jakby ktoś tą soczystą lipcową zieleń dotknął kropką żółtej farby. Kolor prawie ten sam, ale jednak. I mimo upału, popołudniowe słońce grzeje już inaczej, cienie są dłuższe. Trawy są złote. Sierpień. Jak zawsze podziwiam panoramę nad bacówką, a potem spędzam cudny czas z widokiem na babią, na gwiazdy, na dach tipi i ogień. Na twarze oświetlone ogniem. Rano budzę się z widokiem na góry, piję kawę z widokiem na góry, przesiąkam tymi górami cała. Zaszywam się w kącie i jest mi po prostu dobrze. Pogaduję ze Stefanem i Filipem, staramy się nie rozmawiać o tym co na dole, choć oczywiście ten temat się wkrada. Fajnie tak być poza światem, daleko od wszystkiego. Ciekawe czy umiałabym tak na dłużej...? Mocny uścisk, plaster na pięty i w drogę na dół! Dostaję na drogę wielki słój borówkowego sosu! Jako ofiarę dla boga deszczu zostawiam na sznurku zapomniany ręcznik. Potem Filip pisze: "przy ściąganiu prawie mnie piorun jebnął!" To chyba ofiara przyjęta, nie? W każdym razie nic nie pada! Kiedy prawie potykam się o dwie żmejki, które kolejno przecinają mi drogę, zaczynam uważniej patrzeć pod stopy. Dokładnie w południe, południce o ceglastej lśniącej skórze, córki Żmija. Zastygam zahipnotyzowana ich błyskiem. Schodzę z góry na chybił trafił, czekam na pociąg aż pół minuty. A potem zmęczona upałem śpię całą drogę.                                                                     I tak mi dobrze. 

  
Raz staruszek spacerując w lesie, ujrzał listek przywiędły i blady 
i pomyślał znowu idzie jesień - nie ma na to rady.
A był sierpień, pogoda prześliczna, wszystko w złocie, stało i w zieleni
prócz staruszków, nikt chyba nie myślał o mającej nastąpić jesieni. 

Brak komentarzy: